70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

il. Patrycja Podkościelny

Rzeczy małe

Drangularium, czyli „drobiazgi” albo „rzeczy małe”. W latach 70. Studenckie Centrum Kultury w Belgradzie zorganizowało wystawę pod takim tytułem. Około 30 artystów miało pokazać istotne dla siebie przedmioty.

Marina Abramović szpilką przymocowała do ściany fistaszka, który rzucał cień w kształcie chmury. Ktoś inny przyniósł „stary, dziurawy jak rzeszoto zielony koc, którego używał w pracowni”. W katalogu napisał, że „zamiast szczególnego wybrał najmniej znaczący przedmiot”. Przyjaciółka Mariny przywiozła drzwi pracowni. Jej kolega posadził na krześle obok stolika nocnego swoją dziewczynę. „Nie znajduję racjonalnego wyjaśnienia, dlaczego przedstawiłem to, co przedstawiłem, i nie ma w tym krzty symbolizmu” – mówił. „Nam jednak – pisze Abramović w autobiografii – wyznał prawdziwą przyczynę swojego wyboru: Nie wyjdę do roboty, dopóki się nie prześpię z dziewczyną”.

Gdyby nie pytanie o zainspirowane wystawą „rzeczy małych” (rozesłałam je do bliskich), nie wiedziałabym, że Ula ma w domu kawałek meteorytu, który spadł w 2008 r. w Maroku. „Dostałam go od mojej najlepszej przyjaciółki, ona ma drugi kawałeczek. Niby nie myślę o nim codziennie – pisze – ale leży w pudełeczku w sypialni. Czasem je otwieram i wyciągam ten malutki kosmiczny fragment w kształcie grota włóczni. Lubię sobie wyobrażać trasę lotu, miejsce, w którym spadł, widok, jaki mu towarzyszył. Myślę też wtedy o przyjaźni, która wiele dla mnie znaczy i jest wynikiem ruchu planet. I nie mogę uwierzyć, że mogłam się zaprzyjaźnić z kobietą spod znaku Skorpiona (wiesz dobrze, jak ufam horoskopom!). Zastanawiam się tylko nad jednym: czy jeśli oddam go na wystawę, nie stracę magicznych mocy?”

Marta od zawsze, od dziecka, w pracy, w domu czy w podróży, ma na wyciągnięcie ręki jakiś papierek. „Kręcę go, zginam, gniotę. Ale to nie może być byle jaki papier. Nie może być kredowy, nie może być gazetą. Najlepiej, żeby to był biały papier biurowy. Może też być bilet autobusowy, ale tylko kartonikowy. Mam pełne kieszenie pomiętych starych papierków. Czasami nawet całkiem ważnych, ale już zupełnie nieczytelnych. Moja mama miała ten sam nawyk. Kiedyś czytałam, że ma to jakieś znaczenie, ale na szczęście zapomniałam jakie!”

Maria przyniosłaby wiązkę siana z górskiej łąki. „Daje mi poczucie bezpieczeństwa i nadaje sens marzeniom. Gdy zanurzam rękę w kieszeni bluzy / kurtki z poprzedniego lata i moje palce napotykają tę niepokorną chropowatość, uśmiecham się błogo i pewnie”. Ewelina z kolei pokazałaby korek od wina, „bo przypomina o ważnych rozmowach”. Małgosia Cz. – kawiarkę. „Zaczynam z nią dzień. To bardziej rytuał niż potrzeba kofeiny. Skręcanie maszynki, zapach kawy, łagodne wejście w poranek”.

Agnieszka przyniosłaby dwudzieste czwarte strony swoich książek. „Od zawsze zaznaczam w książkach stronę 24 krzyżykiem. Rodzaj exlibrisu. Gdy ktoś mówi, że to jego książka, zawsze patrzę na tę stronę. Moje książki do mnie wracają”.

Eliza w odpowiedzi na postawione pytanie przysyła zdjęcie. „Ten korzeń znalazłam podczas wyprawy w Kirgistanie – tłumaczy. – Dziesięć lat temu. Przyczepiłam do plecaka i targałam przez miesiąc. Potem przemyciłam w ruskim samolocie. Jest symbolem moich podróży. Leży na półce, obok rogu barana, zastygłej lawy, w której szeleszczą małe muszle, oraz największej szyszki, jaką kiedykolwiek znalazłam. Skręca się zawadiacko w różne strony i szepcze: »Zostaw to wszystko, jedź daleko, nie siedź w czterech ścianach. Możesz pojechać byle gdzie, nawet do Serocka. Ale rusz się w końcu«”.

Zając „Poziomka”, niewielka maskotka, trafiłby na wystawę dzięki Michałowi. „Wydała mi się nieszczególna, już gdy ją dostałem. Dzisiaj umazana węglem (skąd?!), jedzeniem, mułem rzecznym, przypomina mi moją naiwność i myślenie, że wystarczy mieć ze sobą Poziomkę, a będzie bezpiecznie i radośnie, zawsze. Nie rozczarowała mnie, ja siebie wielokrotnie”.

Justyna wymienia dwie rzeczy. Pierwsza: kawałeczek zasuszonej pępowiny. „Po kilku dniach pielęgnowania odpadła od ciałka mojej nowo narodzonej córki. Jest dla mnie symbolem wielkiej miłości i bliskości, tego, że ona nigdy beze mnie i ja nigdy bez niej. Nie jestem wierząca, ale jak się przeglądam temu ciałku-nieciałku, mam wrażenie, że urodzenie dziecka jest nieporównywalnym cudem. Dzięki niej jestem innym człowiekiem”. Druga: plastikowy guzik. „Biały, gładki, taki jak kiedyś miała każda pościel. Kiedy byłam mała, nie ssałam palca ani smoczka, do snu guziczkowałam, to znaczy kciukiem głaskałam guzik przy jaśku. Wszystkie moje poszewki miały jeden wygłaskany, absolutnie śliski, przyjemnie gładziutki guzik. Nigdy nie spotkałam nikogo, kto przyznałby się do tego samego sposobu zasypiania”.

Odcisk swoich dłoni przyniosłaby Małgosia G. Jest fizjoterapeutką. Mówi, że trudno zapomnieć chwilę, kiedy podczas badania otula nimi twarz dziecka, a ono powoli koncentruje uwagę na jej twarzy, przestaje błądzić wzrokiem. „Ciepło dłoni nie tylko zamyka dziecku przestrzeń, ale też daje poczucie bezpieczeństwa”.

Ja przyniosłabym starą magnetofonową taśmę. Na takich przez mikrofon nagrywałam filmy. Nie mieliśmy swojego magnetowidu, czasem tacie udawało się pożyczyć od kogoś na jeden wieczór. Top Gun odsłuchałam pewnie kilkadziesiąt razy. Znałam, widziałam, wyobrażałam sobie każdą scenę. Może dlatego teraz lubię – jak mówią – „pisać obrazami”.

Rzeczy małe? Trudno byłoby nam bez nich ten świat opowiedzieć ku zapamiętaniu.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter