fot. Rafał Siderski
Wojciech Bonowicz kwiecień 2026

Moi, mistrzowie: Joanna Bociąg

Biały chleb jest synonimem delikatności – to pożywienie dla żołądków, które potrzebują czegoś, co łatwe do strawienia. Słodka herbata to z kolei synonim domowego ciepła, przejaw gościnności i troski. Ale w dyptyku Bociąg te dwa symbole ulegają zakwestionowaniu

Artykuł z numeru

Pułapki samorozwoju

Pułapki samorozwoju

Czytaj także

Przemysław Wielgosz

Witajcie w kapitałocenie

Joanna Bociąg

biały chleb

pijemy słodką herbatę

jemy biały chleb

ludzie którzy tu mieszkają

nie pytają czy słodzisz

wieczorem

jem biały chleb

piję słodką herbatę

przeraża mnie to bardziej

niż powrót ciemnym lasem

***

po powrocie opowiadam

zawsze mówię

mówię dopóki nie poczuję

bólu który się zbliża

malta, Wydawnictwo Warstwy, Wrocław 2026, s. 72

Wiersze-szczątki – tak miałoby się ochotę opisać utwory składające się na drugą książkę poetycką Joanny Bociąg, zatytułowaną malta (Wrocław 2026). Formy, jakimi posługuje się autorka, są fragmentaryczne, jakby wyrwane z większej całości; w trakcie lektury kolejnych utworów usiłujemy „dopasować” je do pozostałych, ale domniemana całość nawet się nie zarysowuje, jest zaledwie przeczuwana. Rychło przekonujemy się, że poszczególne wiersze odsyłają nie do jednej, lecz do wielu historii, i że jeśli te historie jakoś się ze sobą łączą, to raczej nie fabularnie, ale przez odwołanie do podobnej emocji, nastroju czy aury. Chwytamy się poszczególnych wątków z nadzieją, że dokądś nas zaprowadzą – jednak nadzieja ta co rusz okazuje się płonna. W dodatku lektura komplikuje się jeszcze, kiedy zaczynamy podejrzewać, że poetka od czasu do czasu posługiwać się może kryptocytatem, przywołując frazy bądź dialogi zasłyszane w filmie albo znalezione w książce innego autora.

Wiersze-szczątki – bo lektura, nie tylko ze względów formalnych, przypomina przeszukiwanie miejsca katastrofy. Atmosferę tomu można by opisać słowami: rozczarowanie, koniec, rozpad. Nie byłby to opis dokładny, ale w sumie chyba adekwatny. W otwierającym książkę wierszu park na tysiąclecia mamy następujący obrazek: grupa dziewczynek wyprowadza na spacer żółwia. Przed chwilą padało i w miejscu dawnej piaskownicy utworzyła się sadzawka. Dziewczynki przewiązują żółwia sznurkiem i wypuszczają go do wody: „za pierwszym razem żółw wypływa / za drugim / ktoś mówi / już po żółwiu”. W tym miejscu opis się urywa, nie wiemy, co wydarzyło się później. Czy żółw na pewno utonął? Może wszystko dobrze się skończyło, a poetka zatrzymała się jedynie po to, żeby dać nam odczuć nastrój niepokoju, uczucie konsternacji, jakie musiało towarzyszyć opisywanej scenie? Tak czy owak, właśnie na tym nastroju koncentruje się nasza uwaga. A to oczywiście nie pozostaje bez wpływu na sposób, w jaki czytać będziemy kolejne wiersze – także pogodne, zmysłowe erotyki, których nie brak w pierwszej części książki.

Trzy utwory, które tu prezentuję, pochodzą z części trzeciej, gdzie wątek rozczarowania – i związanych z nim lęku i złości – dochodzi do głosu najmocniej. Wszystkie są niezwykle enigmatyczne, ograniczają się do czterech krótkich wersów.

Brak tu jakichkolwiek ozdobników, zdania są zwięzłe i rzeczowe. Szczególnie przejmujący jest ten zapis, w którym mowa o narastającym, zbliżającym się bólu. Na jego przykładzie najlepiej widać, jak skuteczne poetycko może być posłużenie się redukcją.

Chcesz przeczytać artykuł do końca?

Zaloguj się, jeden tekst w miesiącu dostępny bezpłatnie.

Zaloguj się