70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Społeczny użytek z historii

We współczesnym patriotyzmie można zaobserwować dużo blichtru, fasadowości i efekciarstwa sprowadzającego przekaz historyczny do prostego odwołania do emocji. Dominacja tradycji powstania warszawskiego i żołnierzy wyklętych to przejaw pragnienia budowania silnych wspólnot „tożsamościowych”, niechęci do procedur i kooperacji z Polakami inaczej myślącymi.

Jakub Muchowski: Przeszłość zajmuje ważną pozycję w debatach sfery publicznej. Jaką rolę odgrywają w tych dyskusjach historycy, ludzie profesjonalnie zajmujący się wytwarzaniem naukowej wiedzy o przeszłości, i sama wiedza historyczna?

Andrzej Friszke: To trudny temat. Po pierwsze, nie specjalizuję się w tych zagadnieniach. Interesuje mnie sam przebieg procesu dziejowego, dużo mniej zaś, jak przekaz historyczny krąży w społeczeństwie. Po drugie, uważam, że jesteśmy w okresie przełomowym, nie wiadomo, co się z niego wyłoni. Współcześnie został zakwestionowany tradycyjny sposób obiegu wiedzy o przeszłości. Treści historyczne krążą w sieci bez żadnej weryfikacji, w tym kontroli historyków. Obowiązuje całkowita swoboda budowania narracji i część z nich znacznie odchodzi od treści źródeł, od ustaleń naukowców.

Z tej swobody, która podważa autorytet wiedzy wytwarzanej przez profesjonalnych badaczy, korzystają politycy i związani z nimi dziennikarze, łamiąc autonomię historii. Środowisko naukowe na ogół unikało włączania się w grę polityczną, a jego ważnym postulatem była ochrona wiedzy historycznej przed manipulacją ze strony polityki. Dziś jednak mamy do czynienia z jawnym instrumentalizowaniem historii przez prawicę. Historia staje się częścią konstrukcji ideologicznych, a historycy pozostają wobec tego bezradni.

 

Zawłaszczeniu historii może zapobiegać tworzenie archiwów społecznych, demokratyzacja badania przeszłości i popularyzacji wiedzy historycznej, co stało się możliwe dzięki narzędziom internetowym oraz zaangażowaniu w refleksję nad przeszłością nie tylko profesjonalnych badaczy.

Rozumiem, ale to jest właśnie element kryzysu, o którym mówiłem. Historycy nie posiadają kontroli nad tym, co się upowszechnia, ale też mają różne poglądy polityczne i ideowe, zatem różnie oceniają przeszłość. Zapotrzebowania polityczne jednak często prowadzą do tego, że przekazuje się półprawdy albo nadaje nadmierną wagę drugorzędnym zjawiskom w imię budowania silnego przekazu ideologicznego. Kluczowe dla państwa i narodu wydarzenia spychane są często na dalszy plan, gdyż nie odpowiadają narracji historycznej podporządkowanej określonej postawie politycznej.

Politycy oczywiście od zawsze posługiwali się historią, natomiast historycy powinni bronić jej suwerenności. Aby dziedzina wiedzy była nauką, musi podlegać rygorom ogólnie przyjętej metodologii, zasad wnioskowania, krytyki materiału badawczego. Jeżeli jednak traktuje się historię jako swobodną aktywność polegającą na wybieraniu faktów z przeszłości i łączeniu ich w dowolne narracje, wówczas historia traci rangę nauki.

Wedle zasad nauki nie można przekroczyć określonych granic interpretacji, należy uwzględnić konteksty zdarzeń, inaczej spotkałoby się to z reakcją środowiska. Ale te reguły nie obowiązują w przestrzeni publicznej.

Podam przykład. Prawie w ogóle nie odwołujemy się do historii II RP, a jeżeli już, to w kategoriach godnościowych czy honorowych, mówiąc o dobrym, sprawnym państwie, z którego powinniśmy być dumni. I poniekąd słusznie, sam jestem patriotą II RP, ale całkowicie wypadły z naszych narracji ogromne problemy polityczne, społeczne i ekonomiczne tamtej Polski. Tymczasem jeżeli nie mamy ich w świadomości, to nie możemy zrozumieć kwestii ważnych dla kolejnych pokoleń. Nie dostrzegamy, że nie tylko polityka przedwojennych stronnictw, lecz również powojennej władzy nastawiona była na przezwyciężenie zacofania, szukanie programów rozwoju gospodarczego, niwelacji nierówności społecznych i uzupełnienia braków infrastruktury. Nie pamiętamy, że lata 30. to nasilenie autorytaryzmu obozu rządzącego, a po stronie opozycyjnej nacjonalistycznej prawicy wzrost ideologii wręcz totalistycznej i radykalnie antysemickiej. Bez tej wiedzy nie potrafimy trafnie wyjaśnić nie tylko postaw, ale i problemów polityki lat 40. Istnieją też drastyczne manipulacje, np. książka o tym, że Polska w 1939 r. powinna pójść z Hitlerem na ZSRR i to dałoby jej lepszą przyszłość. To oczywiście zupełna fantazja ignorująca wszelkie możliwe konteksty, ciesząca się jednak sporą popularnością. Bo jedyną jej „racją” jest antykomunizm.

 

Winą za niedogodności życia w PRL nierzadko obarcza się w całości ówczesne władze, tymczasem reżim odziedziczył po II RP, okresie zaborów, a nawet czasach wcześniejszych konkretną rzeczywistość społeczną i gospodarczą.

Przedwojenną Polskę od państw rozwiniętych, takich jak Francja i Niemcy, dzielił ogromny dystans. W okresie zaborów nasz kraj słabo się rozwijał, podlegał modernizacji kolonialnej. Największe ośrodki przemysłowe Kongresówki: okręgi łódzki i warszawski oraz Zagłębie Dąbrowskie, mogły funkcjonować i rozwijać się dzięki rosyjskiemu rynkowi zbytu, od którego były uzależnione. Gdy po 1918 r. zostały od niego oddzielone, doświadczyły poważnego kryzysu. W pewnym sensie powtórka tej sytuacji miała miejsce po 1989 r. Mówimy dzisiaj, że przemysł PRL rozpadł się, a zakłady zbankrutowały. Należy jednak dodać, że wcześniej działały w oparciu o technologię, surowce, rynki zbytu głównie w ZSRR. Gwałtowny zanik silnych powiązań pomiędzy gospodarkami bloku wschodniego w 1989 r. spowodował, podobnie jak w 1918 r., obniżenie możliwości produkcyjnych i pogorszenie się sytuacji gospodarczej kraju. Bez tych porównań mamy skłonność do widzenia tylko kosztów transformacji.

 

Twierdzi Pan, że politycy nie powinni mieszać się do historii i ingerować w pracę historyków. Jest to jednak relacja dwustronna. Czy historycy dysponują tytułem do tego, aby ingerować w dyskusję społeczną lub polityczną?

Politycy, tak lewicy, centrum, jak i prawicy, zawsze będą się odwoływać do tradycji i bliskich im wartości. Chodzi natomiast o to, żeby wybierając z przeszłości wydarzenia i postaci, które wzmacniają bieżące postulaty polityczne, opierać się na rzetelnych ustaleniach, a nie mitach. Problem pojawia się, gdy jedna strona sceny politycznej chce zdominować dyskusję o przeszłości, usuwając z przestrzeni publicznej, nad którą panuje, zaburzające jej narrację tematy i pytania.

Bardzo niepokojące jest umacnianie wizji przeszłości skierowanej przeciw demokracji liberalnej, gdyż to ten porządek zapewnia nauce historii autonomię. Na przykład w Rosji rola historii jako niezależnej dziedziny nauki została ponownie zakwestionowana. Podporządkowano ją ideologii, imperialnym celom państwa i dyktaturze Putina. Historycy rosyjscy uważają się za funkcjonariuszy rządu i swoje zadanie widzą w podtrzymywaniu legendy dawnego reżimu. Legitymizują więc sowieckie państwo i nie chcą mówić o sowieckich zbrodniach.

W Polsce narasta podobny problem. Akceptacja dla liberalnego modelu, wolności badań i oddzielania historii od gier politycznych zaczyna być kwestionowana.

 

Zajmuje się Pan historią najnowszą, a zwłaszcza dziejami opozycji demokratycznej i Kościoła w PRL. W jakim stopniu legenda Solidarności i historyczna wiedza o tym ruchu mogą być dzisiaj przydatne?

Mit Solidarności został mocno podważony przez „wojnę na górze” i głęboki podział wśród jej działaczy i przywódców. Nie ma dziś legendy Solidarności, a do resztek, które po niej zostały, odwołują się różne strony politycznego konfliktu jako do źródła legitymizacji własnych postaw. Młode pokolenie po ideę Solidarności już nie sięga, starsze zaś spiera się o to, kto był tą „prawdziwą” Solidarnością, kto ma prawo organizować uroczystości rocznicowe i składać kwiaty pod pomnikiem poległych stoczniowców. W rezultacie najważniejszych przywódców dawnej Solidarności radykałowie nazywają zdrajcami dlatego, że większość z nich po 1989 r. znalazła się w obozie Unii Demokratycznej. Dobrym przykładem jest Władysław Frasyniuk, legenda Solidarności odrzucana przez ludzi, którzy nie podzielają jego poglądów politycznych. Podobnym – inni przywódcy tamtego czasu: Bogdan Lis, Adam Michnik, Lech Wałęsa, Zbigniew Bujak.

Związek Solidarność, który mógłby być nośnikiem tej legendy, odwołuje się jedynie do socjalnej strony ruchu, do walki w obronie praw pracowniczych.

 

We współczesnej narracji o PRL wystąpienia społeczne napędzane postulatami ekonomicznymi, takie jak Poznań 1956, Wybrzeże 1970, Radom 1976 i Solidarność, dopasowuje się do formatu powstań narodowych. Pomija się więc elementy związane z żądaniami ekonomicznymi i zastępuje je hasłami suwerenności, demokracji, wolności.

To prawda, istnieje tendencja do akcentowania politycznej, wolnościowej strony tych wystąpień. One z reguły zaczynały się od motywów ekonomicznych, następnie przybierały charakter buntu przeciw władzy, przeciw represjom, w 1970 r. prowadziły do prób samoorganizacji, a w 1980 jej zrealizowania. Pierwsze wymienione wystąpienia były krótkotrwałe, postulaty miały charakter doraźny i głównie ekonomiczny. Widzimy w nich jednak dążenia wolnościowe, i słusznie, bo sprzeciwiały się monopolistycznej władzy i uznawały prawo robotników do wysuwania żądań. Miały więc cechy ruchów obywatelskich, zwłaszcza strajki 1970 i w styczniu 1971 r. w Szczecinie. Solidarność to nowa jakość, bo dojrzałą świadomość polityczną zaszczepiła jej opozycja demokratyczna lat 70., z którą związani byli np. przywódcy strajku sierpniowego.

 

Wielokrotnie powtarzał Pan, że należy bronić legendy Solidarności. Jakie są powody, dla których warto to robić?

Bo była projektem opartym na uznaniu narodu za obywatelską wspólnotę pluralistyczną, w której skład wchodzą socjaliści i narodowcy, katolicy i ateiści. Te podziały prowadzą do ścierania się poglądów, ale i dochodzenia do wspólnych wartości, zawierania wzajemnych kompromisów. Bo nad podziałami dominuje poczucie wspólnoty i uznanie zasad: idei praw człowieka, suwerenności społeczeństwa wobec państwa, samorządności, prawa do dyskusji. Solidarności trzeba bronić także dlatego, żeby zachować prawdę o historii Polski.

Historia jest prawdą o przeszłości, bytem autonomicznym i nie może podlegać koniunkturalnym potrzebom polityków, dziennikarzy, związków zawodowych. Nie można z niej wykreślać ważnych postaci dlatego, że kogoś się nie lubi, ani dostawiać innych, bo chce się im „dorobić” dawne zasługi.

Sięgnę tutaj po wypowiedź zapomnianego dzisiaj Józefa Szujskiego, historyka, XIX-wiecznego konserwatysty, który uważał, że fałszywa historia jest mistrzynią fałszywej polityki. Historia powinna być rekonstruowana w oparciu o źródła. Jeśli nie będziemy ustalali, jak było naprawdę, tylko wybierali sobie fragmenty, które są nam potrzebne do rywalizacji politycznej, to nie będziemy mogli odwołać się do żadnego twardego gruntu. Historia powinna być bowiem takim twardym gruntem, na którym w razie potrzeby można się oprzeć. To po pierwsze. Po drugie, historia jest dobrem ogólnonarodowym. W momencie gdy nachalnie manipulują nią różne strony sporu politycznego, traci ten status. Może to prowadzić do zaburzenia świadomości narodowej, a także odrzucenia przez część ludzi historii jako bezużytecznej, bo zakłamanej.

Wyrazem zakłóceń w działaniu wspólnoty, które już można w Polsce dostrzec, są poplątane języki. Pewne pojęcia, wartości, które wydawały się powszechnie podzielane, obecnie takie nie są. Demokracja, suwerenność, prawa człowieka i zasady praworządności są podważane przez część uczestników debaty publicznej. Jedni uważają, że praworządnością jest to, a drudzy, że coś innego, i brakuje starań, aby dojść do obiektywnych kryteriów, liczy się tylko to, żeby „nasze” było na wierzchu. To powoduje, że nie mamy wspólnej podstawy, do której moglibyśmy się odwołać. A to wytwarza w społeczeństwie głębokie podziały.

 

Ważną taktyką działania dysydenckiego w Polsce i w innych krajach bloku wschodniego było wskazywanie i nagłaśnianie łamania przez władzę prawa krajowego, a po obradach KBWE w Helsinkach w 1975 r. również międzynarodowych praw człowieka. Obecnie wiele mówi się o zaangażowaniu Jarosława Kaczyńskiego w działalność opozycyjną. Istotnym elementem tej ostatniej była współpraca z organizacjami zajmującymi się obroną praw człowieka: Komisją Helsińską i Komitetem Helsińskim, których kontynuacją jest współczesna Helsińska Fundacja Praw Człowieka. Czym zajmował się Jarosław Kaczyński w tych organizacjach?

Jednym z naczelnych haseł opozycji od 1956 r. była walka o praworządność. Państwo jest, jakie jest, ale pierwsze, czego od niego żądamy, to żeby się stosowało do istniejącego prawa. Od 1956 r. istniał problem interpretacji prawa i jego naruszania, władze nim manipulowały, ale starały się dowodzić, że państwo jest praworządne. Oczywiście dysponowały narzędziami pozaprawnymi, aby obywateli dyscyplinować, jednak już na poziomie procesu sądowego usiłowano jawnie nie łamać zasad i dostarczać odpowiedniego uzasadnienia winy oskarżonego. Gdy wytykano władzy niepraworządne działania, to nie odpowiadała ona, że to nieistotne i że taka jest jej wola, jak zrobiliby faszyści albo stalinowcy.

Na początku 1980 r. grupa działaczy KSS „KOR” powołała Komisję Helsińską, a w 1982 r. powstał związany ze zdelegalizowaną Solidarnością Komitet Helsiński. Pierwsza przygotowała w 1980 r. Raport madrycki. O przestrzeganiu praw człowieka i obywatela w Polsce na rokowania KBWE w Madrycie, drugi zaś podobny dokument opisujący łamanie praw człowieka w czasie stanu wojennego. W pracach nad obydwoma dokumentami rzeczywiście uczestniczył Jarosław Kaczyński.

Na konferencji w Madrycie w 1980 r. reżim Gierka występował z deklaracją, że PRL jest państwem praworządnym i stosuje się do praw człowieka, tak jak się do tego zobowiązał. Raport madrycki wykazywał, że władze PRL łamią porozumienia KBWE dotyczące praw człowieka. Był to dokument nielegalnie przekazany na Zachód, przedstawiony na konferencji przez przedstawicieli opozycji. Ta sprawa przypomina obecne wypowiedzi, że informacji o nadużyciach przepisów w kraju nie wolno przekazywać na zewnątrz, bo „brudy pierzemy we własnym domu”. Rząd Gierka reagował na ujawnianie na Zachodzie łamania prawa w PRL kampaniami potępiającymi opozycję za „wynoszenie polskich spraw do zachodnich gazet”, „stawianie ojczyzny pod pręgierzem obcej prasy”, „zdradę narodową” itd. Opozycja słusznie odrzucała takie zarzuty, gdyż obrona prawa i praworządności jest fundamentem, na którym buduje się wolność ludzi i społeczeństwo obywatelskie.

 

Czy taktyka domagania się praworządności od władzy przynosiła rezultaty?

Była dość skuteczna. Dobre efekty przynosiła w II połowie lat 70., kiedy KOR-owi udało się doprowadzić do uwolnienia uczestników protestów 1976 r., a duże trudności napotykała w czasie stanu wojennego i po nim. Przykładem może być proces gdański w 1985 r., podczas którego nie dbano o jakiekolwiek elementy praworządności (skazano w nim Bogdana Lisa, Adama Michnika i Władysława Frasyniuka). Ale nawet w tym trudnym okresie władza generalnie starała się zachowywać pozory praworządności.

Obecnie przygotowuję książkę o procesie 11 przywódców Solidarności. Po 13 grudnia 1981 r. władze otworzyły śledztwo przeciwko nim z artykułu o próbę obalenia przemocą ustroju PRL, co pozwoliłoby skazać ich na kary wieloletniego więzienia. Oficerowie Służby Bezpieczeństwa i przedstawiciele prokuratury długo debatowali nad sformułowaniem aktu oskarżenia: jak udowodnić, że oskarżeni chcieli obalić ustrój? Jakie działanie można podciągnąć pod dążenie do przewrotu? I co z przemocą? Co można by przedstawić w sądzie jako akt przemocy? Jedni proponowali, aby organizowanie strajków, a tym bardziej strajku generalnego, uznać za akt przemocy, inni natomiast wskazywali, że trudno będzie w ten sposób zakwalifikować takie działania. Dyskusje trwały miesiącami.

 

Solidarność w polskim społeczeństwie nie funkcjonuje jako idea dostarczająca zbiorowości zestawu symboli, wzorców, wartości i materiał do budowania tożsamości. Taką rolę odgrywają lub do niej pretendują inne wydarzenia z polskiej historii: powstanie warszawskie i żołnierze wyklęci. Czy są to narracje historyczne pożyteczne jako idee wspólnego życia?

Moim zdaniem nie. Nie chcę równoważyć tych dwóch zjawisk dziejowych, powstania warszawskiego i żołnierzy wyklętych, obydwa to jednak militarystyczne obrazy, które ograniczają się do walki zbrojnej, zresztą zakończonej klęską. Na takiej tradycji, w moim przekonaniu, nie można budować dobrze działającej wspólnoty. Pożyteczna dla społeczeństwa jest tradycja państwowa mówiąca o rozwoju i budowaniu jego instytucji czy służbie państwu oraz historia różnych form aktywności społecznej, samorządowej, ekonomicznej, kulturalnej, innymi słowy, budowania przestrzeni obywatelskiej. To są pozytywne historie i wzorce. Znajdujemy je również w czasach II wojny światowej w postaci historii budowy państwa podziemnego, które było fenomenem w Europie i któremu udało się zjednoczyć większość ugrupowań politycznych, przedstawicieli polskich elit i ludu. Niestety, ta tradycja nie tylko jest martwa w przestrzeni publicznej, ale również wydaje się mało popularna w środowisku historycznym.

Zamiast tego ważną rolę w polskiej kulturze współczesnej odgrywa tradycja walk zbrojnych. Rozumiem, że ona może być estetycznie bardziej atrakcyjna, w moim pokoleniu jednak mało kogo fascynowała. Oczywiście składało się hołd uczestnikom powstania, lecz czciło się ich poświęcenie jako straszną ofiarę. Historia powstania nie oferowała budzących zainteresowanie wzorców postępowania ani postaw ideowych.

 

W takim ujęciu również historia żołnierzy wyklętych nie oferuje naszemu społeczeństwu istotnych symboli, wartości, bohaterów i opowieści.

Szanuję ofiarę ludzi w dużej mierze szlachetnych, którzy nie chcieli lub nie mogli zawrzeć kompromisu z niechcianą rzeczywistością. Ale, niestety, taki stan rzeczy przez ostatnich 200 lat był trwałym elementem polskich dziejów. Nie można redukować polskiego patriotyzmu do buntu wobec niechcianej rzeczywistości.

Należy czcić bohaterów powojennego podziemia, jednak nie wolno nam uznać, że to była jedyna właściwa odpowiedź na sytuację, przed jaką stanął kraj i naród. Tych odpowiedzi jest kilka. Istniała legalna opozycja, jak PSL, która próbowała przez wielką samoorganizację społeczną wymusić na komunistach stosowanie się do demokratycznych reguł. Jak wiadomo, PSL poniósł klęskę wobec przemocy i fałszerstw. Czy nie zasługuje na życzliwą pamięć? I czy nie pozostała po nim na wsi postawa oporu wobec komunizmu? Inną odpowiedzią na ówczesną rzeczywistość było zaangażowanie w odbudowę kraju, życia społecznego i kulturalnego oraz oświaty. Brak tych działań oznaczałby dalszy rozpad więzi społecznych wywołany pięcioma latami wojny i okupacji. A zagospodarowanie Ziem Zachodnich, tworzenie tam polskiego życia? Kościół, to kolejny przykład, nie walczył wówczas z władzą, ale szukał kompromisu i tworzenia takiej przestrzeni społecznej i prawnej, aby dawała hierarchii suwerenność oraz możliwość zachowania autonomii w zakresie wychowania i praktyki religijnej. Jeżeli się tych historii nie przywołuje i nie upowszechnia oraz dostrzega tylko żołnierzy podejmujących walkę w imię zasady „wszystko albo nic”, to fałszuje się historię kraju.

Myślenie państwowe to myślenie o tym, jakie są potrzeby państwa, jak budować struktury solidarności społecznej, jak rozwiązywać problemy i spory narastające wewnątrz wspólnoty. To wszystko kwestie, które są elementem życia w państwie, również w państwie podziemnym podczas wojny, tym bardziej w dzisiejszej Polsce. We współczesnym patriotyzmie można zaobserwować dużo blichtru, fasadowości i efekciarstwa sprowadzającego przekaz historyczny do prostego odwołania do emocji, które, co warto zaznaczyć, nie służą wzmocnieniu państwa, nie budują tego, na czym państwo się opiera, czyli zdolności obywateli do współdziałania, zawierania kompromisów i wytrwałej pracy na swoich posterunkach. Dominacja tradycji powstania warszawskiego i żołnierzy wyklętych to przejaw pragnienia budowania silnych wspólnot „tożsamościowych”, niechęci do procedur, kooperacji, do szukania płaszczyzn porozumienia z Polakami inaczej myślącymi.

 

W zeszłym roku opublikował Pan książkę o okresie powojennym i czasach stalinizmu. Między wojną a więzieniem 1945–1953 relacjonuje dzieje młodej inteligencji katolickiej, zaangażowanych ludzi, którzy po 1944 r. budowali niekomunistyczne i niezależne od ówczesnych władz życie kulturalne i społeczne i którzy w przyszłości, jak np. Tadeusz Mazowiecki, Wiesław Chrzanowski czy Jan Józef Lipski, mieli współtworzyć opozycyjne elity intelektualne. Co jest dla Pana najważniejsze w postawie tamtej formacji?

W tej książce opowiadam o ludziach, którzy byli skoncentrowani na wprowadzaniu ważnych idei. Próbowali budować formy życia kulturalnego i obywatelskiego, które miały przenosić i adaptować w nowych warunkach tradycyjne wartości społeczne, intelektualne, religijne. To ujęcie można rozszerzyć na inne grupy, które aktywnie uczestniczyły w odbudowie kraju: inżynierów, studentów, pracowników akademickich. Po okresie stalinowskiego zamrożenia od 1956 r. funkcjonowali w życiu Polski, przyczyniali się do rozwoju autentycznej kultury i aktywności inteligencji, poszerzania przestrzeni wolności. PRL była oczywiście państwem totalistycznym, podporządkowanym imperium sowieckiemu, ale w kontrze, a częściej obok struktur władzy, rozwijała się aktywność społeczna różnych ludzi. Nie można redukować całego spektrum życia narodu w latach 40. i później wyłącznie do podziału komunizm–antykomunizm.

 

Pisał Pan również o KIK, polityce władz komunistycznych wobec Kościoła, a ostatnio opatrzył wprowadzeniem książkę Macieja Sobieraja Między oporem a lojalnością o inwigilacji Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego przez SB. Jaka lekcja dla rozumienia i kształtowania relacji społeczeństwo–państwo–Kościół wyłania się z rezultatów Pańskich badań?

W nauczaniu Kościoła w PRL ważną rolę odgrywały państwo i naród. Z jednej strony był naród, któremu Kościół starał się przewodzić, z drugiej – państwo, które choć obce ideologicznie, było ramą, bez jakiej wspólnota nie może skutecznie funkcjonować. Kościół próbował oddziaływać na naród, wspierając postawy ważne dla wspólnoty niezależnie od ustroju: rzetelnej pracy, przyzwoitego życia, przywiązania do tradycji, zwłaszcza religijnej, wzajemnej lojalności. Kościół nigdy nie występował przeciw państwu, nawet gdy był przez aparat państwa spychany i atakowany, nigdy też nie sprzyjał gwałtownym działaniom, zaraz po wojnie nie poparł nawet działań PSL Stanisława Mikołajczyka, nie mówiąc już o podziemiu. W 1956 r. zadowolił się minimalnymi gwarancjami niezależności, nie żądał od Gomułki istotnych koncesji. W czasie kryzysu roku 1970 nie zaostrzał sytuacji, a w latach 1980–1981 starał się pełnić funkcję mediatora. Szukał warunków do dialogu i porozumienia, aby złagodzić konflikty i uniknąć eksplozji buntu. W największej mierze przyczynił się do rozmów Okrągłego Stołu i kompromisu roku 1989.

Zarazem przez dziesięciolecia istniało napięcie między Kościołem a społeczeństwem, gdyż Kościół uważał się za reprezentanta narodu i wypowiadał się w jego imieniu, co dla części obywateli było nie do przyjęcia.

Polska nigdy nie była krajem całkowicie katolickim. Kościół skupiał większość, ale zawsze istniały dość liczne grupy ideowe, społeczne i religijne, które nie były katolickie i obawiały się hegemonii katolicyzmu.

Takie napięcia władze komunistyczne próbowały wykorzystywać i znaczna część Polaków lękających się takiej dominacji uważała świeckość PRL za mniejsze zło. W latach 70. i 80. Kościół modyfikował działania i retorykę, zmiękczając swój wizerunek, otwierając się tak, aby zachować wpływ i zarazem mandat do reprezentowania zróżnicowanego społeczeństwa w imię wartości akceptowanych powszechnie: praworządności, prawa do prawdy, pluralizmu kultury i do istnienia autonomicznych wobec władzy form aktywności. Taki przekaz niósł zwłaszcza Jan Paweł II, a za nim bardzo wielu wspaniałych duchownych. Ten sposób działania był skuteczny i dawał Kościołowi dużą siłę. Obecnie episkopat dąży do jednomyślności i podporządkowania jednej wykładni prawdy, narzucenia wszystkim własnych, nieraz bardzo dyskusyjnych, poglądów. I spodziewam się narastania silnych postaw antyklerykalnych, także ateistycznych.

 

W tym roku przypada 1050. rocznica chrztu Polski, która jest impulsem do przywołania obchodów roku 1966. Doszło wówczas do dużej mobilizacji społecznej napędzanej przez rywalizujące ze sobą władze komunistyczne i Kościół. Inicjatywy podjęte przez stronę kościelną doprowadziły do pierwszej powojennej niezależnej od reżimu konsolidacji i aktywizacji obywatelskiej Polaków na dużą skalę oraz były ćwiczeniem samoorganizacji i współpracy. Ideowe podstawy ruchu w postaci „teologii narodu” kard. Stefana Wyszyńskiego nadały zarazem nowej nośności i nasyciły emocjami połączenie Polak-katolik, co w wzmacniającej się wspólnocie uruchamiało mechanizmy wyłączenia. Czy pobudzane przez konflikt władzy komunistycznej i Kościoła hasła narodowe przygotowały grunt pod marzec 1968 r. i wypędzenie z Polski Żydów?

Kościół nie zaczął odwoływać się do idei narodu w 1966 r. ani kilka lat wcześniej, gdyż odwoływał się do niej od dawna. Postrzegał lata 40. i 50. jako okres przemożnego ataku materializmu, internacjonalizmu i ateizmu – te elementy akcentował w komunizmie. Przeciwstawiając się im, wzmacniał wiarę, w tym praktyki „religijności ludowej”, aby umocnić tożsamość religijną zwykłych ludzi i uodpornić na pokusy materializmu i ateizmu. Z podjętego przez Kościół przeciwdziałania wyrastała w dużym stopniu Wielka Nowenna, czyli rozpoczęta w 1957 r. seria inicjatyw przygotowująca katolików do obchodów tysiąclecia chrześcijaństwa w Polsce. Miała ona ożywiać, wzmacniać wierność tradycji religijnej, zwłaszcza wśród ludzi z niższych warstw społecznych i pochodzących z małych miast i wsi. W tamtym czasie rzeczywiście doszło do konfrontacji dwóch sił, ale należy pamiętać, że polityka władz epoki Gomułki była odmienna od działań w okresie wcześniejszym. W przekazie skierowanym do mas była ona mniej internacjonalistyczna, a idee komunistyczne łączono z polską tradycją i historią, np. Piastów, ale też z radykalnym nurtem powstań w XIX w. Dla władz ważne były wartości i wzorce związane z dziejami państwa, dla Kościoła zaś naród. To jest istotne rozróżnienie. Rząd zwracał uwagę na instytucje, na terytorium i granice, wojsko, stosunki międzynarodowe, lojalność wobec państwa. Kościół zaś koncentrował się na tożsamości wyznaniowej i narodowej, w tym na składających się na nie wartościach kulturowych i cywilizacyjnych. To nie muszą być opozycyjne nurty ideowe, ale w polskiej kulturze jednak były. W poprzednich dziesięcioleciach myślenie propaństwowe określało obozy piłsudczyków, lewicy i części konserwatystów, natomiast myślenie kategorią narodu kierowało nacjonalistami, endecją i w dużym stopniu Kościołem.

Te dwa sposoby myślenia zderzyły się w latach 1965–1966. Władze obchodziły tysiąclecie państwa jako świeckiej instytucji, nadrzędnej wobec narodu. Państwo, a zatem i władza, odpowiada za bezpieczeństwo i przyszłość społeczeństwa, za jego rozwój kulturowy i gospodarkę. Kościół zaś mówił o tysiącletniej wspólnocie wiary i przymierzu Boga z narodem polskim. Skoncentrował się na dziejach religii i tradycji.

Kluczowym elementem konfliktu był list do biskupów niemieckich z końca roku 1965. Pokazuje on, że koncepcja narodu, którą posługiwał się Kościół, nie była nacjonalistyczna. Ten tekst, dotyczący relacji polsko-niemieckich, był próbą obiektywnego spojrzenia na złożoność wspólnych dziejów, a słynne słowa: „Wybaczamy i prosimy o wybaczenie”, nie miały nacjonalistycznego wydźwięku. Chodziło o podkreślenie, że musimy przejść ponad niedawnym konfliktem i krzywdami doznanymi ze strony Niemiec, żeby budować dobre stosunki. To Gomułka w odpowiedzi na wystąpienie biskupów zagrał na uczuciach nacjonalistycznych. Atakując Kościół, wystąpił z pozycji władzy, która ma wyłączne prawo do kształtowania stosunków z innymi narodami. Kościół zaś uważał, że podmiotem polityki międzynarodowej jest również naród.

Drogą, na którą wówczas wkroczył, Kościół szedł konsekwentnie aż do lat 90. Za cel stawiał nie tylko budowanie pokoju w relacjach wewnętrznych w Polsce, ale też wspieranie dobrych kontaktów Polaków z innymi narodami. Ostatecznie, nie bez wahań, za sprawą Jana Pawła II poparł integrację z Unią Europejską. Kościół ma tutaj duże zasługi, dziś zapomniane, do których biskupi obecnie wracają niechętnie.

 

Czy spór o milenium i tysiąclecie państwa ma znacznie dla historii marca roku 1968?

Tu byłbym bardzo ostrożny. Nie ma dowodów, żeby w wielkich wystąpieniach społecznych następnego okresu, marzec 1968, grudzień 1970 czy czerwiec 1976, były ślady milenijnej narracji i ówczesnego konfliktu. W tych wydarzeniach nie znajdziemy elementów religijnych: nie było krzyży, obrazów, pieśni religijnych ani mszy.

Pojawia się tu wątek wstydliwy, ale sporo mówiący. Jeżeli się przyjrzeć wydarzeniom marca 1968 r., który był jednak dwa lata po milenium, i temu, co mówili proboszczowie – bo zachowały się takie sprawozdania SB w IPN – o wystąpieniach studenckich, to większość wypowiedzi, jawnych i poufnych, była dla władz korzystna. Najczęściej mówili, po pierwsze, o niepotrzebnych buntach, rozrabiających studentach, sianiu niepokoju. Po drugie, stwierdzali, że we władzach następują zmiany i Żydów zastępują Polacy, co oceniali pozytywnie. Takie stanowisko dużej części kleru było odpowiedzią nie tyle na milenium, ile na ewolucję reżimu Gomułki. Odszedł on od polityki zdecydowanej walki z Kościołem charakterystycznej dla okresu stalinowskiego i pozostawił Kościołowi szeroką autonomię. Przeciętny ksiądz w latach 60. nie musiał się już obawiać represyjnych działań ze strony władzy i w rezultacie jego stosunek do reżimu stał się bardziej przychylny.

W grudniu 1970 r. Kościół dystansował się od protestów robotników na Wybrzeżu, bo dążył do uspokojenia sytuacji i zapobieżenia dalszemu rozlewowi krwi. Warto tutaj wspomnieć, bo jest to sprawa zapoznana, że wówczas kard. Wyszyński niczego nie żądał od nowych władz gierkowskich, choć wiedział, że są bardzo osłabione, i mógłby wymusić na nich różne koncesje. Dopiero później Kościół wysunął postulaty wobec władz, ale nie w czasie kryzysu. W tym okresie udzielił władzy delikatnego, ale bezwarunkowego wsparcia. Postąpił tak, bo liczyło się dla niego stabilne trwanie państwa. Dla Wyszyńskiego niezależnie od wszelkich podziałów państwo było wartością.

 

Jak Pan odnosi się do formuły Polak-katolik, którą wzmocnił przekaz Kościoła w czasie długoletnich obchodów milenium?

Samo hasło Polak-katolik było i jest nie do przyjęcia dla niekatolika. W społeczeństwie polskim warto w tym kontekście wskazać trzy grupy: katolicy, niekatolicy wierzący oraz świeccy. W tej ostatniej kategorii nie tylko mieściły się osoby, które były ateistami, ale również osoby wierzące, dla których ważniejsza od tradycji religijnej była tradycja świecka i które nie określały się jako katolicy czy chrześcijanie. Żyją wśród nas także prawosławni i ewangelicy, nieraz bardzo zasłużeni dla Polski.

W kontekście nadchodzącej rocznicy formuła Polak-katolik budzi mój sprzeciw, bo państwo jest wspólną wartością. Jeżeli mówimy o społeczeństwie obywatelskim, to powinniśmy uwzględniać różne tradycje, inaczej będziemy postępować antagonizująco i wykluczająco.

Państwo i naród, Kościół i wierni to dwie wspólnoty, które nie są identyczne. Należy zostawić miejsce dla dużej części Polaków niekatolików.

 

W lutym br. ukazało się nowe wydanie książki wspomnianego już Jana Józefa Lipskiego Idea katolickiego państwa narodu polskiego o ideologii przedwojennej ONR Falangi z Pańskim wstępem. Tekst ten Lipski zaczął pisać w II połowie lat 50., przedstawiając jego fragmenty podczas publicznych dyskusji, co spotkało się z silną reakcją władz, w tym zwolnieniem z pracy w PIW-ie. Lipski kontynuował pracę nad książką w latach 60., a nawet później. Pierwsze wydanie ukazało się jednak dopiero po jego śmierci w 1994 r. Dlaczego Lipski podjął ten temat w latach 50. i dlaczego później do niego wracał?

Lipski był przekonany, że społeczeństwu polskiemu nie tylko zagraża totalitaryzm komunistyczny, któremu stawiał opór, ale również totalitaryzm nacjonalistyczny. Podkreślał, że mylne jest przeświadczenie, iż totalitaryzm nacjonalistyczny to tylko hitleryzm. Niebezpieczne bowiem są wszystkie formy faszyzmu, czyli populistycznego nacjonalizmu, który ma zagarnąć masy i złączyć je w monolitycznej wspólnocie narodowo-państwowej, eliminując oponentów i grupy, które nie poddają się homogenizacji.

Lipskiego interesowało, po pierwsze, jak grupa przedwojennych totalistów z Falangi mogła funkcjonować w PRL. Po drugie, czy z osłabnięcia władzy komunistycznej i jej ewentualnego kryzysu nie wyłonią się formy totalitaryzmu nacjonalistycznego. Nie sądzę, żeby uważał, że jest to bardzo prawdopodobne, ale zarazem uznawał, że nie można oczekiwać, iż idee skrajnego nacjonalizmu i tworzące się wokół nich organizacje już nigdy ponownie nie staną się silne. Obawiał się falangistów z PAX-u pod koniec lat 50., z wielkim niepokojem obserwował moczaryzm w latach 60.

 

Dlaczego warto czytać tę książkę dzisiaj?

Bo skrajne ideologie nacjonalistyczne zyskują na popularności i coraz częściej natykamy się na obrazy ludzi maszerujących pod znakiem Falangi na sztandarach. W bieżącej prasie znajdujemy opis spotkania falangistów z młodzieżą w płockiej Małachowiance w liceum, które ukończył Tadeusz Mazowiecki. Szkoła, z której wyszedł pierwszy premier demokratycznej Polski, urządziła wykład dla przedstawiciela faszystowskiej organizacji.

To sytuacja, z różnych przyczyn, bardzo niebezpieczna. Dochodzi do niszczenia autorytetów i kryzysu medialnego polegającego na dopuszczaniu do swobodnego obiegu treści skrajnych, powstają grupy sięgające do wzorów totalistycznych. W Internecie oraz w mediach dominują przekazy proste, jednoznaczne i posługujące się silnymi opozycjami i emocjami, a na margines spychane są ujęcia krytyczne, złożone i cieniujące obraz rzeczywistości. Przy takim stanie rzeczy atrakcyjne stają się skrajne propozycje ideowe.

Faszyzm był wynikiem ogólnoeuropejskiego kryzysu lat 30. i jest odpowiedzialny za wielkie zbrodnie. W latach 30. wielu było przeświadczonych, że świat zmierza do totalitaryzmu i że należy opowiedzieć się za którąś z jego form. Współcześnie zaś wybór totalistyczny dokonywany jest w opozycji do europejskiego systemu państw demokracji liberalnej zapewniającego nam spokój i bezpieczeństwo. To dla mnie trudne do zrozumienia, dlaczego dziś w demokratycznym państwie ludzie wybierają takie idee. Wyjaśnienie atrakcyjności nacjonalizmu można znaleźć, i tu analogia z latami 30. jest trafna, zwracając uwagę na współczesne uwarunkowania ekonomiczne, bo duże rozwarstwienie społeczne, niepewność zatrudnienia, zablokowanie dróg awansu w naszych czasach, podobnie jak przed wojną wielki kryzys gospodarczy, może prowadzić do buntu i przyjęcia postaw antydemokratycznych.

_

Andrzej Friszke – prof. dr hab., historyk zajmujący się historią najnowszą, autor wielu książek, m.in. Anatomia buntu. Kuroń, Modzelewski i komandosi (2010), Czas KOR-u. Jacek Kuroń a geneza Solidarności (2011), Rewolucja Solidarności 1980–1981 (2014) oraz Między wojną a więzieniem 1945–1953 (2015). W latach 1999–2006 członek Kolegium IPN, a 2011–2016 Rady IPN. Przewodniczący Stowarzyszenia „Archiwum Solidarności”, członek Rady Muzeum Historii Polski. Laureat nagrody Fundacji Polcul (1990), Nagrody im. Kazimierza Moczarskiego (2011), Nagrody Długosza (2013) i Klio (2015). Pracownik naukowy Instytutu Studiów Politycznych PAN, członek korespondent PAN, wykładowca Collegium Civitas. Od 1982 r. w redakcji „Więzi”.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter