Subskrybuj
Kolorowa ilustracja w pastelowych kolorach. Stylizowana ilustracja przedstawia scenę czuwania przy zmarłej osobie. W centrum obrazu widoczna jest postać leżąca na plecach w drewnianej trumnie ustawionej po przekątnej kadru. Postać ma krótkie rudawo‑pomarańczowe włosy i zamknięte oczy z widocznymi długimi rzęsami. Ubrana jest w białą koszulę, leży na jasnofioletowej poduszce. Z lewej strony nad trumną pochyla się druga postać z jasnymi, długimi włosami związanymi z tyłu kokardą. Ta postać zbliża twarz do czoła osoby w trumnie, jakby ją całowała. W tle widać liczne dekoracje i portrety świętych
Ilustracja: Agata Stachowiak
Pisarz, historyk idei, dr nauk prawnych. Napisał kilka powieści, ostatnio Serce pełne skorpionów. Na WPiA UW realizuje grant NCN o anomii po I wojnie światowej. Stale współpracuje z „Kulturą Liberalną”i „Newsweekiem”. Prowadzi podcast Czas odzyskany

Co powinno się wydarzyć

To nie zostało pomyślane: że nie trzeba całować. Nie zostało pomyślane, iż z perspektywy zwłok – gdyby zwłoki mogły przyjąć jakąkolwiek perspektywę – złożony i niezłożony pocałunek jest taki sam, bo zwłoki istotnie nie rozważają, co się musi zdarzyć

Nie wyglądał na martwego i nie wyglądał też na trzydziestolatka; czy, w takim razie, wyglądał na martwego trzydziestolatka? To nie jest pytanie, które zostało wówczas zadane. Nie skierowano go ani do sąsiada z pierwszego, drugiego, trzeciego – w każdej nawie było ich po osiem – rzędu, znajomego albo nie, ani też do samego siebie, w milczeniu, wszakże oddzieliwszy niewypowiedziane wyrazy odpowiednimi przerwami. Nie zastanowiono się: jak w ogóle powinni wyglądać martwi trzydziestolatkowie?

Tym, co uniemożliwiało, żeby to uczynić, było tamtego poranka przede wszystkim zimno, które nie wiadomo jaką drogą wdzierało się do cerkwi na Woli. Drzwi do niej – duże, wyglądające na ciężkie i półkoliście sklepione – zamknięto jeszcze przed początkiem nabożeństwa: wówczas otworzyły się inne, mniejsze, które prowadziły za ikonostas. Potem rozległo się skrzypienie, potem jeszcze jedno, aż w końcu: Cariu Niebiesnyj, Utieszitielu, Dusze istiny, iże wiezdie syj i wsia ispołniajaj, Sokrowiszcze błagich i żizni Podatielu… Odwrócony, ze wzniesionymi rękami, za wrotami do ikonostasu stał mężczyzna ubrany na biało. Kolor jego stroju był wyraźniejszy niż ten śniegu na zewnątrz; acz w ten sposób mogłoby się wydawać, nie stało się wówczas tak, że się wydało. Zasp, które tamtej zimy od kilku miesięcy pokrywały Warszawę, nie sposób było zza zamkniętych drzwi ujrzeć, zaś przypomniane – gdyby choć raz zdarzyło się, że zostały przypomniane – ociosywały się one z pozostałości błota i ze śladów moczu.

I chociaż nie było ich widać, a do cerkwi nie wpadał gram wiatru, nie robiło się tam cieplej. Przeciwnie: mróz, jakby brał się spod pokrytej wilgotnym dywanem podłogi, z każdą minutą coraz szczelniej wypełniał wnętrze. Oświetlały je tylko dwa żyrandole, i dlatego, mimo że ozdobione, ściany cerkwi nie błyszczały, wydając się raczej – tak się tamtego poranka wydało osiem razy – wypłowiałe i czarne. Podobnie jak ze ścianami, było z krawatem jednym, drugim, raz odcinającym się od jasnej koszuli, a raz nieodcinającym się od ciemnej, z płaszczem i z garsonkami, i z puchową kurtką, i z czapką, miętoloną w garści, a także z twarzą: tą ogoloną i tą wręcz przeciwnie; tą zaczerwienioną od zimna i tą zaczerwienioną od – chyba – płaczu.

Na pierwszy rzut oka zaczerwieniona od – chyba – płaczu była jakby bardziej szorstka i niezdrowa od rumianej od zimna: to by można zobaczyć,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką
Artykuł pojawił się w numerze: Poza zasięgiem