Na 100-lecie wybuchu I wojny światowej, w 2014 r., policzono, że korpus dzieł jej poświęconych liczy ok. 25 tys. tytułów. Nie oznacza to jednak wcale, że wypala się zainteresowanie nią – a raczej że stała się już dawno przestrzenią zmityzowaną, dźwigającą treści i problemy, których między 1914 i 1918 r. wcale jeszcze nie dostrzegano. Nie jest też wcale opowieścią chłopacko-męską – taka pozostaje tylko na okopowym odcinku, bo jeśli akcja przenosi się poza linię frontu, zasiedlają ją również kobiety. Na wiosnę 2025 r. ukazała się w Polsce powieść Sebastiana Barry’ego Tak daleko od domu (tłum. T.S. Gałązka) i to chyba dobra okazja, by zobaczyć, co sobie opowiadamy przy użyciu narracji nt. I wojny światowej.
Pech literackich opowieści o I wojnie polega na tym, że trudno przeskoczyć (albo chociaż dosięgnąć poziomu) Ericha Remarque’a, Blaise’a Cendrarsa czy Rebeccę West, nie tylko ustanawiających kanon literatury pacyfistycznej, ale też budujących najbardziej interesujące narracje okołowojenne, naśladowane potem w setkach powieści i filmów, także tych skupionych na innych wojnach. Wszystkie najciekawsze chwyty, najlepsze rozwiązania, bogactwo wątków i postaci pojawiły się u wspomnianych osób piszących. Dotyczy to nawet postaci kobiet wydobytych z tła, bo u West w powieści z 1918 r. The Return of the Soldier (Powrót żołnierza) ukazana zostaje bohaterka kobieca, a na pierwszy plan zostaje wysunięty problem traumy żołnierza, jego powrotu z okopu do życia w społeczeństwie, którego ciężar ponoszą głównie kobiety.
Byli uczestnicy wojny albo osoby piszące – jak West – zaraz po końcu wojny zorganizowały zatem pole literackie i narysowały jego mapę, skazując kolejnych autorów na poruszanie się pomiędzy opowiedzianymi już historiami.
Czy to oznacza, że współczesne powieści historyczne odwołujące się do…