Zacznę od końca. Ab ovo, czyli od jajek, bo właśnie jajka – kinder niespodzianki objedzone z czekolady – znajduje córka w szufladzie przy łóżku matki dwa i pół roku po jej śmierci. W tej ostatniej scenie BezmatkuMiry Marcinów zostały „upakowane” – jak zabawki w plastikowym żółtku – wszystkie najważniejsze sensy książki. Dziesiątki jajek obrazują dziecinny apetyt matki na życie oraz zaspokajanie go „po swojemu” (logiczniej byłoby kupować samą czekoladę, skoro nawet nie rozpakowywała zabawek). Sytuacja zdradza też potransformacyjną biedę rodziny (na takie luksusy kobietę stać było tylko przez trzy miesiące, zanim jej firma nie splajtowała) i problem alkoholowy (ojczym kupował dziewczynce kinder jajko zawsze wtedy, gdy sam przynosił wódkę, a i matka – duże dziecko swojej córki – z piciem sobie nie radziła). Puenta książki jest zresztą pozornym końcem – mimo upływu czasu ból po matce nie zelżał, choć „zdrowa żałoba” według wskazań psychologów powinna trwać nie dłużej niż dwa tygodnie. Wciąż też między kobietami (żywą i martwą, a więc w polu pamięci) trwa cicha rywalizacja, odwieczna jak…
Poetka i krytyczka literacka.