Mowa tu o schyłku ubiegłego stulecia, kiedy to chętnie pisano o rozmaitych „zmierzchach”, „końcach” i „kryzysach”, o wyczerpaniu i przesileniu. Niewiele wcześniej Francis Fukuyama ogłosił „koniec historii” i właśnie zbierał się, żeby z hukiem ogłosić także „koniec człowieka”. Na naszym podwórku spory rozgłos zyskała teza Marii Janion o „zmierzchu paradygmatu romantycznego”, ale przedostawały się też na nie poglądy Hansa Eysencka z jego o kilkanaście lat wcześniejszej książki Zmierzch i upadek imperium Freuda. Taka była atmosfera: retoryka kresu była wówczas u szczytu popularności.
Ten, kto do nas mówi w wierszu (powiedzmy, jego bohater), zaczyna od stwierdzenia, że tak właśnie jest: „dosłownie zewsząd” słychać podobne głosy. Od razu daje nam jednak odczuć, że jest…