Mój sąsiad Totoro, reż. Hayao Miyazaki (1988) fot. Archives du 7e Art/BE&W
Igor Kierkosz kwiecień 2026

Animowany koniec światów

Zasada praktycznie zawsze jest ta sama: jeśli w danym roku premieruje jakieś Ghibli, to prawie z automatu trafia do topki japońskich list sprzedażowych. Tak oto następuje przewrót na miarę kopernikańskiego: animacja zyskuje miano poważnego gatunku

Artykuł z numeru

Pułapki samorozwoju

Pułapki samorozwoju

Czytaj także

Wojciech Bonowicz

Moi, mistrzowie: Joanna Bociąg

Nerd, szaleniec, katastrofista. Do tego megaloman, okropny perfekcjonista i wrzód na ciele swoich bliskich. Czy to czarny charakter w absurdalnie przerysowanym filmie superbohaterskim? Nie, to tylko Hayao Miyazaki – ulubiony dziadzio japońskich dzieciaków i artysta ceniony przez kinofili na całym świecie za tworzenie animowanych światów pełnych wdzięku, koloru i woli życia. Czyli za wszystko to, czym nie sposób opisać samego reżysera.

Całkiem możliwe, że brodato-wąsaty wizerunek współzałożyciela Studia Ghibli kojarzycie głównie z memów. Najbardziej poniosły się te, na których słynny animator, z papierosem zwisającym z ust, odchyla się na krześle, łapie za głowę, przymyka oczy. To jeden z tych obrazków, które da się „usłyszeć” – brzmi jak głębokie westchnienie zmęczonego życiem człowieka. Na innych wiralowych zdjęciach, również podebranych z dokumentu 10 Years of Hayao Miyazaki, twórca narzeka, że napisał dopiero jedną stronę scenariusza, przeklina znój roboty, wieszczy koniec japońskiego studia. Nawet dobrze się zapowiadające zdanie wypowiedziane na tle bajecznie zachodzącego słońca: „To naprawdę piękne!”, kwituje swoim: „Po śmierci nie zobaczysz już żadnego zachodu”. Wykapany doomer, postać z innego mema, obrazującego rozczarowanie światem, ale zarazem pogodzenie z jego upadkiem.

Ta wersja Miyazakiego nadawałaby się na materiał do współczesnej kinowej tragedii o losie jednostki w pędzącej nowoczesności, pożeranej przez żądną krwi machinę kapitalizmu. W zasadzie mamy już niejedną animację na ten temat – odnoszę wręcz wrażenie, że spora część z filmów wyprodukowanych w Studiu Ghibli traktuje o doomerskich postaciach. Może tylko fakt, że te przy okazji są pluszowe albo mają wielkie, słodkie oczy, sprawia, że w pierwszym odruchu nie wejdziesz pod koc, by już nigdy stamtąd nie wyjść.

Smutno, ale stabilnie

Trochę tu, rzecz jasna, upraszczam – ani katastrofizm nie jest jedyną i najważniejszą treścią filmów Ghibli, ani los nie doświadcza wszystkich ich bohaterów tak dotkliwie. O różnorodność tematów i rejestrów zawsze dbała wielka trójca założycieli studia. Miyazaki razem z jego reżyserskim autorytetem Isao Takahatą i producentem Toshio Suzukim zaprzęgli jeszcze setki innych artystów

i artystek, a więc i setki osobnych wrażliwości, do pracy nad kolejnymi projektami. Od 1984 r. (jeśli liczyć film Miyazakiego Nausicaä z Doliny Wiatru, ukończony rok przed formalnym startem studia) ich długie godziny przy deskach kreślarskich zmaterializowały się w 25 pełnych metrażach spod szyldu Ghibli.

Na pierwszy rzut oka prawie wszystkie są o przyrodzie, zwykłych ludziach, pysznym jedzeniu, magii albo lataniu w przestworzach. Dopiero przyglądając im się bliżej, wyłuskamy z tych animacji spory ładunek egzystencjalizmu. Stąd moje upominanie się o sprawiedliwość dla mniej przyjemnych wątków w scenariuszach studia.

Chcesz przeczytać artykuł do końca?

Zaloguj się, jeden tekst w miesiącu dostępny bezpłatnie.

Zaloguj się