70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Sukienka, która (nie) straszy

Jak zmienił się wizerunek i rola feministy od XIX w. i jakie pułapki czyhają dzisiaj na entuzjastów problematycznego słowa na „f” ?

Monika Świerkosz: W 2011 r. „Gazeta Wyborcza” opublikowała Twój list skierowany do posłanki Beaty Kempy, zapowiadającej wówczas inwigilację polskich uniwersytetów pod kątem szerzenia przez niektórych wykładowców „ideologii gender”. Jako doktor związany z UAM w Poznaniu i trener antydyskryminacyjny, podpisany z imienia i nazwiska, w liście utrzymanym w konwencji donosu na siebie samego przyznałeś się do prowadzenia kursów akademickich i warsztatów inspirowanych teoriami genderowymi i feministycznymi. Co Cię skłoniło do opuszczenia w miarę bezpiecznej przestrzeni nauki i wejścia w niezwykle już wówczas zideologizowaną przestrzeń debaty publicystycznej toczącej w zupełnie nienaukowy sposób spory o płeć?

Maciej Duda: Mówisz „wszedłem”, a ja nie jestem pewien, czy rzeczywiście wkroczyłem w tę przestrzeń jako podmiot. To oczywiście była moja decyzja, ale powiedziałbym, że zostałem wchłonięty przez mainstream, podobnie jak prze chwycony przez niego został feminizm i gender. Po przeczytaniu kolejnego tekstu o tym, czym rzekomo gender jest, zrozumiałem, że dotyczy mnie to już bezpośrednio, coś się odbywa niemalże na moim ciele. Bez mojej zgody. W takim przypadku teorię, akademickość musiałem zostawić na boku. Wiedziałem, że nie jestem podmiotem tych dyskusji, tylko przedmiotem stwarzanym przez kogoś, kto nie wie, o czym mówi i projektuje na mnie swoje stereotypy. Wtedy też poczułem, że mój feminizm przestał być wyłącznie intelektualny. Choć w samym liście donosie ten teoretyczny background wybrzmiał dość mocno na poziomie ironii.

Najwyraźniej jednak różnica płci (choć nie tylko ta) nie zadziałała tu retorycznie na Twoją niekorzyść. Byłeś młodym mężczyzną, kierującym swój list do kobiety i zabierającym głos w sprawach seksualności, ciała, wychowania, a więc tematów uznawanych raczej za domenę kobiet. W jednym z programów telewizyjnych Beata Kempa bezwzględnie to wykorzystała, wchodząc w rolę kobiety obrażonej przez pozbawionego kultury i szacunku młodzieniaszka.

To fakt. W mediach występowały wówczas przede wszystkim kobiety i spierając się między sobą, retorycznie odwoływały się do własnego macierzyńskiego doświadczenia. Rywalizowały o puchar lepszej matki, która nie zrobiłaby tego czy tamtego swojemu dziecku. Tę metaforę przenosiły na naród. Wobec mężczyzny nie mogły użyć takiego argumentu. Beata Kempa (zresztą nie tylko ona) zastosowała wobec mnie inną strategię: sięgnęła po pojęcia ze słownika feministycznego – takie jak walka z przemocą, molestowanie, walka o równość, dyskryminacja – po to, by dołożyć swojemu przeciwnikowi w sporze. Innymi słowy, odwołała się do feministycznych zdobyczy, przejęła feministyczne narzędzia krytyczne i za ich pomocą chciała walczyć z równością. Jednocześnie, przyjmując rolę „kobiety zaatakowanej” przez mężczyznę, chciała wejść w „męskie spodnie” albo wcielić się w figurę mistrza: pouczała mnie, strofowała, wskazywała na moje nieobycie z mediami, dewaluowała doświadczenie naukowe, prawdopodobnie nie zdając sobie z tego sprawy, podważała też moją męskość i stereotypowy układ płciowy, którego chciała być obrończynią. To dość przewrotna strategia, choć nienowa. Przymus potwierdzania własnej pozycji politycznej prowadzić może do różnych paradoksów i koalicji praktycznych czy teoretycznych.

Czy stało się tak dlatego, że figura mężczyzny feministy jest w Polsce śmieszna, groteskowa, niewiarygodna albo jakoś podejrzana?

Nie jest tak źle. Ale znajdujemy się w takim momencie, w którym bycie feministą nie może być już kojarzone z postawą rycerza szlachetnie opiekującego się damami ani też z postawą uniwersalisty, który jest poza systemem, widzi dalej, więcej i wie, że wszyscy są równi, a płeć nie ma znaczenia. Kilka lat temu utrzymana w tym tonie deklaracja Stefana Chwina słusznie wywołała krytykę ze strony Wiktora Osiatyńskiego, zarzucającego mu ten fałszywy uniwersalizm, małostkowość i tchórzliwość.

Wcześniejsze, XIX-wieczne inicjatywy dziś często kojarzą się z postawą rycerską – upominając się o tzw. kwestię kobiet mówiło się o np. o pomocy siostrom, matkom, wdowom czy tym, którym nie udało się wyjść za mąż i muszą się same utrzymywać. Wyglądało to tak, jakby mężczyźni łaskawie przyznawali kobietom nie tyle podmiotowość i pełnoprawny wybór, ile możliwość przeżycia w danym systemie społecznym. W ten sposób zdejmowali balast odpowiedzialności z własnych barków: jeśli pozwolimy im pracować, przestaną być naszym problemem, co więcej, przyszłe państwo też na tym zyska. To sprawiło, że kobietom nie ograniczono obowiązków rodzinnych, a dodano im kolejnych.

Przecież w historii zawsze pojawiali się mężczyźni wspierający kobiety w ich emancypacyjnych dążeniach…

Nie jest to jednak tak proste i jednowymiarowe. Fakty są takie, że pierwsze emancypantki prawdopodobnie mniej by wywalczyły bez współdziałania z mężczyznami. Były na nich skazane, bo to oni mogli być redaktorami gazet, do których pisały (jak np. Edward Dembowski, Hipolit Skimborowicz – działacze lewicy niepodległościowej), nauczycielami, którzy uczyli w zakładanych przez nie szkołach wyższych dla kobiet, czy profesorami, którzy – jak dziś byśmy powiedzieli – lobbowali na uniwersytetach za tym, by kobietom pozwolono się na nich nie tylko kształcić, ale też uzyskiwać dyplomy (jak Odo Bujwid – bakteriolog, Napoleon Cybulski – fizjolog). Choć nie zawsze stosunek tych męskich popularyzatorów sprawy kobiecej był jednoznacznie pozytywny, jak w przypadku Prusa, który w swoich Kronikach tygodniowych pisał i entuzjastycznie, i zjadliwie o emancypantkach. Niemniej Paulina Kuczalska-Reinschmit (przywódczyni warszawskiego, radykalnego ruchu kobiecego) odwoływała się do niego.

W wydanej w 1903 r. pierwszej antologii polskich tekstów feministycznych Głos kobiet w kwestyi kobiecej Kazimiera Bujwidowa broniła Prusa przed zarzutami koleżanek o wyśmiewanie i wykrzywianie idei emancypacyjnych.

Jak widać, już wtedy, na przełomie XIX i XX w., mężczyzna wspierający i rozumiejący działania emancypantek był ważnym tematem nie tylko dla samych feministek, ale też dla wielu innych czytelników i czytelniczek. To nie było kuriozum, choć Bujwid – mąż Kazimiery – przez swoje działanie na rzecz edukacji kobiet sporo stracił w oczach ówczesnych profesorów i krakowian. Dla mnie szczególnie istotne jest też to, że tamtym mężczyznom, podobnie jak mnie dzisiaj, chodziło o holistyczny projekt zmiany strukturalnej, przekształcenie mechanizmów społecznych i polityki, tzn. o znacznie szersze  ujęcie, o łączenie spraw kobiet i mężczyzn, o społeczną odpowiedzialność za nas wszystkich. Dla mnie to naturalne połączenie. Choć w kontekście naszej rozmowy kategoria naturalności nie jest zbyt szczęśliwa.

Ale brzmi pięknie. W czym więc problem?

W Polsce problem polega na tym, że z jednej strony feminiści są w historii właściwie zupełnie poza czyimkolwiek zainteresowaniem. Rozpoczęte w latach 90. odkrywanie zapomnianych „prababek” nie objęło mężczyzn, krytyków, pisarzy, społeczników. Z drugiej, polskim mężczyznom problemy, o których mówią feministki, nie wydają się ważne ani też nie potrafią się z nimi zidentyfikować. Poza tym u nas na akcesji do feminizmu się nie zyskuje. Nawet jeśli w przypadku mężczyzn wizerunkowo nie jest to już negatywnie odbierane. Dlatego trudno pomyśleć o polskim aktorze, który – jak Daniel Craig czy Iggy Pop – wystąpiłby na poważnie w sukience, by wesprzeć ideę równości kobiet i mężczyzn.

Czy miałeś jakieś problemy z odbiorem Ciebie jako feministy?

Problem z feminizmem i mężczyznami pojawił się tylko wtedy, gdy napisałem publicystyczny tekst o ojcostwie, honorze i ekonomicznej przemocy ojców wobec dzieci. Pisałem wówczas o dezerterach, którzy nie płacą alimentów. Po jego publikacji miałem „przyjemność” e-mailować z kilkoma panami, którzy postanowili nauczyć mnie feminizmu. Co ciekawe, żadna z kobiet nigdy mnie tak nie pouczała w tej kwestii jak ówcześni męscy czytelnicy mojego tekstu. Wówczas miałem odebrać lekcję z feminizmu, podmiotowości i psychologii. Panowie chcieli mi wyjaśnić, jak rzeczywiście jest i co powinienem napisać.

W działaniach mężczyzn na rzecz kobiet często pojawia się jednak obraz mężczyzny ubranego w sukienkę. Niby prosta idea, ale łatwo przy niej o nieporozumienia. W zeszłym roku Internet obiegły zdjęcia polskich mężczyzn ubranych w sukienki, podpisanych: „Jeśli sukienka gwałci. Zapraszam do gwałtu”. Była to inicjatywa stowarzyszenia Mężczyźni Przeciw przemocy wobec Kobiet, założonego w 2014 r. Inspiracją okazała się spontaniczna akcja mężczyzn w Turcji, którzy po zamordowaniu 20-letniej Özgecan Aslan wyszli na ulicę w krótkich spódniczkach, by zaprotestować przeciw kulturze gwałtu. Idea była dobra, ale strategia chyba nie najszczęśliwsza?

Kampania trwała dwa tygodnie, na początku było pozytywnie, potem zaczęły się pojawiać zdjęcia mężczyzn z groźnymi minami, prężących muskuły, trzymających noże i siekiery w dłoniach. Można się więc zastanawiać, czy była to właściwa droga sprzeciwu wobec stereotypów genderowych, stojących za kulturą gwałtu. Oburzenie mogły wywołać też seksistowskie komentarze umieszczane pod zdjęciami facetów w spódnicach, np. „brałbym”, itp. Aferę rozpętało jednak nieprzyjęcie przez organizatorów akcji zdjęcia mężczyzny w stroju drag queen. Odrzucając tę fotografię, pokazali, co tak naprawdę myślą. Okazało się, że nie da się zgwałcić męskości w  sukience, męskości silnej, władczej. Tylko taka męskość może zaprosić do gwałtu bez obawy, że zostanie zgwałcona. Z  tego wynika, że inna męskość oraz kobiecość jest narażona na przemoc, jest grupą ryzyka. A stąd już blisko do stwierdzenia, że to jednak wina sukienki. Po cóż więc taka akcja? W czasie jej trwania na łamach „Codziennika Feministycznego” rozgorzała dyskusja, której konkluzja brzmiała następująco: działajmy razem – feministki z mężczyznami, wówczas takie akcje nie będą nikogo obrażały i nie będą budowane na stereotypowym przekazie.

Wydaje się, że problem z tą kampanią wynikał przede wszystkim z braku języka wrażliwego na przemoc symboliczną, którym ci mężczyźni chcieli się wypowiedzieć przeciwko przemocy. Ale wiązało się to chyba także z szerszą kwestią „przezroczystości” męskiego ciała, które – inaczej niż w przypadku kobiet – zwykle nie jest przedmiotem ani oglądu, ani nawet refleksji. Mężczyzna w sukience staje się ostentacyjnie widzialny, ale i niepokojący.

No właśnie. W niedawno ukończonej książce Dogmat płci, w której analizuję retorykę polskiego „sporu o gender”, odnoszę się do  powracającego w nim obrazu chłopca przebranego w sukienkę, który według mnie ujawnia główny paradoks tej „debaty”. Rozmawiało się w niej o prawach kobiet oraz mniejszości seksualnych, ale obrazowało się ją wizerunkami chłopców i mężczyzn. Oni byli głównymi zagrożonymi. To ciała mężczyzn stały się polem walki. Co jednak ciekawe, żaden z mężczyzn nie stanął w obronie własnego ciała.

Ciał chłopców broniły matki polityczki, które nie chciały pozwolić na seksualizację „naszych dzieci”, czyli przebieranie przedszkolaka w sukienkę. Tego samego ciała bronili też księża, którzy z racji swojej funkcji postrzegani są jako bezcieleśni. Ich ciało i seksualność podlegają tabu.

W całej tej dyskusji prym wiodły kobiety i księża. Mężczyźni temat płci traktowali z pobłażaniem. Tak jakby oni byli poza nim, a to przecież o nich chodziło głównym aktorom medialnego sporu. W 2013 r. Stowarzyszenie Kobiet Konsola zrobiło badanie pod kątem tego, kto i na jaki temat zabiera głos w lokalnych mediach informacyjnych i publicystycznych. Co się okazało? Stosunek kobiet i mężczyzn w badanych mediach wahał się w granicach 30–70% w większości tematów, a w zakresie gender w badanym okresie 100% specjalistów, ekspertek czy gości stanowiły kobiety. Ponownie płeć okazała się sprawą kobiet. Nawet jeśli walka toczy się o ciało czy płeć mężczyzny / chłopca.

Skoro kobiety zostały oddelegowane do obrony tego męskiego ciała przed innymi kobietami (czyli feministkami), to widać, kto jest największym zagrożeniem „normalności”. Czy to nie dlatego pojawia się teza, że emancypacja kobiet postawiła męskość w stan kryzysu? Nawet Philip Zimbardo – uznawany przez Agnieszkę Graff za sojusznika kobiet – w skrytykowanej przez Ciebie książce Gdzie ci mężczyźni? kreśli taki metaforyczny obraz: kobiety samotnie wyruszyły w emancypacyjną podróż, zostawiając na brzegu skonfundowanych mężczyzn…

Czytając publicystykę z XIX w., mam wrażenie, że wątek skonfundowanych mężczyzn jest starszy niż wątki emancypacyjne. Henryk Struve, spisując wykład o emancypacji kobiet w 1868 r., a więc w czasie gdy w Polsce kobiety miały przed sobą jeszcze wiele do wywalczenia, już donosił o tym, że winą rozpadu małżeństw jest złe podejście kobiet. Oczekują one od mężczyzn zapewnienia im wysokiego poziomu życia i zamiast godzić się na przyzwoite warunki, same chcą pracować i dorabiać się, na czym cierpi pogardzony i pozostawiony mąż oraz rodzina. To kobieta poprzez wygórowane żądania ma niszczyć tkankę społeczną i wpływać na złe samopoczucie mężczyzn. Prowadzi to do kryzysu mężczyzn i jednoczesnego rozwoju kobiet. Struve jako doktor filozofii powołuje się na francuskie i polskie dane, buduje statystyczne ujęcia, wszystko to naukowo próbuje udowodnić, co  sprawia, że w ówczesnej prasie po wygłoszeniu przez niego wspomnianego wykładu pojawia się szereg polemik. To one zmuszają go do utrwalenia własnych słów dla potomnych.

Zimbardo zdaje się przywoływać tę samą figurę: działania kobiet wpłynęły na samopoczucie mężczyzn, którymi nikt się nie zajął. Dodaje, że mężczyźni schronili się w świecie wirtualnym, w grach komputerowych i pornografii. I o ile ta ostatnia obserwacja jest trafna, podobnie jak idąca za nią diagnoza dotycząca zmian społecznych, o tyle przyczynowo-skutkowe łączenie tego faktu z „emancypacyjną podróżą kobiet” wydaje się co najmniej niepotrzebne.

A więc zgadzasz się, że współczesny mężczyzna jest w stanie kryzysu?

Osobiście w samym pojęciu kryzysu, bez szukania przyczyny poza mężczyznami, widzę szansę na rozwój. Kryzys, katastrofa to fakt, do którego, paradoksalnie, dobrze jest czasami dopuścić. Piękna katastrofa może być źródłem refleksji. W kryzysie możemy wiele rzeczy „puścić”, przestać się ich kurczowo trzymać. Dzięki temu można by mówić o emancypacji czy zrzuceniu skóry stereotypowej męskości.

Większość facetów jest dziś odcięta od własnych emocji i potrzeb.

Wiedzą, jacy mają być, by osiągnąć dany status czy pozycję, ale nie wiedzą, czego sami chcą. W tym sensie feministki są lata świetlne przed nami. Otworzyły drzwi do własnych wyborów i teraz walczą z opresyjnym systemem i rynkiem,  a nie z mężczyznami. Zresztą z nimi chyba nigdy nie walczyły. Ścierały się raczej ze strażnikami status quo.

To ciekawe, jak bardzo historia feminizmu toczy się dwoma torami – jeden to zmiany dokonujące się w rzeczywistości społecznej i mentalności, drugi – to ciągłe powroty do starych tematów i odbytych już wielokrotnie dyskusji, w których wytyka się „grzechy feminizmu”. Na Zjeździe Kobiet w 1907 r. Zofia Nałkowska skrytykowała emancypantki, że dla własnego bezpieczeństwa pielęgnują opozycję kobiety cnotliwej i „upadłej”, gdy tymczasem w patriarchalnym porządku społecznym każda kobieta jest jakoś moralnie „podejrzana”. Idea Marszu Szmat – pokazująca, że i dziś wystarczy znaleźć się w niewłaściwym miejscu, czasie i sukience, by zostać uznaną za „szmatę” i stać się ofiarą gwałtu – jest jedną z najbardziej atakowanych inicjatyw feministycznych. Mówi się, że wykształcone paniusie z Warszawy bawią się w tanie prowokacje, zamiast zajmować się prawdziwymi problemami Polek…

To dość ciekawe, że uczestniczki Marszu są w odbiorze prowokacyjne, a mijane przez nie billboardy, na których roznegliżowane lub nagie fragmenty kobiecych ciał promują różne produkty, się akceptuje lub traktuje jak przezroczyste. Jakby kobieta nadal sama nie mogła decydować o własnym ciele. Przynajmniej nie w przestrzeni publicznej. Zastanawia mnie, że długo ćwiczona polityczna podejrzliwość i umiejętność czytania między wierszami nie owocują dziś zrozumieniem konceptu, na którym zasadza się Marsz Szmat. Formalnie nie różni się on od wielu wcześniejszych happeningów opartych na próbach przechwycenia i weryfikacji wartościujących określeń, które mają budować społeczną lub płciową hierarchię. Tak jak wspominasz, wydaje się, że krytyka Marszu to prosty mechanizm odróżnienia: krytykuję, więc nie jestem „szmatą”, jestem dobrą kobietą, a dobra, normalna kobieta nie prowokuje, przez co też nie stanie się ofiarą przemocy.

Internalizowanie odpowiedzialności za przemoc fizyczną czy seksualną stanowi jeden z największych autostereotypów kobiet.

Ten równocześnie konserwowany jest działaniami i przekonaniami mężczyzn. Marsz Szmat opisuje się jako fanaberię feministek ze zgniłego Zachodu, jako działania kogoś, kto widzi tylko problemy tzw. pierwszego świata – wykształconych i pracujących mieszkanek dużego miasta. Jako odrealnioną inicjatywę, która nie jest żadnym realnym rozwiązaniem problemu kobiety. Próby tłumaczenia działań symbolicznych odwołaniami do realności są najprostszą krytyką.

Innymi zarzutami są oskarżenia o klasizm, elitarność, oderwanie od rzeczywistości i problemów  tzw. normalnych kobiet. To dlatego, jak przekonywały w marcowym numerze „Wysokie Obcasy Extra”, „feministki nas wkurzają”. I choć z wielu stron pojawiły się głosy przypominające o niemedialnym, choć realnym zaangażowaniu organizacji kobiecych w działania na rzecz pielęgniarek, robotnic, matek walczących o alimenty czy ofiar przemocy domowej, problem wizerunkowy pozostaje. Z czego to wynika?

Można odnieść wrażenie, że redaktorek „WOE” wcale nie interesuje kwestia rozwiązania problemów wspominanych grup. Nie piszą o nich, treści ich pisma kierowane są do starannie wyselekcjonowanych odbiorczyń. Pielęgniarki czy samodzielne matki nie wydają się tutaj podmiotem dyskusji. Są raczej pałką, którą okłada się feministki.

Przy okazji wspomnianej publikacji zauważyłem ciekawą zbieżność. W tym samym miesiącu, w którym należy napisać o kobietach, bo jest ich święto, dwa magazyny o mocnej pozycji rynkowej i rozpoznawalnej marce piszą o feminizmie. Jeden – oskarżając, drugi – nobilitując i neoliberalnie zawłaszczając. Dla jednych feminizm (w wielkomiejskim wydaniu pracującej, młodej kobiety) jest więc seksi i strategicznie zbieżny z produktami promowanymi na łamach, dla drugich ważniejsza pozostaje strategia skandalu i budowanego na stereotypowych oskarżeniach dystansu. W całej tej dyskusji w kontekście Kongresu Kobiet padało jednak jedno ważne zdanie, parafrazując: kobiety na szczytach powinny słuchać kobiet z dołów. To mogło być clou tej dyskusji: klasa skrzyżowana z płcią, wiekiem, pochodzeniem, ekonomią. Niestety, ekonomia sprzężona z feminizmem ma w Polsce wciąż tylko jedną medialną twarz – Henryki Bochniarz. Mimo że w różnych organizacjach działa wiele kobiet o nastawieniu lewicowym, to tego typu wrażliwość złośliwie zestawiana z komunizmem nadal jest w Polsce napiętnowana.

Mówisz: „słuchać kobiet z dołów”. Nawet jeśli one odżegnują się od podejrzanego słowa na „f”, to jednak chętnie odwołują się do „wrodzonej kobietom gospodarności i zaradności” czy narodowo-religijnego panteonu, w którym króluje matka Polka?

Chyba nie łączyłbym tych dwóch rzeczy na  zasadzie przyczyny i skutku. Te kobiety z dołów to z pewnością kobiety pracujące w sfeminizowanych i gorzej płatnych sektorach rynku. To z nimi powinna wejść w dialog „superwomen na rynku pracy”, nie one z nią. Struktura neoliberalnego rynku promuje indywidualizm oparty na przezroczystej klasie, pochodzeniu i możliwościach ekonomicznych, a w feminizmie nie o to chodzi. Nawet Agnieszka Graff wycofuje się z projektu feminizmu „idealizmem podszytego”. Co do narodowego czy religijnego panteonu, to mamy z nim problem w mainstreamie. Na poziomie deklaracji z jakiegoś powodu jego zbieżność z feminizmem musi się wykluczać. Inaczej jest już w przestrzeni realnych wyborów. Od wielu lat krąży między nami fantazja związana z tym, co by było, gdyby kobiety słuchające Radia Maryja, a wcześ- niej te należące do mariańskich solidacji słuchały kobiet, a nie jednoczyły się wokół księdza. To jednocześnie daleka fantazja o zmianie w Kościele. Także Kongres Kobiet marzy o tym, by jednoczyć wszystkie kobiety, bez względu na polityczny światopogląd i wiarę. I tak jest. W kongresach, także w kongresach kobiet wiejskich, uczestniczą kobiety reprezentujące różne światopoglądy. Kongresowiczki wciąż szukają pobieżnych podobieństw. Nie posiadając wspólnych wartości, nie mają interesu w ujednoliceniu czy domykaniu ruchu. I dobrze. W końcu kobieta nie równa się feministka, a feministki różnią się między sobą. Polskie feministki już dawno są po etapie różnicowania, rozwojowo teraz powinny współpracować, łącząc różne interesy, więc tak – słuchać, odpowiadając na twoje pytanie.

Niestety, dyskusje o narodzie, matkach Polkach czy wyznaniu zazwyczaj są dyskusjami o zacięciu intelektualnym, a nie praktycznym czy emocjonalnym, w przeciwieństwie do tego, co odbywa się na zjazdach w Toruniu. Tu bym chyba upatrywał różnic. Z akcentem na „chyba”, ponieważ to rozróżnienie jest historycznie obciążone wieloma stereotypami.

Inny kłopot, który moim zdaniem ma współczesny feminizm, pragnący być blisko doświadczenia codziennego kobiet, to popkultura. Coraz trudniej odróżnić praktyki kulturowe, które są dla kobiet uprzedmiatawiające, a które wyzwalające / emancypacyjne, ponieważ – jak to ujmuje amerykańska krytyczka bell hooks – kobiety coraz częściej „podmiotowo uczestniczą w uprzedmiotowieniu własnych ciał”. Przykład: Beyoncé na okładce feministycznego „Ms.” wyznaje swój „wściekły feminizm” i z Nikkie Minaj kręci teledysk Feeling Myself, będący niebywale seksowną manifestacją dziewczyńskiej więzi i niezależności…. Czy feminizm powinien wystrzegać się flirtu z popkulturą, bo ta go wchłonie, przefiltruje, przetrawi i zwróci tylko to, co dla niej niezjadliwe?

Beyoncé jest dobrym i złym przykładem jednocześnie. Dobrym, bo w tym samym czasie nagrywa piosenkę, w której głos oddaje nigeryjskiej pisarce Chimamandzie Ngozi Adichie sugerującej, że feminizm nie jest zamkniętym klubem. W piosence mówi: Uczymy dziewczyny usuwania się w cień „By stały się jak najmniejsze Mówimy im »Możecie mieć ambicje Ale nigdy zbyt wielkie« (…) Feministka: osoba, która wierzy w społeczną, polityczną i ekonomiczną równość płci”.

Beyoncé podpisuje się pod tymi słowami. Mamy tu wyraźną definicję feministki. Właściwie deklarację wiary. Mam wrażenie, że Beyoncé pokazuje: mogę wziąć wszystko, być, kim chcę. Problem tylko w tym, że ten wybór i szacunek dają jej pozycja i pieniądze, nie zaś bycie kobietą. Jej sukces dokonuje się jakby pomimo bycia kobietą. Dobrym pytaniem jest to, jak taką pozycję zdobyła i czy jej droga różniła się od tej przebytej przez jej męża Jaya-Z. Niemniej Beyoncé nie jest najlepszym przykładem, ponieważ nie dotyka polskiego podwórka.

Masz jakiś inny na myśli?

Jakiś czas temu feministyczną deklarację Anji Rubik wydrukowała polska prasa lifestylowa. Modelka kojarzona przede wszystkim z młodością i ciałem opowiedziała o wciąż funkcjonującej podwójnej normie ograniczającej seksualność kobiet względem seksualności mężczyzn. Ta pierwsza nadal oficjalnie ma być bardziej cnotliwa i kryształowa. Rubik mówiła też o dyskryminacji ze względu na wiek. Uczestniczki jednego z moich seminariów dziwiły się: „Jak ona może mówić o feminizmie? ”, „Ten jej feminizm odnosi się tylko do ciała i seksu”. To  właściwie paralelne do  tego, co mówi i robi Beyoncé. Tutaj także ważny i niewidzialny pozostaje aspekt klasy i pozycji. Obie panie mówią o feminizmie w chwili, gdy ich pozycja jest topowa. Problem polega również na tym, że strategie podmiotowe, wzmacniające i rozwojowe kojarzone z feminizmem albo szerzej antydyskryminacją stały się głównymi wątkami czy też strategiami marketingowymi budującymi treści kultury popularnej. Tożsamość, „ja” i wszelkie ich składowe z języka psychologii i terapii płynnie przeszły do języka popkultury, gdzie charyzmę artystów zastąpiła chęć i możliwość wyrażenia „własnego ja”. Węzła marketingu, popkultury i strategii rozwojowych czy skutku ich splątania – produktów personalizowanych – nie jesteśmy w stanie rozwiązać. Upodmiotowienie często bywa więc pozorne, ma być efektem ubocznym sprzedaży produktu / wizji i zarobku jej producenta. Wątek upodmiotowienia jest instrumentalizowany. Ważne jest to, byśmy zachowali refleksję na ten temat i wybierając poszczególne strategie, odpowiadali sobie na pytanie, czyimi oczami na siebie patrzymy, czyje potrzeby tak naprawdę spełniamy.

Czyli nawet jako feminista o lewicowej wrażliwości nie obawiasz się, że popkultura wszystko – włącznie z feministyczną rewolucją – pokryje błyszczącą warstewką glamour?

Błyszczyk nie wyklucza myślenia ani czucia. Spełnia inne potrzeby, więc nie jest taki groźny.


Maciej Duda – dr nauk humanistycznych, trener antydyskryminacyjny, pracownik naukowy Uniwersytetu Szczecińskiego i Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, gdzie jest wykładowcą Interdyscyplinarnego Centrum Badań Płci Kulturowej i Tożsamości. Autor artykułów naukowych i popularnonaukowych oraz książki Polskie Bałkany. Proza postjugosłowiańska w kontekście feministycznym, genderowym i postkolonialnym. Recepcja polska (2013). Aktualnie prowadzi badania w ramach projektu Publicystyczna i prozatorska działalność mężczyzn na rzecz polskich ruchów emancypacyjnych i feministycznych w latach 1842–1939 (NCN Fuga 3).

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata