Ilustracja: Anna Głąbicka
Ilustracja: Anna Głąbicka
Monika Świerkosz maj 2025

Klejnot ze skazą

Godna podziwu wydaje mi się konsekwentna obrona przez Woolf tego, co zwyczajne. „Pani Dalloway” okazuje się eksploracją fenomenu przeciętności, medytacją nad intensywnością życia doświadczanego jako zwykła codzienność.

Artykuł z numeru

Tęsknota za offlinem

Tęsknota za offlinem

W eseju zatytułowanym Nos Virginii Woolf  biografka pisarki Hermiona Lee przygląda się współczesnym sposobom przepisywania życiorysu autorki Pani Dalloway, które towarzyszyły spektakularnemu sukcesowi książki i filmu Godziny (Pulitzer dla Michaela Cunninghama w 1999 r. i szereg nagród dla adaptacji Stephena Daldry’ego z 2002 r. z gwiazdorskimi kreacjami Nicole Kidman, Julianne Moore i Meryl Streep).

Godziny to przeniesiona w paralelną rzeczywistość Stanów Zjednoczonych końca lat 40. i 90. XX w. opowieś? ć o dwóch kobietach – Laurze Brown i Clarissie Vaughan – które, jak powieściowa pani Dalloway, urządzają przyjęcie. Ich losy splatają się z biograficzną legendą Virginii Woolf, stwarzającej niejako na naszych oczach swoją literacką bohaterkę. Podkreśla to również wybór Cunninghama, by zatytułować swoją powieść dokładnie tak, jak pierwotnie nazywała ją w dziennikach pisarka. Ten zabieg fabularnego połączenia przeszłości i współczesności niewątpliwie przyczynił się do wzmożenia zainteresowania brytyjskim oryginałem. Pierwszy raz w historii swojej recepcji i ponad 70 lat od daty premiery w 1925 r. Pani Dalloway osiągnęła status bestsellera. Towarzyszyły temu nowe wydania i przekłady, recenzje w magazynach kulturalnych, dyskusje w klubach czytelniczych i sesje naukowe. Zredagowany przez uznaną amerykańską autorkę Francine Prose Mrs Dalloway Reader z 2003 r., który drobiazgowo rekonstruował genezę i proces powstawania powieści, a także gromadził komentarze zarówno ówczesnych czytelników, jak i współczesnych krytyków i pisarek (m.in. Elaine Showalter, Sigrid Nunez, Margo Jefferson, Daniela Mendelsohna i Jamesa Wooda), potwierdzał kanoniczny status utworu Woolf. Podkreślał to również sam Cunningham, porównując swoją metodę pracy nad Godzinami do działania muzyka jazzowego, który tworzy własną improwizację na podstawie kawałka klasyki.

A jednak, jak zauważa Hermiona Lee, ten fenomenalny powrót Virginii Woolf i Clarissy Dalloway do XXI-wiecznej, (pop)kulturowej wyobraźni, pokazał zasadniczy problem z biograficznym czytaniem wielkich fikcji literackich.

Problem, który zogniskował się na – wydawać by się mogło: marginalnej i nieco komicznej – kwestii charakteryzacji aktorki, wcielającej się w filmie Daldry’ego w rolę Woolf. Sztuczny, wyolbrzymiony i zwyczajnie brzydki nos Nicole Kidman wzbudził zniecierpliwienie i złość wielu „woolfianistek” i „woolfianistów”, ujawniając przy okazji istnienie silnej, ponadpokoleniowej, profesjonalno-amatorskiej wspólnoty czytelniczej, dla której demistyfikowanie biograficznej legendy autorki Własnego pokoju (jako ponurej, straumatyzowanej, opętanej obsesją śmierci „wariatki na strychu”) okazywało się równie ważne jak wnikliwe czytanie jej dzieła. „Woolf taka nie była” – wracało jak echo w wielu tych komentarzach. Nie chodziło jednak tym razem wyłącznie o (jak zawsze) napiętą relację między prawdą a zmyśleniem, ale również o atrakcyjność tego rodzaju fuzji biografii i literackiej fikcji, w której tragiczne życie pisarki musi stopić się z równie tragicznym losem wymyślonej przez nią bohaterki tak, by stały się swoimi lustrzanymi odbiciami.

Chcesz przeczytać artykuł do końca?

Zaloguj się, jeden tekst w miesiącu dostępny bezpłatnie.

Zaloguj się