70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Ze zbiorów rodziny Biszewskich

Jak zdobywano polskie wyspy

Po wojnie wyspy Wolin, Uznam i Karsibór, tak jak całe tzw. Ziemie Odzyskane, stały się swoistą wieżą Babel. Pierwszymi osadnikami byli często zdemobilizowani żołnierze oraz ludzie powracający z robót przymusowych w III Rzeszy. Później dołączali do nich kolejni.

Jakiś zbójecki hyr tu władał, jakaś własna moralność. Co tu dużo gadać: mnie to brało. Wówczas odniosłem wrażenie, że to nie jest jakiś wrodzony zmysł do łajdactwa, lecz ciągłe upajanie się wolnością i akcentowanie prawa do rządzenia się na swój sposób” – tak powojenne lata w regionie ujścia Odry do Bałtyku opisywał Czesław Schabowski, rybak i literat. Wyspy Wolin i Karsibór, a także część wyspy Uznam znalazły się w granicach naszego państwa po II wojnie światowej, stając się częścią tzw. Ziem Odzyskanych. Ostatni raz Polska była tu osiem wieków wcześniej. Teraz na gruzach niemieckiego świata Polacy musieli stworzyć nową rzeczywistość. Z dala od metropolii, wśród obcego krajobrazu i pod okiem radzieckiej armii regionem zawładnął „zbójecki hyr”. Upajanie się wolnością musiało iść w parze z próbami stworzenia nowego domu, z codzienną walką o normalność.

Wbrew zapewnieniom propagandy Polski Ludowej zarówno wyspy, jak i całe ziemie przyłączone nie były krainą mlekiem i miodem płynącą. Fakt, poniemieckie domy pozostały znakomicie wyposażone – wyjeżdżający mogli zabrać ze sobą tylko do 20 kg dobytku. „Niektórzy to wchodzili [do domu] i jakby świeczkę zapalił, to od razu mógłby mieszkać, strawę zrobić” – opowiadał pan Marian z Ładzina na wyspie Wolin. Infrastruktury i sprzętów domowych czy gospodarczych nie brakowało, osadnicy byli jednak zdani na siebie. A największym wyzwaniem, zwłaszcza w tych pierwszych tygodniach, było zdobycie pożywienia. „Myśmy tu byli zagubieni, bo [wcześniej] mieszkaliśmy w mieście, a tutaj pustka, jest dach nad głową, ale nie ma nic… Najgorsza zima była. Przyjechaliśmy w listopadzie, to leżały jeszcze jabłka, to się tymi jabłkami żywiliśmy. Ewentualnie po piwnicach, jak gdzieś były słoiki, to jak się znalazło, to jedliśmy. Jakiś węgorz w słoiku czy inna ryba albo owoc…” – wspominała pani Wenata z Lubina, malowniczej wioski nad Zalewem Szczecińskim.

Jednak ta poniemiecka żywność budziła niepewność. Pani Jadwiga, również z Lubina, opowiadała : „W domach wszystko było, jak Pan wszedł, to nawet jedzenie leżało. Niemcy kaczki łapali, piekli, tłuszczem zalewali i do beczek. Pełno w piwnicach stało tego. Ale my tego nie brali, bo my się bali. Kto wie, czy to nie zatrute?”.

 

Wspólnota potrzeb

Niemcy wciąż byli obecni na tych terenach. Część wyjechała już w ostatnich tygodniach wojny, pozostałych wysiedlano stopniowo. Trwało to do 1947 r. W ten sposób polscy osadnicy i Niemcy, którzy czekali na wysiedlenie, stawali się sąsiadami. W opowieściach o wzajemnych relacjach znajdziemy bardzo różne wątki: brak zaufania, wrogość, brutalne wykorzystywanie Niemców do pracy. Mieszkańcy Lubina opowiadali o jednym z ówczesnych sąsiadów, który mieszkał z Niemką – była po trochu jego partnerką, po trochu niewolnicą. W Warnowie zaś wspominano właściciela młyna, „cwaniaka”, który okrutnie wykorzystywał Niemców do pracy. Niemniej z opowieści najbardziej przebijają się wspomnienia współpracy i wzajemnego zrozumienia. Jakby Polacy, często siłą zabrani z ich małych ojczyzn i wywiezieni w nieznane, doskonale rozumieli niedawnych wrogów wojennych, którzy za chwilę znajdą się w tej samej sytuacji. A współpracę determinowały trudne warunki, w których przyszło żyć jednym i drugim. „My po jednej stronie domu mieszkali, a Niemcy po drugiej. Myśmy biedę klepali i oni klepali” – podsumował pan Stanisław z Mokrzycy Wielkiej. Przy czym Polacy mieli władzę i możliwości, a Niemcy znajomość terenu i odpowiednie umiejętności.

Znali się np. na rybołówstwie. W czasie wojny na wodach Zalewu Szczecińskiego oraz okolicznych ujściach, rozlewiskach i jeziorach w zasadzie nie łowiono. W tym czasie nagromadziła się tu ogromna ilość ryb.

Rybołówstwo byłoby rozwiązaniem problemów z dostępem do żywności, lecz znakomita większość przybyszów nie miała o nim zielonego pojęcia. Jeśli już, to potrafili łowić na małych akwenach, rzekach i jeziorach.

Dużo większy Zalew Szczeciński to jednak zupełnie coś innego. Ba, dla wielu ta woda, a już zwłaszcza Bałtyk, była żywiołem kompletnie obcym, budzącym wręcz grozę. Nie bez przyczyny najpierw zasiedlano wioski leżące w centrum wyspy Wolin. A w tych przybrzeżnych wybierano raczej gospodarstwa z dala od wody.

Mieszkający tu od pokoleń Niemcy znali się zaś na rybaczeniu doskonale. To oni właśnie stali się pierwszymi nauczycielami tej trudnej sztuki. Wysiłek był opłacalny, gdyż przepisy graniczne nie pozwalały im na połowy. Układ miał jasne zasady – Polak zdobywał papier, a Niemiec dla niego łowił, ucząc przy tym swego pracodawcę.

Ta metoda zadziałała. Wkrótce region stał się rybnym zagłębiem. „Węgorza było dużo… jak ja rybaczyłem, to 1 maja miałem 1360 kg, 2 maja – 900 kg, 3 maja – 700 kg. Jednego miesiąca my zdali ponad 13 t ryby!” – opowiadał pan Józef, rybak z Karsiboru, wioski położonej na odrębnej wyspie. Dzięki temu z czasem tereny te stały się atrakcyjne dla ludzi szukających szybkiego zarobku. Anatol Drywa, autor wspomnień opublikowanych w tomie Drogi powrotu. Wspomnienia mieszkańców Pomorza Szczecińskiego (Poznań 1981), opisywał, jak bardzo przybycie do Karsiboru zmieniło jego życie: „w sezonie zarabiałem trzykrotnie więcej aniżeli na wyspie w Gdańskim Urzędzie Morskim. Praca była ciężka i mozolna. Hartowała młodego człowieka podczas jesiennych sztormów i mgieł (…). Nikt się nie zrażał dodatkowymi niezapłaconymi robotami i nocowaniem pod gołym niebem na wyspie pod latarniami, gdy nagły sztorm nie pozwalał wracać do portu macierzystego (…). Zarobek uzyskany w sezonie wystarczał w zupełności do nowego sezonu wiosennego, a nawet dłużej!”.

 

Owoc fermentacji

Rybołówstwo stało się również fundamentem kultury regionu. jako zawód dający najpierw szansę na przetrwanie, a później gwarantujący godziwy zarobek, łączyło bardzo różnych ludzi. A przecież po wojnie wyspy Wolin, Uznam i Karsibór, tak jak całe tzw. Ziemie Odzyskane, stały się swoistą wieżą Babel. Pierwszymi osadnikami byli często zdemobilizowani żołnierze oraz ludzie powracający z robót przymusowych w III Rzeszy. Później dołączali do nich kolejni. Mieszkańcy ziem utraconych na Wschodzie na rzecz ZSRR: w tym wypadku głównie z Wileńszczyzny i Grodzieńszczyzny, nie brakowało też przybyszów z Wołynia i Galicji. Władza zachęcała do przyjazdu Wielkopolan. Ich gospodarność miała przysłużyć się szybkiemu wykorzystaniu poniemieckiej infrastruktury dla polskiej gospodarki. Trafiali tu też warszawiacy, którzy po tragedii powstania szukali swego miejsca w świecie. I wielu innych. W sąsiednich domach można było usłyszeć odmienne gwary, a nawet języki, inaczej obchodzono święta i uroczystości, inaczej gospodarzono. „Tę ziemię można było przyrównać do olbrzymiego kotła fermentacyjnego, gdzie kipiał i pienił się zlepek najróżniejszych obyczajów i nawyków, gęsto zakrapiany osadem długoletniej włóczęgi po świecie”[1] – przeczytamy we wspomnieniach z tamtych lat.

Wspomniana pani Jadwiga opowiadała, że po przybyciu z rodziną do Lubina w 1949 r. nie została zbyt miło przyjęta przez wcześniejszych osadników pochodzących „zza Buga”. „Krzyczeli do nas: idźcie stąd! Przyjechaliście nas okraść!”. Różnice kulturowe w połączeniu z biedą i niepewnością bytu musiały rodzić napięcia. Zapytana jednak, jak długo to trwało, odpowie: „Tak dwa–trzy miesiące. Potem trzeba było sieci stawiać, razem pracować, to wszystko się utarło”.

Ten kocioł fermentacyjny łączył również przedstawicieli zupełnie różnych grup społecznych. Dawne pozycje społeczne, a także umiejętności i nawyki przestawały mieć znaczenie. Pani Wenata opowiadała, jak trudno było odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości jej rodzicom: matce – niedawnej aktorce wileńskiego teatru Lutnia, oraz ojcu, który śpiewał arie operowe. Na miejscu, gdzie „głód był, nic nie było, pieniędzy nie było, ale sklepów też nie”, próbowali tworzyć objazdowy teatr. Zebrali jeszcze kilka osób i jeździli z występami od wioski do wioski, a także do Świnoujścia, Międzyzdrojów czy Wolina. „Grosz to był żaden… Ale jakieś zajęcie było, ludzie się mobilizowali. No, trochę śmiechu, trochę żartów…” – wspominała. Dla jej męża, którego poznała już kilka lat po wojnie, odnalezienie się w tym nowym świecie musiało być również nie lada wyzwaniem. Poradził sobie znakomicie. Szybko nauczył się rybołówstwa, zaczął angażować innych do pracy, w końcu został członkiem zarządu spółdzielni rybackiej „Certa” – kombinatu połowowo-przetwórczego, który obejmował całą polską część Zalewu Szczecińskiego. A co robił przed wojną? „Był trenerem tenisa ziemnego w Kaliszu” – odpowiada pani Wenata.

 

Pewnego razu na ziemiach zszabrowanych

Na wyspach, w tym odległym zakątku Polski, na nowo określali się jednak nie tylko ludzie, którzy chcieli lub musieli stworzyć tu swój nowy dom. Były to najbardziej odległe peryferie nowej Polski. Instytucje państwowe powstawały bardzo powoli. Brak wyraźnych reguł powodował, że dominującym stawało się prawo silniejszego. Przy tym każdy był tu skądś.

To wszystko otwierało możliwości dla ludzi, którzy z jakichś powodów chcieli ukryć swą tożsamość. Trafiali się byli żołnierze Armii Krajowej lub inni, którzy mieli na pieńku z władzą ludową. Zdarzali się zwykli kryminaliści. Dobitnym i mało chlubnym przykładem jest Ludwik Kalkstein-Stoliński, były agent Gestapo w AK – człowiek, który przyczynił się do aresztowania gen. Stefana Grota-Roweckiego. Po wojnie pod przybranym nazwiskiem pracował w Urzędzie Morskim w Karsiborzu. Dopiero w 1949 r. zainteresował się nim Urząd Bezpieczeństwa. Nie brakowało też oczywiście mniejszych i większych cwaniaczków, którzy próbowali ugrać coś dla siebie. „Przyjeżdżał na dwa–trzy miesiące, niby że będzie mieszkał, ale zaraz po nim słuch ginął. Byli też ludzie, którzy sobie życiorysy pozmieniali, nazwiska, imiona, daty urodzenia. Gdzieś w Polsce żona z siedmiorgiem dzieci, a tu ma nową…” – opowiadała Britta, Niemka, której rodzina została po wojnie na wyspach.

Pan Marian ma podobne wspomnienia: „Było pełno kombinatorów. Zajęli, oszabrowali i wyjechali. Domy pozostawiali zrujnowane”.

Szaber był zjawiskiem, które w ogromnym stopniu zdefiniowało specyfikę tych ziem. Tak pod względem krajobrazu kulturowego, podejścia do przestrzeni publicznej, jak i relacji społecznych.

Terminem tym określa się przywłaszczanie czyjegoś mienia po kataklizmie przyrodniczym lub wojnie. Jednak do jednego worka można tu wrzucić bardzo różne postawy i zachowania. Czym innym jest przecież wykorzystanie pozostawionych dóbr po to, by samemu przeżyć i stworzyć swój dom, a czym innym jest poszukiwanie „skarbów”, czyli kosztowności schowanych w piwnicach lub zakopanych w polu. Lecz jeszcze innym zjawiskiem jest brutalne wykorzystanie słabości ludzkiej i zwyczajne rozkradanie całych wiosek. „Przyjeżdżali z centralnej Polski i jak zobaczyli, że dom jest pusty, to potem tylko pełno pierza latało. Wycinali same materiały i zabierali… Szabrowali tu jak nie wiem” – mówił pan Marian. We wspomnieniach z tamtych lat przeczytamy, że bandy szabrowników były plagą regionu. Pani Wenata z rozżaleniem wspominała ludzi, którzy w najcięższych dniach pojawiali się w domu, by wykorzystać biedę rodziny. „To im się zegar spodobał, to obraz, to świecznik i mówili: za to dostaniecie kawałek słoniny, a za to kilo cukru…”

Szaber miał wymiar wręcz instytucjonalny. We wspomnianym Lubinie działała przed wojną potężna fabryka cementu. Jeden z największych tego typu zakładów w Europie. Świnoujski historyk Józef Pluciński opowiadał, że zaczęto ją rozkradać, jak tylko wypchnięto stąd niemieckie wojsko. Zajęli się tym radzieccy żołnierze, a także polskie Wojsko Ochrony Pogranicza. Irena Szydłowska, szczecińska urzędniczka ds. osadnictwa, opisała zaś w swoich wspomnieniach przypadek Nowego Warpna, które znajduje się po przeciwnej stronie Zalewu Szczecińskiego: „wszechwładnym panem był tu WOP [Wojska Ochrony Pogranicza]. Wopiści ustalili godzinę policyjną na 17.00. Po niej nie tylko ludność niemiecka i nieliczni jeszcze osadnicy polscy, ale i milicjanci nie mieli prawa pokazywać się na ulicy (…). Potem opowiadano mi w Nowym Warpnie, że wszelacy dostojnicy nie tylko ze Szczecina, ale i z Warszawy wywozili pełne ciężarówki mebli, dywanów, sprzętów domowych i różnych niemieckich objects d’art, właśnie z tego odległego miasteczka, w którym nie było innej kontroli niż WOP. Już wiedziałam po co była godzina policyjna”[2].

 

Wszechwładny sąsiad

WOP czy bandy szabrowników zawsze jednak stały drugie w kolejce. Panem i władcą na wyspach przez długie lata była Armia Czerwona / Radziecka. Strategiczne położenie oraz bogactwo regionu powodowały, że bardzo opornie oddawała władzę w ręce polskiej administracji. Szczególnie kontrolowano Świnoujście. We władaniu radzieckiego wojska znajdowały się nie tylko całe obszary miasta (z dzielnicą nadmorską włącznie), ale również kluczowe instytucje i urządzenia, takie jak wodociągi czy przeprawa promowa. „Rosjanie mieli tutaj najwięcej do gadania, bez ich zgody nie można było tu nic robić. Posunęli się trochę, żeby zrobić miejsce dla marynarki polskiej, ale baza rosyjska była czynnikiem decydującym o wielu aspektach życia. Poza tym dostawali za friko wodę, marnotrawili ją. To rzutowało na budżet miasta” – tłumaczył Pluciński.

Mieszkańcy nie wspominają dobrze kontaktów z radzieckimi żołnierzami w tamtych latach. Kojarzą im się one raczej z grozą. Pan Józef, rybak z Karsiboru, mówił, że w pierwszych miesiącach do Świnoujścia nie można było jeździć samemu. „Jak jechało pięć kobiet, to dwóch mężczyzn z nimi jeździło. Jak jeden sam pojechał, to zabili go Ruscy. Strach było jechać… Ja raz pojechałem po żonę do Świnoujścia, a Ruscy, gdzie były dobre budynki, to mieszkali… To wtedy był strach!” Bolesnych historii jest niestety więcej. Przemoc seksualna dotyczyła przede wszystkim niemieckich kobiet. Okrutny los spotkał żonę i córkę Alfreda Trosta, niemieckiego lekarza z Międzyzdrojów, który po wojnie pozostał i przez kilka lat był jedynym medykiem na wyspach. Po napaści ze strony radzieckich żołnierzy pierwsza z nich popełniła samobójstwo, a druga ciężko zachorowała.

 

Siła nowych znaczeń

W pamięci najstarszych mieszkańców regionu czas ten nie zapisał się jednak tylko jako okres biedy, strachu i walki o przetrwanie. Równocześnie był to dla nich okres nadziei, mobilizacji i międzyludzkiej solidarności. Najtrudniejszym zadaniem, na którym przede wszystkim się koncentrowano, było stworzenie w miarę stabilnej rzeczywistości. Dlatego ludziom do głowy przychodziły takie pomysły jak objazdowy teatrzyk, dlatego też w licznych wsiach w soboty organizowano zabawy („Ooo, jak były zabawy, to lali się strasznie” – wspominał z rozbawieniem pan Marian). Święta religijne, wszelkie państwowe inicjatywy, a także uroczystości, takie jak śluby czy pogrzeby, integrowały społeczność, pozwalały poczuć, że po tragedii wojennej i traumie przesiedlenia życie wraca do normy.

Nowy świat tworzono własnymi rękami, na bazie tego, co zastano na miejscu i co udało się obronić przed szabrem. Z obecnej perspektywy łatwo utyskiwać nad dobrami niemieckiej kultury, które zostały wtedy zniszczone. Słuchając opowieści z tamtych lat, można jednak zrozumieć, że myślenie o dziedzictwie kulturowym byłoby wtedy co najmniej abstrakcją, jeśli nie szaleństwem. A może warto spojrzeć na ten problem inaczej? Bo przecież wiele przedwojennych dóbr nie zostało zniszczonych, lecz wykorzystano je w zupełnie inny sposób. Nadano im nowe funkcje i znaczenia, czasem zaskakujące.

Szyny kolejki wagonikowej, która dowoziła surowiec do cementowni w Lubinie, do tej pory służą za słupki podtrzymujące płot w jednym z ośrodków wczasowych. Tak też było z wielowiekowym zamkiem rodu von Apenburg, który znajdował się nieopodal wsi Mokrzyca Wielka. Pod koniec wojny został zniszczony – zbombardowany przez radzieckie lotnictwo lub wysadzony przez wycofujących się Niemców (nie ma tu jasności). Zamkowe dobra szybko trafiły do okolicznych gospodarstw. „Tam była taka piękna cegiełka klinkierowana, co ją właściciel przed wojną z Francji sprowadził. I my całe lato z ojcem i jednym Niemcem jeździliśmy i tę cegłę zwoziliśmy, żeby z niej nowy dom budować – opowiadał pan Stanisław. – A potem ja poszedłem do wojska, a tu spółdzielnię rolniczą robili i ojciec tę całą cegłę oddał” – wzdycha. I co się z nią stało? „A tam na łęgach świniarnię zbudowali”.

Gdy buduje się nowy świat, gdy wokół włada zbójecki hyr, nie ma miejsca na kompromisy. Rakietę tenisową trzeba zamienić na rybacką sieć, a świnie, by przeżyć kolejną zimę, muszą zamieszkać w chlewie z pałacowej cegły.

_

Tekst jest efektem badań prowadzonych przez Centrum Inicjatyw Regionalnych i Międzynarodowych w ramach programu Archipelag Pamięci (www.archipelag.edu.pl).

 

[1] B. Chmura, Świadectwo tamtych dni, w: Drogi powrotu. Wspomnienia mieszkańców Pomorza Szczecińskiego, red. T. Białecki, Poznań 1981, s. 26–43.

[2] Cyt. za: B. Halicka, Polski Dziki Zachód. Przymusowe migracje i kulturowe oswajanie Nadodrza, Kraków 2015, s. 222.

 

 


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter