70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Londyn, 1932 r. (Fox Photos/Getty Images)

Życie po koronawirusie

Epidemie, podobnie jak wojny, rewolucje czy katastrofy naturalne, to momenty politycznego przesilenia. Nic dziwnego, że krytyczni myśliciele pracują obecnie nad demaskacją nadużyć władzy i próbują opisać kształt wyłaniającego się świata. W jakim kierunku zmierzają ich diagnozy?

Kiedy wybucha epidemia, wprowadzona zostaje społeczna izolacja, a zbiorowe wysiłki podporządkowuje się walce z wirusem, łatwo przegapić, że w tym stanie pozornego zawieszenia i bezruchu rodzą się zalążki nowego życia, nowej „normalności”. Rozwiązań kryzysowych, raz wprawionych w ruch, nie da się całkowicie odwrócić. Ale czasy zarazy to jednocześnie czasy zaraźliwych idei. Kiedy stary ład drży w posadach, otwierają się zablokowane czy niepomyślane wcześniej możliwości społecznej zmiany. Filozofka Catherine Malabou przypomniała ostatnio przymusową kwarantannę, jaką we włoskiej Mesynie odbył w poł. XVIII w. Jan Jakub Rousseau. Genewski myśliciel postanowił spędzić ją w samotności. Zdaniem Malabou to właśnie w warunkach radykalnego osamotnienia, nazywanego obecnie „dystansowaniem społecznym”, doświadczamy wyjątkowo mocno, jak bardzo uspołecznionymi istotami jesteśmy. W kwarantannie nasze „ja” przechodzi swoistą kwarantannę drugiego stopnia: w samotności odkrywamy w sobie społeczeństwo w miniaturze i zderzamy się z uniwersalną ludzką kondycją. Stąd czas ten sprzyja redefinicji naszej podmiotowości i odbudowie jej związków z otoczeniem na zupełnie nowej podstawie.

Nie trzeba jednak być uprzywilejowaną filozofką, której pozycja społeczna pozwala w komforcie zamknąć się przed światem i oddawać swobodnemu myśleniu, żeby określić czasy zarazy jako sprzyjające przemianom. Warunkiem izolacji jednych jest wytężony wysiłek drugich.

Oddzielenie wspiera się na pracy opiekuńczej – nie tylko będących na pierwszej linii frontu lekarzy, pielęgniarek czy ratowników medycznych.

Lecz również wszystkich grup szczególnie narażonych na zakażenie, dzięki którym niezbędne towary lądują na naszych półkach, terminowo znikają z naszych gospodarstw w formie śmieci, a osoby zależne otrzymują opiekę czy to ze strony swoich rodzin i sąsiadów, czy też opiekunek, wśród których w ostatnich latach dramatycznie wzrosła rola migrantek. Obserwując przebieg pandemii na całym świecie, nie można też zapominać o tych, którzy nie mogą zastosować się do marketingu wirusowego #zostańwdomu: bezdomnych, uchodźcach przetrzymywanych w obozach, pracownikach nieformalnych w slumsach globalnego Południa, którym kazano wracać, skąd przyszli, ani tych wszystkich, których domy łatwo stają się lazaretami, jak w przypadku rezydentów Domów Pomocy Społecznej, więźniów czy nieubezpieczonych Afroamerykanów umierających po cichu.

Przemoc i niesprawiedliwość, które w warunkach epidemii zawsze spadały na „ludzi luźnych”, z jednej strony obsadzały ich w roli „siewców zarazy”, oskarżanych o wszelkie zło, oraz wskrzeszały demony rasizmu, antysemityzmu i teorii spiskowych. W ten sposób krążenie chorób zakaźnych sprzyjało rozpowszechnianiu się wykluczających dyskursów społecznych. Z drugiej strony to właśnie ludzie pozostający w cyrkulacji okazywali się niezbędni, by społeczeństwo mogło przetrwać epidemię. Dzisiaj zwykle niedoceniana, niekiedy niewidzialna, praca kasjerek, kurierów, listonoszy, śmieciarzy, pracownic opieki, kierowców ciężarówek wychodzi na pierwszy plan. Społeczeństwo w chwili próby jakoś obchodzi się bez tych, którzy na co dzień są głównymi beneficjentami kapitalistycznej gospodarki (np. giełdowych maklerów czy specjalistów od public relations).

Dokonujące się w trakcie epidemii odsłonięcie braku sprawiedliwej relacji między społecznym wkładem i podejmowanym ryzykiem a czerpanymi korzyściami sprzyja więc także „przewartościowaniom wartości” nie tylko wśród odseparowanych myślicieli, lecz także w zbiorowej świadomości. Wraz ze środkami represji i dokręcaniem śruby klasom niższym prowokuje do kanalizowania i artykulacji niezadowolenia społecznego. To dlatego pojawienie się zarazy nierzadko bywa okresem rewolucyjnego wrzenia – interregnum, w którym stare jeszcze nie umarło, ale nowe też jeszcze się nie narodziło.

Życie nieposkromione

Historie epidemii i wywołanych przez nie zmian instytucjonalnych zrodziły społeczeństwo, jakie znamy.

Obecna pandemia sprzyja powtórnemu namysłowi nad związkami plag i kapitalizmu. I to począwszy od XIV-wiecznej dżumy, która w Europie Zachodniej znacząco przyczyniła się do załamania feudalnego porządku i wrzenia stosunków społecznych.

W wyniku gwałtownego spadku liczby ludności istotnie wzrosła siła przetargowa chłopów i pozycja kobiet. Ucisk feudalny rozrywały bunty chłopskie przeciwko poddaństwu, herezje wymierzone w hierarchię kościelną i migracje zrywające kontrolę nad ciałami klas niższych. Jak w książce Caliban and the Witch pokazuje włoska badaczka Silvia Federici, uruchomiona przez klasy panujące kontrrewolucja – represje, ekspansja kolonialna, grabież gruntów wspólnych, wymuszanie rozrodczości i palenie czarownic – krwawymi zgłoskami zapisała przejście do kapitalizmu. Z kolei w Męskich fantazjach Klaus Theweleit analizował sposób, w jaki wyzwolona z feudalnych struktur społecznych „luźność” uruchomiła strach zarówno przed epidemią medyczną, jak i polityczną, prowokując reakcję opartą na „stawianiu tam”: wiązaniu przepływów ludzi, towarów, kapitału i pragnienia. Powrót do status quo był jednak niemożliwy. Zwłaszcza wraz z kolonizacją Nowego Świata – uwarunkowaną, jak pokazuje Janet Abu-Lughod w Europie na peryferiach, m.in. odcięciem połączeń lądowych z Azją wskutek epidemii dżumy – wyzwaniem stało się zarządzanie ciałami, które miały oddawać się cyrkulacji, ale w sposób kontrolowany, tj. wolny od rozpasania i niesubordynacji. — pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter