fot. SSPL / Getty
Maciej Jakubowiak styczeń 2021

24/7 < 8/24

Późny kapitalizm coraz lepiej organizuje się w godzinach nocnych. Jeśli jednak nie ograbia nas to z długości snu, to znaczy, że po wiekach dominacji modelu porannego, związanego ze społeczeństwami rolniczymi, nocne marki nareszcie odnajdują swój genetyczny rytm aktywności i spoczynku.

Artykuł z numeru

Którędy do snu?

Właśnie odbijam się bez wysiłku z jednej pierzastej chmury, by umościć się na drugiej, chyba równie przytulnej, kiedy przelatujące niedaleko ptaki zaczynają skrzeczeć. Kra, kra, kra. Wciąż płynę w powietrzu, ale dźwięk zaczyna być irytujący i wiem, że jeśli zaraz nie ucichnie, stanie się coś złego. Ptaki się oddalają, ale odgłos się nasila, kra, kra, kra, jest coraz bliżej i coraz wyraźniejszy. Panikuję, macham rękami, usiłuję złapać się krawędzi chmury, ale ciało nabiera pędu. Spadam. Oczy otwierają się z bólem, jakby powieki były pokryte klejem, który dopiero co zaczął zasychać. Jest szaro, choć światło usiłuje przedrzeć się przez zasłony. Wyćwiczonym do automatyzmu ruchem sięgam po telefon, naciskam przycisk. Jest 7.45, mam kwadrans, żeby dojść do siebie. Nie będzie łatwo.

Niedawno próbowałem sobie przypomnieć, od kiedy mam problemy z porannym wstawaniem. Czy męczyłem się, zwlekając się na poranne lekcje w podstawówce? Trudno było już na pewno w liceum, do którego dojeżdżałem do sąsiedniej miejscowości, więc potrzebowałem rano więcej czasu. Chyba wtedy wymyśliłem, żeby zrezygnować ze śniadania, które przecież mógłbym jeść, na pół nieprzytomny, w autobusie. Wstawanie o 6.30 wydawało mi się niemożliwe, tym bardziej że uwielbiałem siedzieć po nocach. Na początku lat dwutysięcznych nie chodziło jeszcze o internet (dodzwanianie się do niego było drogie) i smartfony (te już były, ale rzadkie i niewygodne), raczej o telewizję, bo niezłe filmy puszczano o 22.00, częściej o książki. Buszujący w zbożu tak mnie wciągnął, że przeczytałem całego za jednym zamachem; ok. 3.00 w nocy mama zerknęła do mojego pokoju i zapytała z właściwą dla siebie czułością: „Zwariowałeś? Nie wstaniesz do szkoły”.

Tak to się ciągnęło. W wakacje przed studiami pracowałem w irlandzkiej fabryce i choć robiłem, co mogłem, w końcu straciłem tę robotę: system ewidencji pracy naliczył 10 spóźnień na poranną zmianę.

Na studiach, jeśli tylko się dało, odpuszczałem sobie poranne wykłady, nawet ten, który wszyscy tak chwalili: próbowałem kilka razy dowlec się na ósmą rano, ale jeśli mi się to udawało, po prostu zasypiałem. Raz moja głowa opadła tak, że pospadały mi wszystkie rzeczy z blatu, wykładowca spojrzał wtedy wymownie w moim kierunku i rzucił coś o zarywaniu nocy.

Już więcej nie próbowałem, do zdania egzaminu wystarczyły notatki znajomych. W pracy po studiach miałem to samo, szef był wyrozumiały, ale wciąż powtarzał, że 9.00 to już najpóźniej, kiedy mogę się zjawiać. A ja i tak przez pierwsze 2 godz. nic nie byłem w stanie zrobić, uwaga uciekała, a każde bardziej złożone zadanie wydawało się przerażające.

Próbowałem się nagiąć; powtarzałem sobie, że to kwestia samodyscypliny, zwykłej organizacji czasu, życiowego ogarnięcia. Że po prostu będę chodził wcześniej spać, to i wcześniej będę wstawał i jakoś to się ułoży. Ale ciało się buntowało i odmawiało sensownego funkcjonowania przed godz. 10.00; za to uparcie sygnalizowało, że najlepiej się czuje wieczorami, a oryginalne pomysły wydaje z siebie między północą a 2.00 w nocy. W wolne dni, weekendy, a szczególnie podczas urlopów, szybko wracałem do tego nocnego rytmu: zasypiałem przed 3.00, budziłem się koło 11.00. Za to z wyrzutami sumienia, że tylko lenie wstają tak późno.

Mniej więcej wtedy kiedy szef strofował mnie za poranne spóźnienia, a ja starałem się doprowadzić do stanu względnej przydatności za pomocą niezliczonych kaw i papierosów, a więc w 2012 r., biolog z Uniwersytetu Ludwika i Maksymiliana w Monachium Till Roenneberg, opublikował książkę Internal Time: Chronotypes, Social Jet Lag, and Why You’re So Tired (Wewnętrzny czas: chronotypy, społeczny jet lag i dlaczego jesteś taki zmęczony), w której w popularny sposób podsumowywał badania dotyczące chronobiologii, czyli tego, w jaki sposób organizmy (w tym przypadku ludzkie) dostosowują się do upływu czasu. Roenneberg pisał o czymś, co przewijało się czasem w prasie, ale zwykle było traktowane z przymrużeniem oka: że ludzie różnią się między sobą wewnętrznym rytmem – chronotypem – który reguluje, kiedy robią się senni, a kiedy mają więcej energii. Skowronki lubią wstawać wcześnie, ale i wcześniej kładą się spać; sowy potrzebują więcej czasu rano, za to nadrabiają nocami. To nie kwestia charakteru, ale genów. W książce Dlaczego śpimy Matthew Walker twierdzi, że to efekt przystosowania ewolucyjnego z epoki łowiecko-zbierackiej. Dzięki temu, że jedni robili się senni wcześniej, a drudzy woleli posiedzieć przy ognisku nieco dłużej, ten niebezpieczny moment, kiedy wszyscy spali, wystawieni na ataki drapieżników, pozostawał możliwie najkrótszy.

Sprawy zaczęły się komplikować, gdy społeczności ludzkie osiadły, zaczęły uprawiać zboża i schroniły się przed dzikimi zwierzętami za grubymi murami miast. Odtąd, czyli od ok. 12 tys. lat, ważniejsze staje się dostosowanie do wspólnego rytmu pracy i wypoczynku, wyznaczanego przez dostęp do światła, a więc – przynajmniej do niedawna – wschody i zachody słońca. Tyle że dla ewolucji 12 tys. lat to naprawdę niewiele, więc sowie organizmy nie zdążyły się przystosować do dyktatury skowronków. Roenneberg twierdzi, że to jest właśnie przyczyną społecznego jet lagu. Zamiast kilkugodzinnej podróży samolotowej, która na parę dni potrafi zdezorientować ciało, sowy doświadczyły kilkutysiącletniej podróży cywilizacyjnej, która sprawiła, że kiedy powinny pracować, wolą pospać, a kiedy powinny spać, są gotowe pracować. Nadrabiają w weekendy, ale to niewiele daje.

W końcu udało mi się znaleźć pracę, w której nikt nie oczekuje, że będę aktywny od samego rana, mogę za to nadrabiać wieczorami. Pisać i redagować można równie dobrze w środku nocy. Tak zresztą robi wiele autorek i wielu autorów, z którymi współpracuję – widzę to po godzinach nadania e-maili z tekstami. „Skończyłem”, 3.34. „Napisane”, 5.19. Dopiero niedawno przyszło mi do głowy, że może to nie przypadek. Może sowy, poddawane przez lata szkolnej i zawodowej tresurze, instynktownie szukają zawodów, które w końcu pozwolą im się wyspać?

Choć przecież i sowom zdarza się mieć dzieci. A wtedy – nawet nie wspominam o pierwszym roku, kiedy, w najlepszym przypadku, zamiast o śnie powinno się mówić raczej o nieprzerwanym ciągu mikrookresów nieprzytomności i czuwania – wszystko powraca. Żłobek zaczął się w sierpniu, a już we wrześniu usłyszałem od pani dyrektor, że 9.00 to najpóźniej, kiedy możemy się zjawiać.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Koniec ze snem

Po śniadaniu daję sobie chwilę, zresztą skoro już się zwlokłem, umyłem zęby i wykąpałem, to tak od razu nie zasnę, a pierwszy przegląd skrzynki e-mailowej też robi swoje. Ale kiedy trzeba się zabrać za poważne zadania, przychodzi czas na pierwszą kawę.

Nie ma na to dowodów, zresztą to pewnie twierdzenie na wyrost, ale wyobrażam sobie, że kiedy w poł. XVII w. ciemny i gorzki napój zyskiwał popularność w Europie, pobudzając ospałe ciała mieszczan, musiało to w końcu doprowadzić do rewolucji – tej przemysłowej i tej francuskiej.

Herbata pojawiła się w Europie zaledwie chwilę wcześniej, ale i tak zawiera przynajmniej o połowę mniej kofeiny. Właśnie ta ostatnia działa cuda: skutecznie wypiera adenozynę – uwalniany stopniowo w ciągu dnia hormon regulujący poczucie senności. Z zażywaniem kofeiny wiąże się jeden problem: ona sama w końcu ulega metabolizmowi, a wtedy nagromadzona adenozyna potrafi uderzyć ze zdwojoną (albo i potrojoną) siłą, nie tyle skłaniając do drzemki, ile powalając na miejscu.

Czasem presja snu jest tak silna, że nawet kawa na to nie pomoże. Na pierwszym roku studiów, starając się unikać porannych kursów, zapisałem się na odbywające się wczesnym wieczorem konwersatorium świeżo upieczonego doktora. Grupa była kameralna, salka niewielka, a dyskusjom towarzyszyły prezentacje, więc światło pozostawało przygaszone. Naprawdę się starałem, napinałem mięśnie, zmieniałem pozycję, kręciłem się na krześle, przecierałem oczy, w trakcie zajęć wypijałem kawę, czasem popijałem ją napojem energetycznym. Ale wymęczony porannymi wykładami w inne dni tygodnia, w końcu odpadałem. Raz postanowiłem usiąść w pierwszym rzędzie, bo miałem nadzieję, że chociaż wstyd powstrzyma mnie przed zaśnięciem. Ocknąłem się, kiedy usłyszałem własne chrapanie. Przepraszałem wiele razy, a za każdym czułem się jak idiota, który nie potrafi zapanować nad własnymi odruchami.

Może dlatego marzenie o bezsenności – a przynajmniej o wzięciu odruchu zasypiania pod ścisłą kontrolę – tak głęboko odcisnęło się w kulturze Zachodu. Przynajmniej od Platona, a odtąd z nadzwyczajną konsekwencją, stan przytomności wiąże się metaforycznie z intelektem, świadomością, rozumieniem, podczas gdy sen oznacza bezsilność, naiwność, pozbawione rozumu błądzenie we mgle. To przecież stąd wzięła się nazwa nurtu intelektualnego, który właściwie stworzył nowoczesne społeczeństwo: oświecenia. Jasne, widać w tym znany skądinąd schemat fałszywych opozycji, które lubiliśmy tworzyć przez ponad 2 tys. lat – kultura i natura, rozum i uczucia, męskie i żeńskie – ale kiedy pomimo najlepszych chęci każdego tygodnia zasypiałem na zajęciach o średniowiecznych podróżnikach, marzyłem tylko o jednym: żeby pozbyć się snu.

Chyba z podobnym marzeniem nosił się Thomas Edison, który podobno sypiał od 3 od 4 godz. dziennie, a sen uważał za niegodny cywilizowanego człowieka atawizm. Kiedy w 1883 r. w amerykańskim urzędzie patentowym złożył dokumentację jednego ze swoich wynalazków – lampy elektrycznej – musiał być przekonany, że zadał przeciwnikowi ostateczny cios. Gdy najpierw fabryki, a potem całe ulice rozświetliły się sztucznym światłem, naturalna granica nocy przestała być problemem. Przynajmniej technicznym. Coraz więcej aktywności, które dotąd były możliwe tylko w świetle słonecznym, przenosiło się na późniejsze godziny.

Dłużej otwarte kawiarnie i teatry oraz jasne ulice i place przyczyniały się do powstawania tego, co dziś wydaje się oczywiste: nocnego życia.

Ten proces nie dokonał się od razu: jeszcze dla paryskich surrealistów noc pozostawała sceną przekroczeń, kiedy zwyczajne reguły życia ulegały zawieszeniu. Musieli sobie jednak zdawać sprawę, że ta nocna egzotyka nieuchronnie zmierza ku końcowi, nieprzypadkowo Philippe Soupault zatytułował swoją powieść Ostatnie noce paryskie. Amerykański socjolog Murray Melbin w książce Night as Frontier. Colonizing the World After Dark (Noc jako Dziki Zachód. Kolonizowanie świata po zmierzchu) z 1987 r. pokazywał, jak praktyki organizowania czasu nocnego przypominają kolonizowanie Zachodu w XIX w.: najpierw zachowania społeczne są mniej sformalizowane, towarzyszy im mniej ograniczeń i reguł, władza pozostaje zdecentralizowana, powszechniejsza jest przemoc, ale także bliskość i otwartość, a to pozwala na powstawanie nowych stylów zachowania. W końcu jednak te nieco anarchistyczne zachowania zostają ujęte w karby i stają się kolejnym zasobem podlegającym eksploatacji.

Ostatecznie podbój nocy dotyczył przede wszystkim pracy. Już w 1867 r. Karol Marks twierdził, że nocne zmiany stały się nową formą wyzysku. Sztuczne oświetlenie w zakładach pracy pozwalało organizować ich działanie w trybie trzyzmianowym, tym samym niszcząc – uznawany już za naturalny – rytm wyznaczany wschodami i zachodami słońca. W eseju 24/7. Późny kapitalizm i koniec snu amerykański teoretyk sztuki Jonathan Crary przekonuje, że w końcu doprowadziło to do stworzenia takiej formy kapitalizmu, która może funkcjonować bez przerwy. Crary przywołuje amerykańskie eksperymenty z substancjami mającymi pozwalać – najpierw żołnierzom, w końcu pewnie wszystkim zainteresowanym – obywać się bez snu. Wspomina także o rosyjskich planach stworzenia systemu satelitów mających odbijać światło słoneczne i naświetlać wybrany rejon kraju bez przerw. To właściwie zmodernizowane wcielenia starych praktyk: picia kawy i włączania żarówek. Jednak dla Crary’ego głównym dowodem na funkcjonowanie kapitalizmu 24/7 jest internet – z treściami i usługami dostępnymi bez przerwy. Zresztą już w latach 80. Melbin twierdził, że najlepszym dowodem na skuteczność podboju nocy są coraz powszechniejsze programy radiowe i telewizyjne nadawane bez przerw. Crary idzie jednak dalej i w duchu teorii krytycznej, tradycyjnie niechętnej nowym mediom, przekonuje, że technologie działające bez przerwy są narzędziem dopasowywania „czasu życia człowieka do działania rynków”.

Autor o tym nie wspomina, ale mniej więcej wtedy, kiedy pisał swoją książkę – na początku 2 dekady XXI w. – krążyły w Polsce legendy o finansistach działających na międzynarodowym rynku wymiany walut Forex (największym rynku rzeczywiście otwartym 24 godz. na dobę, choć z przerwami na weekendy, więc raczej 24/5). Najbardziej agresywni z nich podobno fundowali sobie – dzięki stosowaniu amfetaminy, bo kawa by tu nie wystarczyła – pięciodniowe sesje bez ani jednej przerwy, po których zyski miały sięgać od 100 do 200%. Choć brzmi to jak tania reklama piramidy finansowej, to całkiem nieźle streszcza fantazję późnego kapitalizmu: gdybyśmy tylko mogli sobie odpuścić spanie, zarabialibyśmy więcej i więcej.

Tymczasem sen pozostaje – twierdzi Crary – ostatnim bastionem natury, który nie daje się łatwo skolonizować. Jest zasadniczo bezużyteczny, przynosi tylko straty – z ekonomicznego punktu widzenia jest kompletnie bez sensu. Ale właśnie dlatego pozostaje najważniejszym punktem oporu: dowodem na to, że życia nie da się sprowadzić do prostej rynkowej kalkulacji. Właśnie taką antysystemową prowokacją jest sen w powieści Georges’a Pereca Człowiek, który śpi z 1967 r., opowiadającej o studencie, który pewnego dnia, zniechęcony scenariuszami podsuwanymi mu przez społeczeństwo konsumpcyjne (Perec był wobec niego nieufny, pisał o tym już w debiutanckich Rzeczach), postanawia wycofać się z rywalizacji i pielęgnować w sobie indyferencję. Obejmuje to takie czynności, jak czytanie gazet codziennych od deski do deski, bezczynne przesiadywanie w kawiarniach, obsesyjne stawianie pasjansa i nasłuchiwanie odgłosów dobiegających z mieszkania sąsiada, jednak głównym sposobem na wycofanie się ze świata pozostaje po prostu spanie.

Nic więc dziwnego, że – jak podkreśla Crary – kapitalizm zażarcie walczy z tym swoim ostatnim wrogiem. „Przez cały XX wiek – pisze autor – regularnie okrawano czas poświęcany na sen – obecnie mieszkaniec Ameryki Północnej przesypia średnio około sześciu i pół godziny na dobę, podczas gdy pokolenie temu było to osiem godzin, na początku XX wieku zaś (choć dziś trudno w to uwierzyć) – dziesięć”. Brzmi to całkiem przekonująco: kapitalizm nie może – jeszcze – zaatakować frontalnie, więc ogranicza się do metody małych kradzieży, które mogą wydawać się nieznaczące z perspektywy jednostki, ale sumują się w ogromne zyski dla potentatów.

Brzmi przekonująco, ale to nieprawda.

Autorzy opublikowanej w 2018 r. w „Sleep Medicine Reviews” metaanalizy obejmującej 168 badań długości snu prowadzonych w latach 1960–2013 nie znaleźli żadnego dowodu na to, by przesypiany czas miał ulegać skróceniu.

Z kolei badania z 2018 r. opublikowane w „Journal of Sleep Research” wykazały, że Brytyjczycy śpią współcześnie o 43 min dłużej w porównaniu do lat 70. XX w. Autorzy tego pierwszego badania nazywają nawet pogląd o rzekomej ekspansji modelu 24/7 „kliszą” i sugerują, że może się ona opierać na wyobrażeniu o złotym wieku, kiedy ludzie mieli być nieskażeni szkodliwymi wpływami cywilizacji. Tymczasem, przypominają naukowcy, w przeszłości na jakość snu negatywnie mogły wpływać takie czynniki, jak mniejszy stopień bezpieczeństwa publicznego, ograniczona możliwość kontroli temperatury w pomieszczeniach czy niedostatki medycyny. Nie wiadomo, kiedy istniał złoty wiek snu, ale raczej nie pod koniec XIX w., kiedy kapitalizm był jeszcze mniej uregulowany niż dziś. Także autorzy dwóch metaanaliz, z 2012 i 2015 r., dotyczących długości snu w kilkunastu krajach nie znajdują żadnych przekonujących dowodów na to, że sen się skrócił. Odnotowują za to, że dłuższe godziny pracy wpływają na przesunięcie cyklu dobowego: ludzie pracujący ponad 50 godz. w tygodniu mają tendencję, by później kłaść się spać, ale i później się budzić.

Badacze o tym nie piszą, ale nawet statystyczne metaanalizy dają pole do popisu dla wyobraźni. To prawda, że późny kapitalizm coraz lepiej organizuje się w godzinach nocnych. Jeśli jednak – jak wskazują twarde dane – nie ograbia nas to z długości snu, stopniowe przesuwanie cyklu spania w skali całych populacji może być sygnałem tego, że po wiekach dominacji modelu porannego, związanego ze społeczeństwami rolniczymi, nocne marki nareszcie odnajdują swój genetyczny rytm aktywności i spoczynku. Na przykład do późnej nocy piszą eseje o kapitalistycznym śnie.

Może by się zdrzemnąć

Po obiedzie nie należy zwlekać; najlepiej, gdyby druga kawa już czekała, stygnąca, ale jeszcze ciepła, tak by popić nią ostatni kęs ziemniaków z surówką. Kiedy w organizmie wzrasta poziom glukozy, a krew odpływa z mózgu do jelit, by wspomóc trawienie, nie ma co liczyć na błyskotliwe żarty, wysoką produktywność i nieszablonowe pomysły. To raczej czas na drzemkę.

W niektórych krajach doskonale o tym wiadomo, a poobiednia sjesta jest wkomponowana w rytm gospodarki. W Grecji czy we Włoszech wciąż spora część restauracji i sklepów jest zamykana między 13 a 17. Jednak poobiednia drzemka jest traktowana przez kraje Północy jako symptom lenistwa południowców, odpowiedzialnego również za fatalny stan ich budżetów krajowych. Zamiast spać, i to w ciągu dnia, powinni wziąć się do roboty. Niektórzy się biorą, a tradycja sjesty stopniowo odchodzi w przeszłość.

Matthew Walker przywołuje badania zespołu z Uniwersytetu Harvarda, według których popołudniowa drzemka może przyczynić się do obniżenia prawdopodobieństwa śmiertelnych chorób serca nawet o 37%. Jeśli rytm okołodobowy oraz stężenie adenozyny – dwa główne mechanizmy regulowania senności – sprawiają, że mniej więcej w połowie dnia zmęczenie wzrasta, to trudno z tym polemizować. A krótki sen jest, mimo wszystko, lepszym sposobem regeneracji niż kolejna filiżanka kawy, która tylko odwleka poczucie senności. Potwierdza to również wiele studiów antropologicznych nad społecznościami łowiecko-zbierackimi, które przywołuje Walker: drzemki urządzają sobie regularnie plemiona Gabra w północnej Kenii, Buszmeni mieszkający na pustyni Kalahari czy plemię Hadza w Tanzanii, choć członkowie tego ostatniego robią sobie sjestę tylko w cieplejszych miesiącach.

Zresztą ciągły sen w nocy – solidnych 8 godz. – też nie wydaje się niezmiennym standardem. W książce The Slumbering Masses: Sleep, Medicine, and Modern American Life (Śpiące masy: sen, medycyna i nowoczesne amerykańskie życie) antropolog Matthew Wolf-Meyer twierdzi, że jeszcze w XIX w. Amerykanie spali na raty: kładli się wcześnie, budzili się po 4–5 godz., w tym czasie pisali listy, prowadzili życie domowe, a nawet składali sobie wizyty, po czym wracali do łóżek na kolejne kilka godzin. Matthew Walker jest wobec tego sceptyczny: nie wyklucza, że w pewnym momencie mogła istnieć moda na takie zachowania, ale aktualna wiedza o mechanizmach biologicznych odpowiedzialnych za spanie sugeruje, że ludzie potrzebują dłuższego okresu niezakłóconego spoczynku. Dopiero w takim trybie następujące po sobie fazy snu głębokiego i REM mogą odnieść pożądany skutek, m.in. regenerując tkanki i utrwalając zgromadzone w ciągu dnia wspomnienia.

Nie ma jednak wątpliwości, że sen jest znacznie mniej uporządkowany, niż chciałaby – nieprzypadkowo mająca wiele wspólnego z etyką protestancką – nowoczesna organizacja pracy. Jeśli ludzie muszą już spać – a najwyraźniej muszą – to najlepiej, gdyby robili to w tym samym czasie i wtedy, gdy są najmniej potrzebni. W tym sensie tzw. lenistwo – którego objawami byłyby poobiednie drzemki, późniejsze wstawanie czy poranne zmęczenie – okazywałoby się podstawowym narzędziem dyscyplinowania snu. Według badaczy z uniwersytetu w Sydney, autorów jednej ze wspomnianych wyżej metaanaliz, narzekamy na niewyspanie i jesteśmy gotowi wierzyć, że kapitalizm okrada nas z godzin odpoczynku, bo po prostu śpimy nie najlepiej. Tymczasem ilość wcale nie przechodzi w jakość. Niedopasowanie rytmu snu do genetycznego chronotypu czy likwidacja sjesty mogą sprawiać, że część z nas, nawet zażywając codziennie solidnych ośmiu godzin snu, wciąż będzie niewyspana.

Jasny błękit bezsenności

Senność potrafi zaatakować bez uprzedzenia, nawet w środku dnia, ale już świadome przestawienie się z trybu dziennej aktywności na nocne wyciszenie wymaga niezłej akrobatyki. Zamiast pracować, działać, ogarniać, zarządzać, wykonywać, produkować, wytwarzać i pomnażać – nagle, po prostu, się wyłączyć? Opiekunowie małych dzieci doskonale wiedzą, jak trudne jest wdrożenie niesfornego ludzkiego ciała do społecznych reżimów czasu – ilu negocjacji, rytuałów i zabiegów wymaga położenie się spać. I jak wiele towarzyszy temu lęków. Dorosłym, po wielu latach treningu, powinno być łatwiej, ale też mają swoje problemy. Ostatnia kawa wypita zbyt późno, stres: zawodowy, finansowy i rodzinny, przeforsowanie podczas wieczornych ćwiczeń, ostatni papieros – to wszystko może sprawić, że zamiast po prostu zasnąć, będą przewalać się nerwowo z boku na bok, z każdą kolejną minutą stresując się coraz bardziej, że następnego dnia będą niewyspani.

Zresztą wystarczy niebieskie światło – wróg numer jeden w wojnie o dobry sen. Emitowane przez urządzenia elektroniczne – smartfony, tablety, telewizory (ale również przez zwykłe żarówki, te o chłodnej barwie) – niebieskie światło wysyła do mózgu sygnał, że wciąż panuje dzień, i przez to blokuje wydzielanie melatoniny – hormonu, który powinien ukołysać nas do snu. Dla zwolenników opowieści o kapitalizmie anektującym sen to dowód koronny: wgapieni w mniejsze i większe ekrany, jak żywe trupy z filmu Jima Jarmuscha Truposze nie umierają, poświęcamy cenne minuty snu, by sprzedać jeszcze więcej danych o sobie chciwym korporacjom, bez przerwy kuszących nas nowymi treściami. Aplikacje, które obiecywały ograniczyć szkodliwe efekty niebieskiego światła – najsłynniejsza z nich to f.lux – były co prawda dostępne, ale słyszeli o nich tylko pasjonaci, a do tego nie dało się ich zainstalować na smartfonach. Wydawało się, że nic w tej sprawie nie drgnie, bo niby czemu wielkie korporacje produkujące urządzenia i oprogramowanie miałyby ułatwiać nam bezproduktywne spanie?

Ułatwiły. Najpierw Apple, jesienią 2016 r., wdrożyło funkcję Night Shift (nocna zmiana) w iPhone’ach, iPadach i na komputerach Mac; analogiczne rozwiązanie w systemie Android pojawiło się latem 2017 r. Zasada jest prosta: po ustalonej godzinie ekran zmienia barwę na cieplejszą, bliższą jasnym odcieniom żółci, dzięki czemu organizm może stopniowo się wyciszać (kiedy kończę pisać ten esej, jest już wieczór, więc na wszelki wypadek wyłączam tę funkcję). W ostatnich aktualizacjach Apple wprowadziło dodatkowo „Tryb Sen”, który wycisza powiadomienia i przypomina, że czas zbierać się do spania. Jeszcze w 2014 r. Jonathan Crary przekonywał: „Sen – stan bezużyteczny i zasadniczo pasywny, generujący niepoliczalne straty czasu produkcji, obiegu i konsumpcji dóbr – zawsze będzie kolidował z interesami świata 24/7”. Kilka lat później kapitalizm najwyraźniej chce, żebyśmy się porządnie wysypiali.

Co się zmieniło? Pouczający jest przykład Arianny Huffington, twórczyni internetowego serwisu „The Huffington Post”, która po tym jak w 2007 r. straciła przytomność z przepracowania, stała się orędowniczką regularnego snu. W 2016 r. opublikowała nawet książkę The Sleep Revolution (Senna rewolucja), w której przekonuje, że zdrowy sen jest podstawą sukcesu w każdej dziedzinie życia. Natomiast w redakcji „The Huffington Post” stworzyła przestrzenie, w których można uciąć sobie regeneracyjną drzemkę (może jakieś znaczenie ma fakt, że Huffington ma greckie korzenie).

Wygląda na to, że w walce ze snem kapitalizm po prostu skapitulował.

Według raportu RAND Corporation z 2016 r. niewyspanie pracowników w samych Stanach Zjednoczonych przyniosło straty na poziomie 411 mld dolarów, czyli 2,28% PKB. W Japonii miało to być 138 mld dolarów (2,92 % PKB), a w Niemczech 60 mld dolarów (1,56% PKB). Według raportu w Stanach Zjednoczonych poniżej 6 godz. spało 16% populacji, w Japonii i Wielkiej Brytanii – 16%, w Niemczech – 9%, a w Kanadzie – 6%. Raport nie mówił nic o tym, czy w przeszłości było lepiej, natomiast skupiał się na tym, że lepiej mogłoby być w przyszłości. Wnioski ze ściśle ekonomicznego raportu wyglądają jak poradnik dobrego spania (ograniczać niebieskie światło, regularnie ćwiczyć, trzymać się regularnych pór zasypiania i wstawania, nie zarywać nocy), ale zawierają też rekomendacje dla organizacji przedsiębiorstw i społeczeństw. Analitycy sugerują, aby pracodawcy nie wymagali od pracowników całodobowej dostępności, za to dostosowali środowiska pracy do indywidualnych potrzeb, np. poprzez elastyczne godziny pracy. Natomiast na poziomie krajowym sugeruje się przede wszystkim opóźnienie godzin rozpoczynania szkoły.

Gdybym przeczytał o tym na początku XXI w., kiedy ledwo przytomny wlokłem się na autobus do szkoły, pewnie nic by się nie zmieniło, ale może oszczędziłoby mi to nieco frustracji. Jak podkreśla Matthew Walker, zwiększone zapotrzebowanie nastolatków na sen (oraz przesunięty rytm dobowy, który powoduje, że większość dorastających ludzi to nocne marki) sprawia, że wczesne wstawanie może ograniczyć umiejętność przyswajania wiedzy i kreatywność.

To ostatnie słowo wydaje się tu kluczowe, nawet bardziej w odniesieniu do dorosłych pracowników zachodnich gospodarek, w których znaczenie twórczego rozwiązywania problemów stale rośnie. Aby było ono możliwe, niezbędny jest solidny sen, a szczególnie jego faza REM – biorąca nazwę od szybkich ruchów gałek ocznych (rapid eye movement) i odpowiedzialna za marzenia senne. Według najnowszych badań, o których pisze Walker, to właśnie wtedy nowe informacje, przyswajane w ciągu dnia, są porządkowane, selekcjonowane i umieszczane w pamięci długotrwałej. Wtedy też, gdy płaty czołowe, odpowiedzialne za racjonalne rozumowanie, smacznie sobie śpią, nasz mózg tworzy pozbawione skrępowania kombinacje obrazów i innych wrażeń. To dlatego sny bywają takie dziwne, ale także dlatego po dobrej nocy można obudzić się z rozwiązaniem problemów, które poprzedniego wieczoru wydawały się nie do przejścia.

Przeczuwając ten twórczy (a przy okazji użyteczny rynkowo) charakter snu, francuski poeta Saint-Pol-Roux miał przed położeniem się do łóżka wywieszać na drzwiach kartkę: „POETA PRACUJE” (tak przynajmniej twierdzi André Bréton w Manifeście surrealizmu z 1924 r.).

Pewnie dlatego praktyki takie jak w „The Huffington Post” wdrażały w ostatnich latach również Google czy Facebook, gdzie twórcze pomysły są wymagane w ilościach przemysłowych.

Kapitalizm wreszcie znalazł zastosowanie dla snu, nie byłby jednak sobą, gdyby na tym poprzestał. W 24/7 Crary twierdził jeszcze, że „sen wymaga okresowego odłączenia się od sieci i urządzeń, aby stać się bezczynnym i bezużytecznym”. To też już nieaktualne. Firma Apple w 2020 r. udostępniła w swoim inteligentnym zegarku funkcję pomiaru parametrów snu; zresztą aplikacje, które to umożliwiały, były dostępne od kilku lat. Aplikacje tego rodzaju potrafią analizować, jaki jest nasz optymalny rytm dobowy, kiedy powinniśmy chodzić spać, jak często się wiercimy, czy chrapiemy i jak długo śniliśmy. Rejestrowanie czasu i rytmu snu ma być sposobem na to, żeby poddać go racjonalnej kontroli. Komunikaty PR-owe mówią o zdrowiu, ale oczywiste jest, że bardziej chodzi o wydajność pracy.

Matthew Walker idzie nawet dalej i sugeruje, że odpowiednio zsynchronizowane urządzenia – inteligentny zegarek, smartfon, termostat i żarówki podłączone do sieci – mogłyby sterować naszą sennością, zapewniając nam w pełni regenerujące noce. Autor Dlaczego śpimy sugeruje nawet, że pracodawcy oraz firmy ubezpieczeniowe, opierając się na danych pozyskiwanych z inteligentnych zegarków, mogliby wprowadzać premie za zdrowe spanie. W końcu wyspany pracownik to wydajny pracownik. Nietrudno jednak sobie wyobrazić dalsze konsekwencje tej logiki: niewyspany pracownik to leń. Niby dawna, nowoczesno-protestancka zasada ulega odwróceniu, ale cel pozostaje ten sam – maksymalizacja zysków. A przy okazji kolejna sfera życia prywatnego, może ta najbardziej intymna, zostaje podporządkowana pracy.

Kup numer