Jerzy Franczak styczeń 2020

Wyobraźnia wyzwalająca

Dlaczego ludzkość nie zadowala się światem, w którym żyje, i niestrudzenie wymyśla nowy? Czy chce w ten sposób odmienić swój los, czy uciec od niego na chwilę w domenę ułudy? Jak działa mechanizm kreacji, jakie są podstawowe antropologiczne, społeczne i polityczne wymiary tej zabawy w Stwórcę?

Artykuł z numeru

Jedzenie przyszłości

Jedzenie przyszłości

W jednym z esejów z tomu Into the Looking-Glass Wood Alberto Manguel wspomina swoje najważniejsze doświadczenie z dzieciństwa: gdy miał osiem lat, zabrał się za lekturę książki Lewisa Carolla i nagle wpadł razem z Alicją do króliczej nory. Zapewne wielu z nas ma za sobą podobną przygodę. Argentyński pisarz musiał jednak przeżyć wyjątkowo mocno ten cudowny upadek, bo większą część życia poświęcił eksploracji Krainy Czarów i terytoriów ościennych. A w roku 1980 postanowił usystematyzować topografię fikcyjnych światów i napisał The Dictionary of Imaginary Places.

To niezwykła książka: dzieło konceptualne i encyklopedia zarazem, owoc erudycji Manguela i efekt współpracy z Giannim Guadalupim, Grahamem Greenfieldem (ilustratorem) oraz Jamesem Cookiem (rysownikiem map). Polski przekład przygotowywała spora grupa tłumaczy i redaktorów, których właściwie nazwać wypadałoby współautorami. Zacznijmy od znaczącego detalu edytorskiego: otóż książka liczy sobie dokładnie 1001 stron. To zapewne aluzja do Baśni z 1001 nocy, mnie jednak nasuwa się skojarzenie z tajemniczym kompendium o identycznej objętości, zatytułowanym The First Encyclopaedia of Tlön, o którym opowiada bohater jednej z nowelek Jorge Luisa Borgesa. „Miałem teraz w ręku – powiada on – obszerny i metodyczny fragment całkowitej historii nieznanej planety, z jej budowlami i wojnami, z przerażeniem jej mitologii i zgiełkiem jej języków, z jej cesarzami i morzami, z jej minerałami, z jej ptakami i rybami, z jej algebrą i ogniem, z jej kontrowersjami teologicznymi i metafizycznymi”. Manguel (nota bene pełniący funkcję lektora Borgesa, gdy ten całkowicie oślepł) podjął się zadania podobnego: nie opisał co prawda nieznanej planety, ale postanowił usystematyzować wiedzę o istniejących już układach planetarnych, nieznanych astronomii, i o fikcyjnych krainach, które kartografia z reguły ignoruje (wyjątki od tej reguły skrupulatnie skatalogował Edward Brooke-Hitching w Atlasie lądów niebyłych).

 

Dzieło w toku

Wyobraźnia ludzka kreowała światy we wszystkich epokach i językach; to istna Biblioteka Babel. Świadomi tego, że tematu nie sposób wyczerpać, autorzy Słownika… ustalają – niekiedy mocno arbitralne – kryteria selekcji. Pomijają miejsca fikcyjne, które funkcjonują jako pseudonimy rzeczywistych okolic, jak Balbec Prousta czy Yoknapatawpha Faulknera, a jeżeli pojawia się np. wyspa Robinsona Crusoe, to dlatego, że zdążyła odkleić się od swojego pierwowzoru. Nie biorą pod uwagę fantazji przyszłościowych, milczą więc uparcie o uchroniach i dziełach science fiction. Czerpią głównie z literatury, choć niekiedy – podług własnego kaprysu – odsyłają do obrazów filmowych. Całą resztę natomiast pakują do encyklopedycznych haseł i układają wedle porządku alfabetycznego. W efekcie na kartach Słownika… królują różnica i kontrast: Hogwart spotyka się tu z Hygeią, czyli Miastem Zdrowia, Kraj Liliputów z Locus Solus Raymonda Roussela, Ziemiomorze Ursuli Le Guin z Zamkiem Kafki, a Dolina Muminków z Doliną Półmroku i Doliną Poniżenia. Czytelnik na własną rękę może ten bogaty materiał porządkować i klasyfikować. Może wyłapywać zbieżności – odkrywając np., że językami tonalnymi, w których o znaczeniu słowa decyduje mimika mówiącego, posługują się zarówno mieszkańcy Aleofane, jak i Ziemi Brodiego. Może też zestawiać i porównywać – stwierdzając chociażby, że podczas gdy na Egzopotamii słońce przecinają na zmianę pasma jasne i ciemne, to w arbuzowym kraju zwanym iZgon słońce każdego dnia ma inny kolor. W ten sposób sam aranżuje zadziwiające spotkania twórców różnych kultur czy epok (w tych przykładach Godfreya Swevena z Borgesem i Borisa Viana z Richardem Brautiganem).

Słownik… można też czytać dla czystej przyjemności. Hasła zredagowano w ten sposób, że z literackiej podstawy wyłuskane zostają czyste „fakty” dotyczące topografii i historii wyobrażonego miejsca, jego mieszkańców oraz ich kultury. Stylistycznie przypominają one XIX–wieczne bedekery – przewodniki dla obieżyświatów epoki przedturystycznej – co wielokrotnie daje znakomity efekt komiczny. Weźmy notę o Bergamutach. Zaczyna się od quasi-naukowej informacji: „Archipelag wysp słynący ze swojej tyleż bogatej, ile niespotykanej gdzie indziej fauny. Podobno zamieszkują je słonie o dwóch trąbach, kury znoszące złote jaja oraz obdarzone niezwykłą siłą mrówki – zdolne ponoć unieść osła”. Całość zamyka natomiast przestroga: „Należy jednak uprzedzić podróżnych, że na wyspy owe bardzo trudno trafić, gdyż w ogóle ich nie ma”.

Inna sprawa, skąd w tej książce wziął się słynny wierszyk Brzechwy. To kolejna cecha, która zbliża Słownik… do Encyklopedii Tlönu; podobnie jak widmowa książka opisana przez Borgesa, dzieło to nie ma kanonicznej postaci, do każdej edycji bowiem tłumacze dodają hasła z literatury swojego języka. O ile więc w oryginale odnajdziemy tylko jedno hasło polskie (Sanatorium pod Klepsydrą), o tyle w przekładzie natrafiłem na 15 tekstowych kapsułek z informacjami m.in. o Nipu Krasickiego, Hyrkanii Witkacego, Wyspie Królów Wata, Costaricanie Lema, Lailonii Kołakowskiego, Ściegach Tulli oraz Prawieku Tokarczuk. Warto pamiętać o tym, że niniejsza edycja to jedno z wielu wcieleń projektu, który stanowi swoiste dzieło w toku: wciąż się rozwija i rośnie, różnicuje i mutuje. W innych krajach czytelników zachęca się do przesyłania wydawcy własnych propozycji haseł – byłbym zachwycony, gdybyśmy również zyskali tego rodzaju możliwość. W świecie fikcji roi się bowiem od króliczych nor i innych tajemnych przejść, a niektóre z nich prowadzą do krain tyleż fascynujących, co rzadko odwiedzanych.

 

Fikcyjne i realne

Lektura Słownika… skłania też do zadumy. Dlaczego ludzkość nie zadowala się światem, w którym żyje, i niestrudzenie wymyśla nowy? Czy chce w ten sposób odmienić swój los, czy uciec od niego na chwilę w domenę ułudy? Jak działa mechanizm kreacji, jakie są podstawowe antropologiczne, społeczne i polityczne wymiary tej zabawy w Stwórcę?

Relacja fikcji i rzeczywistości profilowana bywa rozmaicie. Przywołaną nowelkę Borgesa wieńczy intrygujące proroctwo: granice pomiędzy tym, co realne, i tym, co wyobrażone, mają się stopniowo zacierać, aż „świat stanie się Tlönem”. Wiele spośród wyobrażonych miejsc usilnie dąży do urzeczywistnienia, a ich projektanci marzą o przeprowadzeniu swojej fantazji do praktyki życiowej. Przodują w tym oczywiście utopie; co prawda niektóre z nich, jak wyspa Morusa, umiejscowione są poza istniejącymi mapami, inne zaś budują idealne zakony, odgrodzone od chaotycznego zewnętrza (jak Miasto Słońca Campanelli), ale wiele jest takich, które mają stanowić wzorzec przemiany w skali globalnej. To przykład falansterów Charles’a Fouriera, gdzie panują idealny ład i totalne podporządkowanie jednostki interesom ogółu (z tego względu Emil Cioran polecał je jako „najdoskonalszy środek wymiotny”). Ale odnaleźć tu można mniej znane utopie, nie tak groźne, a niekiedy rozczulające, w rodzaju państw prawdziwej wiary – Altrurii stworzonej przez Williama Howellsa albo Wiktorii projektu Jamesa S. Buckinghama, której nazwa, utworzona oczywiście od imienia królowej, „oznacza moralne zwycięstwo nad złem szerzącym się w angielskim społeczeństwie”. Najpierw mamy więc ponurą diagnozę wystawioną danej epoce, a potem suplement w postaci fantazji, która stanowi coś w rodzaju projektu kuracji.

Obsesje utopistów na punkcie idealnego ładu widać wyraźnie na załączonych mapkach; symetryczna urbanistyka odzwierciedla doskonałą geometrię ładu społecznego. Jakże inaczej prezentują się zaświatowe kontynenty i archipelagi, tworzone z podszeptów nieskrępowanej wyobraźni! Tutaj dominują wyspy i doliny, niedostępne dla niewtajemniczonych, a towarzyszą im dzielnie obszary napowietrzne schowane w chmurach oraz te ukryte głęboko w ziemi. Niektórzy twórcy szukają wybiegu, by rozdzielić dwa światy – wokół Analogosu René Daumala przestrzeń zakrzywia się w ten sposób, iż pozostaje on niewidzialny, a Fantazjana Michaela Ende po prostu nie ma granic, gdyż współrzędne geograficzne zmieniają się tam bez ustanku. Inni wybierają literackie hokus-pokus i nadają swoim terytoriom nazwy typu Niekcja, Nigdziebądź, Nikttamnietrafia. Prócz impulsu eskapistycznego odnajduję w tych wizjach potrzebę redukcji nieznośnie złożonego świata do najprostszych spraw, doznań i emocji oraz odwieczne marzenie o powrocie do raju dzieciństwa. Ale jeśli spojrzę pod innym kątem, dostrzegam potężną psychomachię: oto pisarze wypowiadają posłuszeństwo Urizenowi i oddają się w służbę Urthonie, czyli spieszą na pomoc Wyobraźni, zniewolonej przez nowoczesny Rozum.

Relacja fikcji i rzeczywistości bywa odwracana. Jan Gondowicz ujął to humorystycznie w nocie do Zoologii fantastycznej, czyli autorskiego bestiariusza wymyślonych stworzeń: stwierdził, że dzieje cywilizacji to przemiana fauny realnej w nierealną. To samo dotyczy naszych państw i miast, kultur, języków i sposobów życia: od zawsze uzupełniamy doświadczenie o element imaginacyjny. Ale to, co wydaje się „czysto fikcyjne”, nieuchronnie powraca do tego, co „wyłącznie realne”. Wszystko jedno, czy uznajemy fikcję za bezpieczne schronienie, czy za rewolucyjny zaczyn, fantazje o nieistniejących lądach zawierają niezwykle niebezpieczny inwentarz idei i obrazów! Dzieje się tak dlatego, że każą nam przemyśleć ponownie szereg kwestii, od struktury społecznej i własności prywatnej (obrazy życia w komunie), poprzez relacje między płciami (opisy matriarchatów czy wspólnot androgynicznych) czy wychowanie dzieci (różne warianty systemów rodzinnych i szkolnych), po gospodarowanie rozkoszą i stosunek do używek (królestwa wstrzemięźliwości vs. księstwa namiętności i halucynogenów). Obcowanie z nimi potrafi trwale nadwątlić złudną oczywistość naszych światoobrazów. Wyobraźnia wyzwolona – jeśli tylko powierzymy się jej mocom – może okazać się wyobraźnią wyzwalającą.

 

Wielość i wolność

Nieprzebrana rozmaitość opisywanych krain gwarantuje czytelnikowi swobodę. Z pewnością znajdą się tacy, którzy delektować się będą wyłącznie najdzikszymi skokami imaginacji i zechcą zatrzymać się dłużej na którejś z wysp odkrytych przez Alfreda Jarry’ego (choćby była ona w całości rozkładającym się truchłem króla Bździsława) albo spędzić czas w Pępku Otchłani (pomimo iż Antoine Artaud twierdzi, że jego mieszkańcy mają w mózgach owinięte sznurkiem paczuszki z nieznanym adresem). Albo tacy, którzy rozmiłują się w abstrakcyjnym Świecie Linii, składającym się – jak poświadcza Edwin Abbott – tylko z jednej prostej kreski. Mnie osobiście cieszyłaby wizyta w Afanii, czyli Kraju Literackim odwiedzonym przez Toma Hooda, gdzie pisanie i działalność wydawniczą poddano ścisłym regułom (np. wydawca dostaje za publikację jedynie od jednego do pięciu procent, a reszta należy się autorowi). Nie znaczy to wcale, że chciałbym tam zamieszkać – niepokoi mnie fakt, że osobny kodeks określa kary za wykroczenia przeciwko literaturze w rodzaju plagiatu lub adaptacji z francuskiego, a wszystkie przymiotniki przechowuje Biblioteka Narodowa, która z dbałości o czystość stylu racjonuje pisarzom ich dzienny przydział. Zbytnio cenię sobie czytelniczą i pisarską wolność; chciałbym zachować swobodę przemieszczania się po nieistniejących krainach, które same w sobie stanowią świadectwo nieskrępowanej, suwerennej potęgi wyobraźni.

_

Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Słownik miejsc wyobrażonych

tłum. Piotr Bikont, Jan Gondowicz, Michał Kłobukowski, Jolanta Kozak, Maciej Płaza, Maciej Świerkocki, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2019, s. 1001

 

Kup numer