70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

***

Na posiedzeniu Rady Języka Polskiego profesor Bralczyk z właściwą sobie elegancją przedstawia problem brutalizacji języka polskiego. To zjawisko ze szczególną siłą daje się odczuć w okresie kampanii przedwyborczej.

Moim zdaniem brutalizacja to proces ciągły, a gdzie jego początek, skąd bodźce, jakie wzory czy archetypy wyróżnimy, to zależy od przyjętego wstępnie rozumienia “brutalizacji”.

To rozważanie snuję niejako na kanwie magistralnej wypowiedzi profesora Bralczyka i tego, co dodała profesor Skarżyńska.

Mówiący czy piszący najpierw myśli w kategoriach jednego ze swoich wewnętrznych języków. Włącza ten, a nie inny język, gdy nastawia się na określonych adresatów. Według swego o nich pojęcia ustawia język albo bezpośrednio, albo dokonując autotłumaczenia. To już bardziej refleksyjne, świadome działanie, narażone na wpływ ideologii, ale także kształtowane przez doświadczenie kontaktu z takimi albo innymi słuchaczami.

Tu sięgam po spostrzeżenia profesor Skarżyńskiej. Wewnętrzna postawa (osobowość), którą nazywa “makiaweliczną” – gorzki, pesymistyczny, ciemny obraz świata, dyktowany podejrzliwością, spodziewaniem zła – sugeruje specyficzny język, konsekwentny wobec tego obrazu, umacniający jego przewagę.

Tak to sobie wyobrażam: przemawiający zakłada, że ma przed sobą “grzesznych, sennych”, ludzi w stanie frustracji, uważających, że o nich zapomniano. Mówca odwołuje się do ich poczucia, że są ofiarami ciemnych sił. Mówca przedstawia się więc jako solidarny z pominiętymi anioł odwracania porządku, rekompensaty cierpień. Ten anioł potrzebuje mandatu! Świat nie zasługuje na zaufanie, ale demiurgowi naprawiaczowi trzeba zaufać. Nieufni są podejrzani, ich opór oznacza przynależność do innego, złego królestwa. Można ich z tego wyrwać za pomocą “mal-mot”, zaklęcia odwołującego się do podświadomości pełnej złej pamięci. Na tym poziomie bardzo ważna jest orientacja przestrzenna, nawiązująca do archetypów – “Lewica”: kozły, bękarty, przeniewiercy, wilki w owczej skórze. Słowa mogą być inne, chodzi o barwę. “ZOMO”, “13 grudnia”, “Moskwa, teraz Bruksela”.

Na dnie tych i wielu innych zwrotów – przecież nie wulgarnych – tkwi decyzja zastosowania nieumiarkowanej siły rażenia. To ta decyzja przeraża. Dla mnie “brutalne” są określenia dosadne, graniczące z wulgaryzmami. Zdarzają się i takie, ale to nie w nich mentalność makiaweliczna gustuje szczególnie, wyróżniająco. Nie ma nic wulgarnego czy brutalnego w słowach takich jak “układ”, “korporacja” czy “oligarchia”. Podobnie jak “mal-moty” i w synergii z nimi, te słowa mają wyznaczać cel, określić kategorię do zaatakowania. Atak ma być skuteczny. Ma wyeliminować.

Moim zdaniem to wcale nie przypadek ani nie błąd, że do piętnowania używa się słów trudnych, wyszukanych, na granicy niezrozumiałości. W ten sposób porządkujący anioł daje dowód, że zna się na rzeczy lepiej niż jego słuchacze, wnika w niedostępne im tajemnice… Za pomocą dziwnych słów skutecznie odczłowiecza cel ataku.

Tak było zawsze: i za “komuny”, i w Trzeciej Rzeszy. Z tych samych co wtedy powodów słów naznaczających używa się natrętnie, z chorobliwą częstotliwością. Naprawdę nie potrzeba wielu słowotwórczych wynalazków. Kilka wystarczy.

W istocie sztuki epitetowania są dwie. Przeklinać można też na dwa sposoby: monotonnie powtarzając jeden plugawy zwrot albo rozwijając urozmaicony repertuar. Z makiaweliczną osobowością bardziej harmonizuje oszczędność. Mały, zwarty zestaw epitetów, nie szkodzi, że niezbyt obrazowych, suchych – wystarczy je przybijać do ludzi jak stemplem, a spełnią zadanie. Ponury świat niezmywalnych plam, niezacieralnych podziałów. Język nie giętki, zdrętwiały. Ale wypowiada, co pomyślała głowa.

RETORYKA

Student pyta, czy mam może jakiś podręcznik retoryki. Nie mam, nigdy nie korzystałam. Najbliższa temu była może dawno czytana mała książeczka, chyba głównie poświęcona modlitwie. Zawierała rozdział o kazaniach, który mi utkwił w pamięci. W praktyce redakcyjnej często oceniam teksty według kategorii w nim podanych. Są mianowicie kazania (teksty):

  1. O niczym, do nikogo.
  2. O niczym, do kogoś (te potrafią zabawić).
  3. O czymś, do nikogo (treść się marnuje, bo nie dociera).
  4. O czymś, do kogoś.

Kategoria czwarta jest w użyciu najrzadziej. Częściej się mówi o czymś, ale nie do tych słuchaczy, czyli jakby do nikogo. Nietrafianie łączy się i ze złym wyborem informacji, i z językiem jej podania. Aby było “o czymś, do kogoś”, nie wystarczy posiadać informację do przekazania; trzeba też wczuć się w słuchaczy i mieć z nimi wspólny język.

Osobowość makiaweliczna przepuszcza obraz słuchacza przez ciemne szkło. To przesądza o wyborze języka pełnego uproszczeń, odwołań do złych zaklęć i wspomnień o doznanych krzywdach, o upokorzeniach. W tym języku duma musi być agresywna, więcej ma w sobie gniewu i pogardy niż radości. Dlatego wsparciem dla niej i środkiem wyrazu często bywa pokaz broni.

W dobrej, ciepłej “retoryce” obowiązuje demokratyczne domniemanie, że szacunek należy się każdemu; odwołujemy się do wspólnej nam zdolności rozpoznawania dobra, do chęci uczestniczenia w czymś pożytecznym, sensownym, na czym my sami, mówiący do was, dotąd się nie zawiedliśmy.

Kiedy mówię do ludzi, których znam, staram się udowodnić im, że  znam ich nadal i że wciąż wiele im zawdzięczam. Bo tak jest. Pokazuję konkretnie, co mamy razem, jaką świadomość, jakie zrozumienie faktów, jakie troski. A także – co we mnie do tego doszło, skąd, od kogo. Dążę do tego, by osiągnąć efekt większego ciepła i wyższej wspólnej samooceny dzięki wzajemnemu zbliżeniu.

Kazimierz Dziewanowski powiedział kiedyś – chyba jeszcze w czasach OKP – że Polacy w sytuacji zagrożenia jak pszczoły w roju skupiają się w obronną kulistą masę i brzęczą razem… Coś w tym jest. Chcę być w takim roju, nie pogardzam naszym instynktem trzymania się razem. Ten, kto rój próbuje rozganiać, dzielić, zostanie pogryziony i odejdzie z niczym.

Moje brzęczenie powinno się z ich brzęczeniem zestrajać. To jest przeżycie potrzebne, które doda sił, gdy przyjdzie do budowy plastrów i napełniania ich miodem.

SEN

Jakaś postindustrialna szopa, kanciapa z blachy i plastyku. Lampa się pali, jakby naftowa. Wiem, że naokoło ciemność, tylko gwiazdy bardzo jasne, inne. Czy to na Ziemi jesteśmy? Jakby nie, raczej gdzie indziej albo kiedy indziej, ta noc nie teraz, była albo będzie. Wiem, widziałam, że niezbyt blisko, ale w zasięgu podsłuchu krążą tutejsi, niby to ludzie, ale należą do ich plemienia także tacy w szczurzych futrach, porośnięci takim włosem albo przebrani, ogony wloką, ale nie wiadomo, czy prawdziwe. Musimy wyjść z tej szopy, przemknąć przez ich pierścień, wrócić do siebie. Wymykam się przez szparę, gwiazdy oślepiają, jak latarnie. Najlepiej poczołgać się za smugą smrodu, ich smrodu. Widzę tę ścieżkę, świecące koleiny różowawego blasku. Moje czołganie zmienia się w truchcik na czterech łapach.

GOŁDAP

Czy mogłam sobie wyobrazić, że kiedyś będę czytać w “Znaku” reportaż o zjeździe “old girls”, dawnych internowanych?

Przebijając się z Krakowa kolejnymi zatłoczonymi pociągami na widzenie w Gołdapi, miałam czas na marzenia, na pomyślenie, że kiedyś będziemy to wszystko wspominać. Zanim się nauczyłam trasy i sposobów, zamiast marzeń był niepokój: jak dotrę i co zastanę?

Najwyraźniejsze wspomnienie z pierwszej podróży, jeszcze zimowej. Plecak zważony na odjezdnym. Rekord: czterdzieści osiem kilogramów. Przesyłki od rodzin – ja pierwsza tam jadę. Dla oszczędności miejsca – nie żadne paczki: rzeczy luzem, spis, co dla kogo.

Przesiadka w Warszawie, jakiś nocleg w Ełku. Lokalny pociąg telepie się. Telepię z plecakiem na plebanię. Tam sporządzanie podpisanych paczek. Wychodzi tego pół samochodu. Ksiądz podwozi na miejsce. Dzięki księdzu wszystko łatwiej. W holu ośrodka pośpieszne powitanie ze znajomymi i nieznajomymi. Radość, że ktoś z Krakowa dotarł.

Było tych wizyt więcej. Nie pamiętam dokładnie. Starałam się łączyć je z wyprawami do Iławy (jeżeli jechałam tam sama, nie z dziećmi Stefana Jurczaka). Raz do Gołdapi z nastoletnią córką którejś z internowanych. Zapamiętałam jej śliczną główkę całą w loczkach.

Którymś razem nie ma zgody na widzenie (w Iławie też raz się tak złożyło). Próbuję podejść lasem, żeby choć spojrzeć w okna, dać się zobaczyć. Ale w lesie pełno cienkich drutów łączących drzewa. Domyślam się, że trącając taki drut, spowoduję alarm. Innym jeszcze razem nie pozwalają mi uczestniczyć w mszy niedzielnej, którą ksiądz odprawia w holu. Nasłuchuję pieśni z krzaków przy drodze (to polne róże, czy się nie mylę, że właśnie kwitły?). A one tam śpiewają mocnym chórem “Ojcze, zapomnij nam… Ojcze, przygarnij nas”.

**

Gołdap. Miejsce nie idylliczne. Ośrodek wydawał się mniej złowrogi niż więzienie w Iławie czy później Załęże, Łupków, gdzie przebywali nasi internowani. Co tam, w Gołdapi, było najgorsze? Czy raczej – szczególne? Coś wiem z rozmów z Anią Szwed, dziś już świętej pamięci. Rozmów wtedy, na widzeniach, i z kontrolowanych listów, bo potem już nie tak wiele doszło. Widując się w Nowej Hucie, raczej nie wracałyśmy do okresu internowania. Ania prosiła o książki Antoniego Kępińskiego, krakowskiego psychiatry, który także jako eseista pomagał ludziom rozumieć zaburzenia psychiczne i szanować ludzi nimi dotkniętych. Książki dostarczyłam i tak mi przepadły, zaczytane, a potem zawłaszczone przez wracające na wolność czytelniczki.

Ksiądz proboszcz mówił – chyba dosłownie to odtwarzam – że ma pod opieką klasztor Internatek – gdzie wszystkie kobiety znalazły się w klauzurze bez powołania… Mądre stwierdzenie. Według moich obserwacji “chłopcy”, nawet ci po sześćdziesiątce, znosili internowanie lepiej. W skoszarowaniu było dla nich coś jakby naturalnego: harcerstwo, wojsko, wyprawy. Gniazda czekały, żony, córki i przyjaciółki (zwane oficjalnie konkubinami, także gdy nimi nie były) przywoziły na widzenie paczki i całe morza serdeczności (choć musiały być i bywały doniesienia o dramatycznych złych skutkach nieobecności, żądania, by zgłosić się na wyjazd na Zachód). Ale ogólnie – na przykład obóz w Łupkowie z zewnątrz mógł z daleka przypominać najgorsze: druty, psy, wieżyczki strażnicze, klasyczne baraki. Ale widzenia były całodzienne, swobodne, na całym terenie, msza z rodzinami, granie w piłkę, bawiono się z dziećmi. Pilnujące wojsko nie ingerowało, psy oswojono – zamieszkały pod łóżkami.

W Gołdapi czułam napięcie coraz bardziej doskwierającej, o wiele dalej posuniętej izolacji, plotek, pogłosek, klaustrofobii, męki domyślania się, co w domu. Nietrudno było o rozchwianie psychiczne, zaraźliwą depresję. W ogóle gnębiły choroby przywiezione ze sobą, przedtem zaniedbywane, tu rozwijające się z nowym impetem. Nie wiem, czy ktokolwiek zajął się prześledzeniem dalszych losów wchodzących w skład gołdapskiego obozu dręczycieli. Myślę, że to były osoby o niebezpiecznych umiejętnościach.

W ogóle upominam się o dotyczące internowań przemyślane świadectwa i analizy, a także o więcej tekstów takich jak ten w “Znaku”, który mnie sprowokował. Dlaczego wciąż uważam to za ważne? Bo uważam, że nadal potrzebne są lekcje, jak nie być bezbronnym w sytuacjach tracenia zwykłej broni.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata