70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

„Za kogo mnie masz? Za białego człowieka?”

Pogrzebać kajdany to napisana z naukową rzetelnością, a zarazem z powieściowym rozmachem i werwą historia ruchu abolicjonistycznego.

Jak doszło do jego powstania? Przede wszystkim – zaznacza Hochschild – trzeba pamiętać, że, wbrew częstym wyobrażeniom, to nie Ameryka, ale właśnie Anglia była kolebką tego ruchu. Wszystko zaczęło się w jednej z londyńskich drukarni pewnego majowego popołudnia 1787 r. od niepozornego spotkania 12 mężczyzn, którzy postanowili położyć kres niewolnictwu. Do szczegółów tego spotkania i jego konsekwencji autor wraca po przejmującym odmalowaniu świata, w jakim żyli ci, którzy postanowili go tak diametralnie zmienić. I jest to opowieść równie pouczająca jak następująca po niej relacja z kolejnych etapów walki o wyzwolenie niewolników.

Choć autor zastrzega, że – by pojąć doniosłość tego, co dokonało się za sprawą ruchu abolicjonistycznego – trzeba wyobrazić sobie świat, który dziś „byłby nie do pomyślenia” (s. 14), w którym „przeważająca większość ludzi to więźniowie” (s. 13), to zarazem raz po raz albo sam daje wyraz temu, jak tamten świat jest jednak do naszego podobny, albo przez to, co pisze, do takiej refleksji skłania, sprawiając, że opisywane przez niego postaci „z epoki peruk, szpad i powozów wydają się nam zaskakująco współczesne” (s. 18). I ta właśnie ambiwalencja – towarzyszące lekturze kolejnych rozdziałów niewygodne wrażenie, że świat opisywany przez Hochschilda jest nam zarazem obcy i dobrze znany – jest być może najmniej oczywistą, a najważniejszą zaletą tej książki.

Handel niewolnikami

Koniec wieku XVIII stanowił apogeum handlu ludźmi. Handel czarnoskórymi niewolnikami, z którego największe zyski czerpała Wielka Brytania, a w ślad za nią nieustannie z nią konkurująca Francja, zwany był „hand- lem trójkątnym”. Statki przewoziły towary z Europy do Afryki Zachodniej. Tam nabywano za nie niewolników od lokalnych handlarzy, następnie przewożono ich do Indii Zachodnich (na Karaiby), sprzedawano plantatorom, a do Europy zabierano wyprodukowane tam cukier, kawę, bawełnę, tytoń, kakao. Hochschild nie epatuje okrucieństwem, ale wystarczy kilka przytoczonych przez niego historycznych relacji i tzw. suchych faktów, by przekonać się, jak straszny był to proceder. Wielu niewolników nie przeżywało już samej podróży statkiem przez Atlantyk. Z tych zaś, którym udało się trafić na plantacje żywymi, w ciągu trzech lat umierała jedna trzecia, a reszta niewiele dłużej po nich. Plantacje na Karaibach były o wiele bardziej mordercze dla niewolników niż te na amerykańskim Południu. Nie tylko dlatego że panowała na nich straszna dyscyplina, ale też dlatego że „uprawa trzciny cukrowej była i jest jedną z najcięższych prac na ziemi” (s. 77). Do tego dochodziła bardzo uboga dieta, bo najlepsze ziemie były przeznaczone pod uprawy. (Czy podobnie nie dzieje się i dziś na wielkich plantacjach bananów, ananasów, palmy olejowej?) Skutkiem była nie tylko wysoka śmiertelność wśród niewolników, ale też bardzo niski współczynnik urodzin. Dlatego też plantatorzy potrzebowali stałych dostaw nowych niewolników, nakręcając coraz bardziej handel nimi. Jak w obecnych czasach jednorazowości, bardziej opłacało im się kupować nowy „towar”, niż dbać o ten już nabyty. Zamorskie plantacje i handel niewolnikami stanowiły kluczową gałąź gospodarki imperium brytyjskiego, wszystkie inne były z nią w jakiś sposób powiązane. Największe zyski z niewolnictwa czerpały przy tym oczywiście najwyższe warstwy brytyjskiego społeczeństwa. Jedną z najważniejszych karaibskich plantacji posiadał Kościół Anglii.

W takim świecie ludzie, którzy sprzeciwiali się niewolnictwu, uchodzili za dziwaków lub niepoprawnych idealistów. Niektórzy byli w stanie co prawda przyznać, że niewolnictwo i handel niewolniczy to nie najprzyjemniejszy biznes, ale konieczny. Nawet wśród znaczących myślicieli tamtego okresu, z których żaden nie bronił niewolnictwa, wiara w to, że rzeczy- wiście można coś w tej kwestii zmie- nić, była raczej niejasnym przeczuciem, pieśnią przyszłości niż realnym zadaniem do wykonania na dziś. Przeciw niewolnictwu oficjalnie wypowiadali się i podejmowali rzeczywiste działania (po obu stronach Atlantyku) tylko kwakrzy. Byli jednak małą, nieliczącą się wspólnotą religijną.

Proces uwrażliwienia

Jak to więc się stało, że w ciągu kilkudziesięciu lat, tj. do końca XIX w., niewolnictwo zostało zakazane nie tylko w imperium brytyjskim, ale i niemal wszędzie indziej? Do zakazu niewolnictwa na pewno przyczynił się wyraźny wzrost znaczenia idei praw człowieka w wieku XVIII – epoce oświecenia. To one stały się podłożem dla rewolucji amerykańskiej, francuskiej, rozszerzenia praw wyborczych. Musiało jednak upłynąć sporo czasu i krwi buntujących się niewolników, by dostrzeżono związek między tymi ideami a kwestią zniewolenia czarnych. Hochschild gorzko, acz bardzo wymownie konkluduje ten „ruch idei”: „Kiedy wybuchła Wielka Rewolucja Francuska, kupcy natychmiast przemianowali swoje statki niewolnicze na Liberté, Égalité, Fraternité” (s. 101).

Jednak od powstania 12-osobowego komitetu abolicjonistycznego do przekonania rzesz ludzi w Wielkiej Brytanii, że niewolnictwo i handel niewolnikami jest czymś haniebnym, minął, jak podkreśla autor, jedynie niecały rok, a po kilku latach kwestia ta z nieznaczącej stała się już centralną dla brytyjskiego życia politycznego.

Hochschild wymienia szereg zjawisk, które przyczyniły się do tego, że ruch abolicjonistyczny tak szybko przyjął się w Wielkiej Brytanii. Niektórzy, jak podaje, wskazywali na racjonalizm industrializmu, inni – przeciwnie – dowodzili, że istotnym czynnikiem było utożsamienie się wykorzystywanych robotników z niewolnikami. Sam autor zaś zwraca uwagę na takie uwarunkowania, jak: niewielki obszar Wielkiej Brytanii z dynamicznie rozwijającą się siecią dróg, które umożliwiały szybkie przemieszczanie się i szybką komunikację, najlepszy system pocztowy na świecie, ogromna ilość gazet czytanych przez rzesze ludzi na bieżąco informujących prowincję o tym, co się dzieje i o czym dyskutuje się w Londynie, rozbudowana sieć bibliotek i księgarni, brak cenzury, instytucja kawiarni jako miejsca spotkań i wymiany myśli, wreszcie wiara Brytyjczyków w swoje prawa, na gruncie której mogło zrodzić się przeświadczenie, że prawa mają też niewolnicy. Ta wiara odegrała rolę zwłaszcza wtedy, gdy prawa te były łamane. Jednym z pierwszych sukcesów komitetu w dotarciu do opinii publicznej było pokazanie, że handel niewolnikami zabijał masowo nie tylko czarnych, ale też żeglarzy pracujących na statkach, często zresztą podstępem do tej pracy zmuszanych. Pod koniec XVIII w. zaś Brytyjczycy byli świadkami porwań tysięcy młodych ludzi, których przymusem wcielano do marynarki wojennej. To wszystko uwrażliwiało na los niewolników. Skala i tempo tego uwrażliwienia nie byłyby jednak tak duże, gdyby nie innowacyjne metody działania ruchu abolicjonistycznego, który bardzo dobrze wykorzystał do swojej sprawy wymienione czynniki. Stworzył on lub udoskonalił wszystkie istotne narzędzia do dziś stosowane przez ruchy obywatelskie: plakat informacyjny, raporty, sprawozdania z tego, jak głosuje dany parlamentarzysta, biuletyny, petycje, trasy promocyjne książek, bojkoty konsumenckie, dziennikarstwo śledcze. Słynna stała się zwłaszcza rycina przedstawiająca statek niewolniczy Brookes, a na nim ułożonych w rzędach, stykających się ciałami niewolników. „Precyzyjna, powściągliwa, wymowna w swojej surowości ilustracja jest wciąż jedną z najczęściej reprodukowanych grafik politycznych w historii” (s. 182). Obok niej najbardziej spektakularne okazały się bojkoty konsumenckie, które wcielały w życie kobiety zaangażowane w kampanię antyniewolniczą. W krótkim czasie setki tysięcy ludzi przestały używać cukru z trzciny pozyskiwanej na karaibskich plantacjach. A na sklepach i kawiarniach zaczęły pojawiać się informacje przypominające oznaczenia fair trade o tym, że cukier w nich dostępny był wyprodukowany przez ludzi wolnych.

W ten sposób abolicjoniści mierzyli się z XVIII-wieczną odmianą globalizacji – uświadamiali ludziom, co kryje się za używanym przez nich cukrem, tytoniem, kawą, ujawniali bezpośrednie związki między codziennym życiem Brytyjczyków a niewolnictwem. I tak jak dzisiejsze ruchy obywatelskie natrafiali na opór „zagrożonej branży” – lobby proniewolniczego. Jedną z pierwszych prób odwrócenia przez tę grupę uwagi opinii publicznej od kwestii niewolnictwa był pomysł wprowadzenia kosmetycznych zmian, np. zastąpienia słowa „niewolnicy” słowem „pomocnicy plantatorów”. Poza tym prowadzono na szeroką skalę działania, które dziś nazwalibyśmy kampanią dezinformacyjną, np. twierdzono, że niewolnicy są o wiele bardziej szczęśliwsi na plantacjach, niż byli w Afryce, a w odpowiedzi na bojkot konsumencki wypuszczano teksty, w których dowodzono, że cukier to nie dobro luksusowe, ale produkt niezbędny do życia i zdrowia.

Odzyskiwanie pamięci

Hochschild już na początku daje do zrozumienia, że historia, którą przedstawia, jest dla niego opowieścią o ludzkiej empatii, próbą przyjrzenia się jej tajemniczemu fenomenowi i zrozumienia, jak się w nas rodzi, dlaczego w pewnych warunkach ją odczuwamy, a w innych nie. Pisze np. o Johnie Newtonie, słynnym duchownym ewangelikalnym, wcześniej kapitanie statku niewolniczego, który w trakcie pełnienia tej funkcji przeżył nawrócenie religijne, niezwiązane jednak z sytuacją niewolników. Dopiero po latach, pod wpływem kampanii antyniewolniczej, jego udział w tym procederze stał się dla niego – człowieka od lat zawodowo zajmującego się ludzką duszą – sprawą sumienia. W spisanych wspomnieniach obok licznych przykładów okrucieństwa, z jakimi się wtedy stykał, zamieszcza znaczącą wymianę zdań z jednym z afrykańskich kupców, któremu zarzucił nieuczciwość. Ten z pogardą odpowiedział mu: „Za kogo mnie masz? Za białego człowieka?” (s. 156). Handlarze niewolników notorycznie bowiem oszukiwali Afrykanów, sprzedając im wybrakowane produkty. Innym znamiennym przykładem dziwnych meandrów empatii był jeden z czołowych przedstawicieli ruchu abolicjonistycznego, przez lata uważany wręcz za jego przywódcę, parlamentarzysta William Wilberforce, który „niemal w każdej ważnej sprawie żywił głęboko konserwatywne poglądy. Opowiadał się przeciwko rozszerzaniu wąziutkiej grupy Brytyjczyków mających prawo głosu, obawiał się wszelkich prób mobilizowania opinii publicznej i oburzało go, gdy przedstawiciele niższych klas czy kobiety kwestionowali swoje miejsce w istniejącym porządku społecznym” (s. 148). Nie przeszkadzało mu to jednak zaangażować się w pewnym momencie w tak ekstrawagancką, jak na tamte czasy, działalność jak ochrona praw zwierząt. Pod koniec życia zaś mówił, że największą sprawą, jakiej służył, było nie, jak można by przypuszczać, zniesienie niewolnictwa, ale wysłanie misjonarzy do Indii.

Zresztą w ruchu abolicjonistycznym, w którym od początku ścierały się ze sobą pierwiastki konserwatywny i rewolucyjny, nie brakowało postaci pokroju Wilberforce’a. Dlatego też krótko po tym jak odniesiono ostateczny sukces i w 1833 r. uchwalona została ustawa o wyzwoleniu niewolników w imperium brytyjskim, rozpoczęła się dyskusja nad tym, jak ruch ten powinien być pamiętany, jaki charakter miały podejmowane przez niego działania. Początkowo zwyciężyła i przez ponad 100 lat panowała wizja konserwatywna, zgodnie z którą podkreślano, że wyzwolenie niewolników dokonało się dzięki dobrotliwości mądrych elit. Wizja ta była świetnym usprawiedliwieniem dla ponad stu lat podbojów i kolonializmu, a także odwracała uwagę od opieszałości tychże elit w przeprowadzaniu reform wewnątrz kraju, takich jak: zalegalizowanie związków zawodowych, zakazanie pracy dzieci, uznanie praw Irlandczyków, przyznanie prawa głosu wszystkim Brytyjczykom. W pewnym momencie zgoda na żądania ruchu abolicjonistycznego rzeczywiście kosztowała elity znacznie mniej niż podjęcie działań zmniejszających drastyczne nierówności w społeczeństwie brytyjskim.

W tej konserwatywnej wersji historii ruchu abolicjonistycznego pomijano idealistów, którzy walczyli o wyzwolenie niewolników w imię sprawiedliwości społecznej i praw człowieka, lekceważono rolę ludowych protestów czy buntów niewolników. Dla większości abolicjonistów, jak z goryczą przyznaje autor, nie do pomyślenia było, że niewolnicy mogą walczyć o swoją wolność. Mogli ją otrzymać jedynie jako łaskę z rąk białych.

Książka Hochschilda jest próbą odzyskania tej utraconej pamięci zarówno o rewolucyjnym, radykalnym charakterze abolicjonizmu w Anglii, jak i roli samych niewolników w procesie dążenia do wyzwolenia.

Dlatego pisze on o buntach na statkach niewolniczych (w tym jednym spektakularnym – dokonanym przez kobiety), o częstych ucieczkach niewolników z plantacji, o tym, że wbrew powszechnym dawniej i dziś wyobrażeniom, na polach trzciny cukrowej pracowały głównie kobiety i dzieci, bo mężczyzn przydzielano do bardziej skomplikowanych zadań przy obsłudze maszyn, o tym, że jednym z przywódców buntu na Barbadosie była piśmienna niewolnica Nanny Grig, o której nic poza tym nie wiemy, o niedocenianej roli kobiet dla rozszerzania się kampanii niewolniczej – kobiet, które były często o wiele bardziej radykalne i w sposobie działania, i spojrzenia na kwestię wyzwolenia niewolników niż mężczyźni, itp. Dużo miejsca poświęca także znaczeniu wielkich buntów niewolników. Najpierw tego, jaki miał miejsce we francuskiej kolonii Santo Domingo, przekształconej ostatecznie w wyniku walk w niezależną Republikę Haiti, a następnie tych w koloniach brytyjskich: na Jamajce, Barbadosie, w Demerarze. Dzięki temu wizja zniesienia niewolnictwa nie jest tak sielankowa i idealistyczna, jak chciały ją widzieć elity brytyjskie. A jej niekwestionowanym bohaterem jest Thomas Clarkson, przez lata niedoceniana postać ruchu antyniewolniczego, niemal zapomniana, którego Hochschild czyni właściwie głównym bohaterem książki, usiłując mu w ten sposób oddać sprawiedliwość i złożyć zasłużony hołd. To on był bowiem według relacji autora „maszyną parową ruchu”, który dzięki ciężkiej, pełnej oddania i entuzjazmu pracy sprawił, że w krótkim czasie nieznajdująca szerszego zrozumienia „sekciarska” działalność kwakrów na rzecz wyzwolenia niewolników stała się palącą sprawą dla ogromnych rzesz ludzkich w całej Wielkiej Brytanii.

Odsłanianie mechanizmów

Niekiedy Hochschild daje się ponieść nadmiernemu idealizmowi w ocenie procesu znoszenia niewolnictwa, naiwnej nieco wierze, że sama idea raz rozbudzona w umysłach małej grupy ludzi zdołała wprowadzić taką ogromną zmianę w świecie. Przytaczane przez niego fakty historyczne i czynione analizy niejako wbrew tej wierze pokazują jednak, że sama idea mogła być co najwyżej (aż?) iskrą zapoczątkowującą pewien ciąg zdarzeń o bardziej przyziemnym charakterze, stanowiących wypadkową ścierania się różnych interesów raczej niż idei. Kiedy w jednym miejscu z uniesieniem pisze o tym, że sukces ruchu abolicjonistycznego był czymś niebywałym, kwestionującym logikę tego świata, bo oznaczał ogromne straty dla brytyjskiej gospodarki, to na innych stronach przekonująco pokazuje, że w pewnym momen- cie utrzymanie niewolnictwa, tłumienie buntów, kwoty łożone na marynarkę wojenną itp. okazały się równie nieracjonalnie kosztowne.

Zniesienie niewolnictwa nie było zresztą tak wspaniałe, jak się spodziewano. Proklamująca je ustawa zawierała zapis o ogromnych odszkodowaniach dla plantatorów oraz obowiązek czterech lat darmowej pracy byłych niewolników na rzecz ich byłych panów. W sprawie odszkodowań dla niewolników przywódca abolicjonistów w parlamencie przekonywał zaś w płomiennej mowie, że stanowi je: „przysyłanie misjonarzy, zakładanie szkół, egzemplarze Biblii. Jest to jedyne odszkodowanie, jakim możemy dysponować, ale jakże jest ono obfite! W ten sposób możemy zadośćuczynić im za wszystkie niedole i cierpienia” (s. 401).

To, co zastąpiło na Karaibach niewolnictwo, nie było od niego dużo lepsze. Jego miejsce zajęło surowe, wręcz zbójeckie prawo pracy, głodowe płace, konieczność płacenia podatków rządowi i czynszu właścicielom ziemskim, brak praw wyborczych, jednym słowem, całkowita zależność od byłych właścicieli. Tam gdzie wcześniej wybuchały bunty niewolników, tam przez lata walczyli potem o swoje prawa i ginęli wyzwoleńcy i ich potomkowie.

Hochschild, opowiadając historię abolicjonizmu, odsłania trwały, siermiężny mechanizm rządzący naszym światem. Pokazuje, jak bardzo pewnym ideom daleko jest do urzeczywistnienia, jak one same potrafią budzić wielki opór, a wcielone w życie, tak niewiele siebie przypominają, tak niewiele zmieniają w świecie. Dziś niewolnictwo uchodzi za „zbrodnię przeciw ludzkości”, a nie za normalną gałąź gospodarki – to duża zmiana. Ale jednocześnie jakimś sposobem kilkadziesiąt milionów ludzi na wszystkich kontynentach, także w rozwiniętych krajach Zachodu, żyje i pracuje w stanie zniewolenia.

Autor nie pozwala sobie jednak (może słusznie) na podobne nurzanie się w odmętach pesymizmu. Kończy swoją opowieść trzeźwą uwagą i apelem: „Wyeliminowanie niewolnictwa ze świata, który uważał je za całkiem normalne, mogło wydawać się brytyjskim abolicjonistom równie nierealne jak dziś nam pozbycie się problemów współczesnego świata (…). Żadnego z tych problemów nie da się rozwiązać z dnia na dzień (…). Nie rozwiąże się ich jednak nigdy, jeśli ludzie nie zdadzą sobie sprawy, że są one nie tylko oburzające, ale też, że da się je rozwiązać” (s. 408).

_

Adam Hochschild

Pogrzebać kajdany. Wizjonerzy i buntownicy w walce o zniesienie niewolnictwa

tłum. Piotr Tarczyński

Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016, s. 492

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata