Nad brzegiem rzeki James w Wirginii, godzinę drogi na południe od stolicy stanu Richmond, pośród dębowo-sosnowych lasów znajduje się osada Jamestown, a w niej niewielki, kryty strzechą budynek huty szkła. Na oczach zwiedzających dwóch postawnych hutników formuje szklane naczynia z pomocą takich samych technik i narzędzi, jakich używano ponad 400 lat temu. Piece, tak jak przed wiekami, zbudowane są z kamieni wydobytych z rzeki, z tą różnicą, że kiedyś ogrzewało się je drewnem, a dziś gazem ziemnym. Pozostałości autentycznych pieców, odkrytych przez archeologów w 1948 r., można obejrzeć tuż za ścianą zrekonstruowanej huty. Wyobraźmy sobie: jesień roku 1608, mężczyzna zanurza długą piszczel szklarską w tyglu, aby nabrać surówki o konsystencji gęstego miodu i temperaturze 1200°C. Następnie toczy masę po żelaznym blacie, dmucha w piszczel, formując wazon. Jest Polakiem, nie zna angielskiego, kilka tygodni wcześniej na pokładzie statku Mary and Margaret przybył do Nowego Świata z trzema innymi rzemieślnikami z Polski.
Już w 1586 r., 20 lat przed założeniem Jamestown, pierwszej brytyjskiej kolonii w Ameryce – ziarna, z którego w kolejnych stuleciach wykwitnie państwo Stanów Zjednoczonych – Richard Hakluyt, sekretarz stanu królowej Elżbiety I oraz króla Jakuba I, pisze o ludziach biegłych w rzemiośle, których do przyszłej kolonii „z Prusiech i Polski sprowadzić należy”. Zgadza się z nim John Smith, pierwszy przywódca Jamestown, znający Polskę ze swych podróży, który notuje: „Moskwa i Polonia każdego roku wiele tysięcy otrzymują za smołę, dziegieć, ług, popiół, len, liny, śledzie, maszty, reje, deski, sosny, szkło i tym podobne”.
Zanim Polacy zwerbowani przez skautów Smitha wsiedli na statek do Ameryki, musieli dotrzeć do Londynu. Wyruszają prawdopodobnie z Gdańska, głównego portu łączącego Rzeczpospolitą z Anglią, podróżując od dwóch do czterech tygodni przez Bałtyk i Morze Północne na statku handlowym przewożącym zboże lub drewno. W Londynie zostają zakontraktowani przez Kompanię Wirginijską i czekają kolejnych kilka tygodni na skompletowanie zapasów dla kolonii. Latem 1608 r. wypływają z Blackwall i następnych dziesięć tygodni spędzają w dusznych, ciemnych komórkach międzypokładzia, z 70 innymi osadnikami, żywiąc się suszoną wołowiną i piwem (wody się nie przewozi, bo szybko się psuje). Ryzyko śmierci na Atlantyku, czy to w wyniku jesiennego sztormu, czy pirackiego ataku, jest bardzo wysokie, o czym powszechnie wiadomo. Dlaczego więc ludzie tamtego czasu, a pośród nich czterech polskich rzemieślników, decydują się na opuszczenie świata, jaki dobrze znają, żeby wyruszyć w absolutnie nieznane?
Robert Polonianin, nowy świat
Próbując odpowiedzieć na to pytanie, dotykamy fenomenu Ameryki, ale też migracji, natury ludzkiej. „Na początku cały świat (…) był Ameryką”, stwierdził John Locke. Marzenie o pierwotnym raju, który odnaleźć można w Nowym Świecie w XVII w., pcha w jego kierunku ludzi wszelkich stanów. Lęk przed śmiercią okazuje się słabszy niż wizja lepszego życia.

