Ilustracje: Aleksandra Stanglewicz fot. Andrzej Iwańczuk / Reporter
Marta Dymek kwiecień 2021

Żywność: przyzwoitość indywidualnych praktyk

W wielu kręgach wciąż najpopularniejszym pytaniem w kontekście ekologii i przyszłości jedzenia jest to, czy stawiać na zmiany systemowe, czy też na indywidualne praktyki kształtowania rzeczywistości. A częstym komentarzem do tych drugich jest opryskliwa uwaga, że przecież nie zmienią świata. Im dłużej się je powtarza, tym częściej ze smutkiem przychodzi mi do głowy, że być może są wyrazem wyższościowego myślenia.

Artykuł z numeru

Świat prosi o ratunek

Jedzenie można rozumieć bardzo różnie. Niektórzy widzą w nim więcej kultury, dowartościowując procedurę przygotowywania posiłków, serwowania i zjadania ich podług określonych wartości. Inni robią duży krok w bok, definiując jedzenie jako sferę przeciwstawną naturze, a proces gotowania, smażenia i lepienia jako próbę jej okiełznania. Dla mnie, jako praktyczki zajmującej się zarówno gotowaniem, jak i popularyzacją pewnego sposobu myślenia o gotowaniu, jedzenie jest przedłużeniem biologicznej konieczności odżywiania i najpełniejszym przykładem połączenia natury i kultury. Nie chodzi tu tylko o to, że nie da się upiec chleba bez pomocy żarłocznych drożdży, ale też o to, że to, co nam smakuje, wynika z naszej biologicznej konstytucji, że zjedzenie czegoś pysznego wywołuje w nas różne reakcje, a gotowanie surowych produktów najpewniej odegrało dużą rolę w ewolucji. To nie przypadek, że lubimy tłuste, chrupiące oraz słodkie i że tak bardzo smakuje nam mięso. Jedzenie udowadnia, że kultura jest kontynuacją natury – jak oddzielić jedną od drugiej w pomarańczowej marchewce, która przed udomowieniem była wątłą dziką rośliną o purpurowym korzonku? W ukiszonym ogórku? W nuggetsie z sosem słodko-kwaśnym? A nawet w ociekającej krwią i potem historii handlu cukrem? Jak poruszająco zauważa Melissa Caldwell: „Jedzenie czyni z poliycznego osobiste, przetwarza społeczne w intymne doświadczenie”.

Myśląc o jedzeniu w ten sposób – trochę szerszy niż z jednej strony sama dietetyka, a z drugiej strony historia kultury kulinarnej – trudniej jest wyniośle zestawiać indywidualne starania ze zmianami systemowymi. W codziennych praktykach wybierania z dostępnych produktów, przygotowywania i serwowania jedzenia można za to zauważyć próbę wyrażenia swojej wrażliwości i szukania sprawczości albo, za Justyną Straczuk, „mikrostrategie radzenia sobie w zmieniającej się rzeczywistości”. Mnie jako praktyczce, piszącej od dziesięciu lat książki kucharskie, tworzącej przepisy i prowadzącej stronę o wegańskim gotowaniu, taki sposób myślenia jest szczególnie bliski. Mój własny weganizm wyrasta z potrzeby wyrażenia niezgody na okrucieństwo wobec zwierząt; nie są mi obojętne wpływ wpływ diety opartej na produktach zwierzęcych na środowisko oraz parę innych zjawisk, o których trudno pisać bez patosu. Tysiące osób rezygnuje z mięsa z podobnych powodów, a taki sposób jedzenia daje im nadzieję – nie na to, że mogą zmienić świat, ale na to, że mogą zrobić cokolwiek i tym samym dotknąć poczucia sensu i wpływu, często deficytowych w późnokapitalistycznej i koronawirusowej rzeczywistości.

— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

Kup numer