Jacek Woźniakowski maj 2020

Czego świeccy oczekują od księży?

Ksiądz za skarby świata nie powinien być urzędnikiem. Wszędzie mamy urzędników, którzy widzą w nas raz płatnika podatków, raz numerek na liście mieszkaniowej, raz nieboszczyka… Gdy się spotka osobę duchowną, to ma się nadzieję, że wreszcie będzie się traktowanym jak człowiek.

Artykuł z numeru

Ostatni tacy papieże

Ostatni tacy papieże

Od czasów Soboru wracałem kilkakroć do tego tematu, zwłaszcza w pogadankach dla seminarzystów. Chciałbym odpowiedź na pytanie wielu księży, zawarte w tytule niniejszego rozdziału, trochę wyostrzyć, dedykując ją moim przyjaciołom duchownym, starszym i młodszym, którym zawdzięczam nieporównanie więcej, niżbym umiał wyrazić, prawiąc im rzeczy miłe. Ufam więc, że i miłe, i niemiłe czytelnicy duchowni zechcą przyjąć – mówię to z całą powagą – jako niedoskonały wyraz mojej wdzięczności.

Ludzie oceniają Kościół wedle postawy księdza

Nie tylko ode mnie i nie tylko na tym miejscu dostaniecie za chwilę, drodzy Klerycy, porcję swoistych morałów. Przez całe życie będziecie spotykać moralizatorów amatorów. To chyba dobrze. Jan XXIII często powtarzał, że chrześcijanie mają zwracać uwagę na znaki czasu: tak samo trzeba zwracać uwagę na głosy płynące od społeczności wiernych, jakim będziecie służyć i jakich będziecie prowadzić. Oczywiście nie może to być stałe napięcie: co też ludzie o mnie mówią? Własną osobowość rozpoznaje się w oczach innych, własna osobowość krystalizuje się w zetknięciu z innymi. Ale za długo trwać w takiej nadmiernie bacznej ciekawości nie byłoby dobrze, bo człowiek im bardziej dojrzewa, tym bardziej zapomina o sobie i myśli o innych. To znaczy bardziej kształtuje siebie samego nie przez autoanalizę, ale przez działanie na rzecz ludzi, którym ma służyć. Autoanaliza – jak mi się wydaje – nie powinna być posunięta za daleko, nie powinna trwać za długo. Niechby pozostała po niej pewna wrażliwość czy też pewna czujność, ale nie napięta i grzebiąca w swoich psychicznych głębiach, tylko czujność pełna życzliwości i szacunku wobec uwag innych. To Wam da najwięcej, bo ludzie, chcąc nie chcąc, będą Was uczyć tego, czego będą od Was oczekiwać.

A ludzie oczekują od księdza strasznie dużo. Dla większości ksiądz jest wciąż reprezentantem Kościoła. Świeccy nadal zapominają, że oni też. Ciągle trwa – głęboko zresztą uzasadniony – nawyk, aby przede wszystkim w księdzu widzieć przedstawiciela Kościoła, co więcej – przedstawiciela samego Chrystusa.

Tak to już jest, że wielu świeckich przyszło do Kościoła dzięki księdzu, ale też wielu odeszło z powodu księdza. Ksiądz jest tym żywym znakiem, na który wszyscy patrzą i według którego Kościół oceniają.

Spokojna naturalność

I cóż właściwie ludzie świeccy zauważają w księdzu na pierwszy rzut oka? Co pozytywnie oceniają, a co negatywnie? Wydaje mi się, że młodzi – ale nie tylko oni – bardzo pragnąc zrozumienia dla swych spraw, przychylnego i uważnego wniknięcia w te sprawy, zarazem nie oczekują „kolesiowatości”. Bardzo to jest ciekawe, że niemal wszyscy spodziewają się od księdza zarówno zrozumienia, jak i pewnego dystansu czy pewnego typu autorytetu, który naturalnie nie zasadza się na darciu nosa, tylko wynika z tej służby, jaką ksiądz pełni. Tymczasem księża czasem uważają, że stając na poziomie młodych, przyjmując przelotne maniery czy mody, które trwają niekiedy przez jeden sezon, stają się im bliżsi i łatwiej do nich trafiają. Mnie się zdaje, że to iluzja.

Często osoby – nie tylko duchowne, ale i świeckie, które w ten sposób starają się stanąć na poziomie młodzieży – raczej się ośmieszają, bo najważniejszą sprawą jest być sobą. Być sobą to znaczy zachować spokojną naturalność. Zresztą, jak napisał Lec, żeby być sobą, trzeba być kimś. A najlepszy sposób, żeby zostać jednym i drugim, to zapomnieć o sobie. Jeżeli człowiek przestanie myśleć o sobie, a skupi się na drugim, jeżeli pamięta głównie o tym, co ma z siebie dać, to ta pozycja przyjaznego, naturalnego kontaktu wytwarza się w sposób spontaniczny.

Myślę jednak, że to bardzo trudne. Zwłaszcza młodemu księdzu po opuszczeniu seminarium trudno jest przebić się poprzez najróżniejsze społeczne naciski, poprzez zaciekawienia, poprzez aurę tworzącą się wokół niego, która jest czasem nieżyczliwa, przynajmniej w niektórych środowiskach, w innych zaś nadmiernie życzliwa, co jest równie niebezpieczne. Takie grono pełne uwielbień tylko usztywnia człowieka wewnętrznie. Powoduje, że człowiek w odruchu samoobrony przyjmuje pewną pozę. Tak, owa naturalność, o której łatwo się mówi, jest w istocie trudna.

Tym trudniejsza, że wszystko, co człowiek robi, jest ujęte w kanony – nazwijmy to tak – pewnych obyczajów. Każdy gest, jaki wykonujemy, począwszy od podania ręki, to gest naładowany pewnymi treściami symbolicznymi, skojarzeniami umysłowymi i uczuciowymi. Nie wychylimy się poza pewien obyczaj, poza tradycje, które przekazały nam pokolenia, przekazała nam polska kultura, także kultura duchowieństwa czy środowiska, w którym się wychowaliśmy. Ten obyczaj od dzieciństwa asymilujemy; często, wedle potrzeb naszych czasów, świadomie lub nieświadomie go korygujemy. Głupotą byłoby niszczenie go: jeśli zniszczyć obyczaj cywilizowany, na jego miejsce wkrada się natychmiast obyczaj barbarzyński. Ale obyczaj dobrze przyswojony musi być „taktem”, nie „wędzidłem”. Rdzeń dobrego wychowania polega na tym, by uważać na drugiego człowieka, nie zaś na tym, by wiedzieć, jak trzymać nóż i widelec, choć i to są kwestie istotne: żeby nie chlapać po obrusie i nie wyłamywać się z norm, które kształtowały się przez wieki i które inni respektują.

Nie na tym jednak polega rdzeń dobrego wychowania, żeby trenować zręczny krok i timbre głosu, tylko – powtarzam – na tym, by zauważać drugiego człowieka, jego potrzeby i pragnienia.

Odwrotnie niż buńczuczny Papkin: „Że tam komu w uszach strzyka / Albo że tam czyj łeb chory…”. Dostrzegać bliźniego to elementarna postać miłości bliźniego. A wszystko inne będzie wam przydane.

Ksiądz nie powinien być urzędnikiem

Otóż tym dobrym obyczajem, którego świeccy oczekują od księży, jest, aby to nie był obyczaj urzędniczy. Aby ksiądz nie był ani trochę człowiekiem, który załatwi sprawę i żegna. Niestety, obyczaj przyjęty na ogół w urzędach w jakiś sposób wciska się także w obyczaje parafii. To wszystko są naczynia połączone. Nie da się wyizolować obyczaju duchowieństwa od tego, jak się zachowuje całe społeczeństwo. To społeczeństwo jest niesłychanie zbiurokratyzowane i obyczaj urzędniczy „załatw sprawę i żegnaj”, zwłaszcza wobec gęstości stosunków społecznych, wobec tego tarcia się ludzi o siebie, od kolejek poczynając, a na biurach kończąc – staje się obyczajem nieuchronnie potrzebnym.

Ksiądz za skarby świata nie powinien być urzędnikiem. Mamy wszędzie i na wszystkie strony – mówią świeccy – urzędników, którzy widzą w nas raz płatnika podatków, raz numerek na liście mieszkaniowej, raz nieboszczyka… W ten sposób jest się kawałkiem, przechodzącym przez tryby różnych załatwień, i gdy się spotka osobę duchowną, to ma się nadzieję, że wreszcie będzie się traktowanym jak człowiek. Wiem, że w parafii jest masa urzędowania, że muszą być określone godziny, stemple, papierki, bez których się nie obejdzie, ale strasznie ważna jest forma; forma – powtarzam – zwracania uwagi na drugiego człowieka. To jest trudne przy zmęczeniu, przy nudziarstwie ludzi. Jak człowiek widzi, że się nim ktoś wreszcie zainteresuje, to zaczyna opowiadać całe swoje życie od początku do końca. Ale nic na to nie można poradzić. Papież Jan Paweł II podobno spóźnia się czasami znacznie, gdy spotka po drodze czyjeś ważne sprawy. To nie jest zachęta, aby się wszędzie spóźniać, ale przykład, że dany człowiek czy dana grupa ludzi okazali się ważniejsi od chronometru. Trudno, chronometr to wspaniałe narzędzie, ale i ono musi służyć człowiekowi.

Kiedy mowa o uwadze względem drugiego człowieka, jak nie wspomnieć o dwóch grupach ludzi, z którymi księża spotykają się niezwykle często: grupa pierwsza to ludzie starzy i chorzy, grupa druga to zakonnice.

Niewiele znam sytuacji tak nieprzyjemnych jak wtedy, kiedy młody ksiądz traktuje protekcjonalnie staruszków albo – jeszcze gorzej – kiedy młody lub niekoniecznie młody ksiądz pozwala się łaskawie obsługiwać przez siostry, mrówczo doprawdy pracowite, albo dopuszcza je do głosu na zasadzie, że on i tak z natury rzeczy wie lepiej. Oj, dałażby takiemu księdzu św. Katarzyna ze Sieny.

Kazanie to nie staropolska gawęda

W tym miejscu postawmy pytanie kluczowe: na czym właściwie polega apostołowanie księdza i w jakim typie kontaktów się ono najlepiej realizuje?

Wydaje mi się, że gdzie jak gdzie, ale tu stosuje się w pełni żelazna zasada wszelkiej pedagogiki, wszelkiego kontaktu międzyludzkiego: że nie tak ważne jest to, co się mówi, jak to, co się robi. Wiadomo, że choćby człowiekowi lały się z ust cudne słowa, przeplatane cytatami z Pisma Św., to jeśli nie daje się im pokrycia swoją postawą życiową, nic z tego nie wychodzi. Podobnie jest z rodzicami wobec dzieci i poniekąd z dorastającymi dziećmi wobec rodziców. To samo dotyczy nauczycieli wobec uczniów. Są ludzie, którzy mówią marnie. Proboszcz z Ars sklejał swoje kazania z różnych pobożnych książeczek, niezmiernie naiwnych, fatalnie czasem napisanych – jednak to nic, skoro wszystkie podniosłe ich słowa miały absolutne pokrycie w jego osobowości, w jego postawie, w jego działalności. I te kazania trafiały do najbardziej krytycznych umysłów. Co nie znaczy, że formy ustnego przekazu nie są ważne.

Ktoś, kto by mówił kazanie pół godziny, choćby był prawdziwie świętym człowiekiem, nie potrafiłby na ogół utrzymać uwagi swoich słuchaczy.

Oczywiście są wyjątki. Ale na ogół kazanie długie to kazanie źle przygotowane, w którym wielosłowność i wielowątkowość stanowią liche zastępstwo tego, co być powinno: treści gruntownie przemyślanej, skupionej wokół jednego tematu – przede wszystkim tego tematu, który danego dnia przoduje w czytaniach mszalnych. Długie kazanie bywa zwykle sygnałem, że ktoś własne słowo ceni bardziej od słowa Bożego – cóż dopiero (proszę to zauważyć!), kiedy Ewangelię czyta ktoś bardzo prędko i cicho, a od siebie grzmi bardzo głośno. Długie kazanie bywa też sygnałem braku szacunku dla wiernych: po pierwsze, bo daje im byle jaką strawę duchową, po drugie, bo lekceważy fakt, że nieraz stoją w tłoku, że w kościele może być zimno, że niektórzy przyprowadzili dzieci, że na ogół nie przyszli słuchać wykładu ani krasomówczego popisu, ani staropolskiej gawędy, tylko uczestniczyć we mszy św. A kaznodzieja winien sam sobie wciąż powtarzać słowa Chrystusa, za mało, za rzadko cytowane: „Powiadam wam, że z każdego słowa próżnego, które by ludzie wyrzekli, zdadzą sprawę w dzień sądny” (Mt 12, 36). Chyba dziś jest pod tym względem lepiej niż przed wojną, lecz dużo, bardzo dużo pozostało do zrobienia: i to – jak się wydaje – mniej na wykładach homiletyki (czy historii sztuki, jeśli chodzi o rozeznanie artystyczne), bardziej przez pogłębianie życia religijnego i zarazem kultury ogólnej księdza.

Wiemy aż za dobrze, jakie uwagi krytyczne można kierować pod adresem kleru francuskiego, ale wśród dostrzegalnych tam zjawisk pozytywnych jedno zwłaszcza powinno się rozwinąć i na naszym gruncie: solidniejsze niż u nas przygotowanie biblistyczne tamtejszego duchowieństwa i wyraźniejsza świadomość, że kazanie jest przede wszystkim – jak mówi ostatni Sobór w konstytucji Sacrosanctum concilium – częścią liturgii, homilią, w której „na podstawie tekstów świętych wykłada się tajemnice wiary i zasady życia chrześcijańskiego”. Byle tylko nie wszystkie naraz!

Czy ksiądz dba o „formę” czy o „materię”?

Powiedzieliśmy przed chwilą, że słowa muszą mieć pokrycie w życiu. Naturalnie, słowa wielkie i święte pełnego pokrycia nie miewają nigdy: wymawiając je z bojaźnią, musimy wszyscy odnieść do siebie to, co Krasiński pisał o poecie, że płynie przezeń strumień piękności, ale on sam nie jest pięknością.

Mówiąc o życiowym pokryciu dla słów, nie mam w tej chwili na myśli kwestii najważniejszej: życia wewnętrznego. O tym słyszycie nieraz od osób znacznie bardziej kompetentnych. Natomiast to, co najpierw uderza społeczność świeckich, zgrupowanych w parafii wokół księdza, to są rzeczy zewnętrzne, problemy materialne.

Otóż mamy tu strefę kontaktów między świeckim a duchownym szczególnie delikatną i ważną. Materii, słyszeliśmy o tym choćby na wykładach filozofii św. Tomasza, nie należy lekceważyć. Człowiek istnieje w pełni, zarówno na tym świecie, jak i po ciała zmartwychwstaniu, jedynie jako compositum duchowo-cielesne. Toteż w zależności od tego, jak się on wobec ciała zachowuje, jak o nie dba, jaką materię wokół siebie gromadzi, co cielesność dla niego znaczy – oceniamy niemal instynktownie jakość jego duchowości. Ludzie są bardzo przenikliwi pod tym względem, bardzo chytrzy. Od razu wiedzą i zauważają u innych, a szczególnie u księdza, czy bardziej dba on o „formę” czy o „materię”. Czy żyje na takiej stopie, na jakiej żyje przeciętny człowiek w danej parafii, czy też przekracza tę przeciętność i stara się nadążyć za tymi, którym wiedzie się najlepiej, którzy mają paradne samochody i inne rozmaite uciechy.

To dogodne, czasem nawet niezbędne, gdy ksiądz w parafii, zwłaszcza w parafii wiejskiej, ma swój samochód. Chyba dobrze, gdy ma telewizor i wie, co się dzieje na świecie, bodaj w tym wąziutkim zakresie, w jakim telewizja w Polsce jest w stanie go poinformować. Dobrze, gdy ogląda także seriale i przedstawienia teatralne, którymi żyje większość ludzi.

Co prawda, nie jestem pewien, czy ta telewizyjna informacja jest taka znowu bardzo ważna. Lepiej może w tym czasie coś przeczytać albo zobaczyć dobry film w kinie? Ostatecznie jednak wolno mniemać, że ksiądz powinien w jakiejś mierze żyć w takim rytmie, w jakim żyją świeccy, interesować się tym, czym się oni interesują, wiedzieć, skąd czerpią wzorce swego postępowania. I w końcu trzeba przecież czasami odpocząć!

Reasumując, nie chodzi tu – jak dobrze wiemy – o taką ascezę, jaka z człowieka robi szkielet. Chodzi o to, że jak się uzbiera jakaś nadwyżka materialna, to trzeba ją umieć przeznaczyć na potrzeby innych, a nie na stałe umilanie sobie życia. Ideałem byłoby, gdyby parafia porządnie rozliczała się ze swego budżetu, gdyby istniała rada parafialna, która by ogłaszała bilanse i solidnie wszystkim gospodarowała. Ksiądz byłby niejako zależny w sprawach materialnych od tej rady. To zdjęłoby mu z głowy masę kłopotów. Wiemy, że są tysiączne powody, dla których to w tej chwili nie jest możliwe. Wielka, wielka szkoda.

Młody ksiądz po seminarium wchodzi w te odwieczne koleiny – za pogrzeb, za ślub, więcej czy mniej itd. Gdyby się komuś wydawało, że to nie są zagadnienia trudne i ciężkie, to by się trzeba o takiego optymistę bardzo niepokoić. Tutaj naprawdę jest tylko jedna zasada, która może pomóc: maksymalna bezinteresowność. Maksymalna, wedle miary roztropności: ale uważajmy, żeby roztropność nie stawała się tylko usprawiedliwieniem lenistwa, obżarstwa i pozostałych grzechów głównych. Jeśli ktoś bogaty płaci na kościół i płaci dużo, to chwała Bogu, bo wiadomo, na co te pieniądze idą; ale jak ktoś jest biedny, to żeby go do tej taksy nie pociągać. O tym z pewnością mówi się nieraz w praktyce seminaryjnej. Może jednak w nawale zajęć i w nawale nowych wrażeń młody ksiądz na pierwszej duszpasterskiej placówce (a potem i na dalszych… im dalej w las…) nie zawsze zdaje sobie sprawę, jakie znaczenie ma dla świeckich postawa duchownego w kwestiach materialnych, jak bardzo jest ona papierkiem lakmusowym tego, co ksiądz reprezentuje: czy naprawdę wierzy w to, co mówi. A skoro mówi to, co jest w Ewangelii, to nie może przywiązywać nadmiernej wagi do przedmiotów materialnych, ale zarazem winien być w ich użytkowaniu skrupulatnie dokładny. Jeżeli postępuje inaczej, to po prostu wchodzi w konflikt z Ewangelią i jest – co tu ukrywać – zgorszeniem dla ludzi, którzy to widzą, a widzą z reguły bardzo dobrze. I tracą zaufanie. „Kto w małym jest nieprawy, i w większym nieprawy bywa. Jeśli więc nie byliście wierni w nieprawej mamonie, dobra prawdziwe któż wam powierzy?” (Łk 16, 10–11). Trzeba tutaj być naprawdę mądrym, roztropnym i delikatnym.

Często się mówi, że należy zawsze mieć na względzie stosowność środków względem całej hierarchii celów: działanie winno być opportunum [właściwe]. Należy jednak pamiętać, że opportunum nierzadko zamienia się w oportunizm. Pilnujmy, aby nie zatarła się niezwykle cienka granica między opportunum a oportunizmem.

W końcu lepiej – zwłaszcza kawalerowi, który nie ma obowiązku utrzymania rodziny, wychowania dzieci – być podobnym liliom polnym niż obładowanym wielbłądom, które nie mogą przecisnąć się przez ucho igielne.

Sześć postulatów

Zdawałoby się, że duchownemu kawalerowi łatwiej niż świeckiemu pater familias dostrzec, czy i kiedy zmienia się już w wielbłąda. Praktyka wykazuje, że wcale nie łatwiej: przeciwnie. Powiedzmy prosto z mostu – księża bardzo często nie wiedzą, co to znaczy budżet rodzinny (mieszkanie, wyżywienie i ubranie dzieci, ich leczenie, szkoła, wakacje…) – i chwała Bogu, zważywszy na to, jak ciężką i odpowiedzialną pełnią służbę! – zwykle więc oszczędzone są im pewne troski życiowe. Rzadko stoją w ogonkach, jeszcze rzadziej przy kuchni. Wikt, opierunek i dach nad głową mają w dużej mierze zapewnione i (jak każdy człowiek) skłonni są własną sytuację uważać za normę. Dziwią się niekiedy – na co panu X czy pani Y takie duże zarobki? – jakby nie pojmując, że po opłaceniu tego, co sami otrzymują poniekąd „służbowo” (zaczynając od czynszu, światła, opału…), zarobki owe topnieją do niepoznaki. Pamiętam też ze wzruszeniem formułę, której używał – z pewnością szczerze – jeden z najczcigodniejszych polskich księży: „Zapraszam na skromną wieczerzę”. Wieczerza ta była rzeczywiście skromna, jeśli ją zestawić z odpustowym obiadem na przeciętnej wiejskiej plebanii; ale w porównaniu z tym, co jadaliśmy wówczas normalnie wieczorami, jakaż to była pokusa obżarstwa! Masła świeżego ile dusza zapragnie! Wędliny! Miód! Jabłka, gruszki jakie! Czy gospodarz zdawał sobie na pewno sprawę, że przeciętna polska rodzina nawet marzyć nie śmie o takiej skromnej wieczerzy? Tym bardziej że przyjmując tego księdza we własnym domu, każdy (bardzo po polsku!) wysadzał się grubo ponad stan.

Powie ktoś, że brnę tu w jakieś małostkowe zazdrości czy pretensje: aż wstyd mówić o tym, że czcigodny kapłan zjadł gruszkę: jakby mu jej kto żałował! Nie, to nie są pretensje, to są drobne exempla tego zagrożenia, które w znacznie poważniejszym wymiarze czyha na księży w ich stosunkach ze świeckimi: nazwać by je można zagrożeniem przyćmionego rozeznania (analogiczne niebezpieczeństwo czyha zresztą na świeckich względem duchownych, ale to inny temat). Po części z przyćmionego rozeznania, ale już nie w dziedzinie materialnej, wynika niebezpieczeństwo kilku dalszych nieporozumień. Piszę o nich gdzie indziej, tutaj więc streszczę w sześciu transparentowo uproszczonych hasłach postulaty świeckich (a raczej świeckiego, bo trudno mi występować w czyimkolwiek imieniu), dotyczące unikania tych niebezpieczeństw przez księży.

1. Stojąc dzielnie na straży religijnych dogmatów, nie bądźcie dogmatyczni w waszej postawie życiowej!

2. Czcząc dary Ducha Świętego, związane w sposób szczególny z sakramentem kapłaństwa, nie łudźcie się, jakobyście automatycznie posiedli wszystkie charyzmaty, a wraz z nimi (przeskoczmy niby na język Kanta) rozum czysty, rozum praktyczny, tudzież poczucie piękna i wzniosłości w stopniu transcendentalnym!

3. Strzeżcie się esprit de corps: będziecie księżmi, a nie pruskim korpusem oficerskim. Solidarność koleżeńska, dawniej powiedziałoby się: „stanowa”, to rzecz normalna i niekiedy chwalebna, pod warunkiem, że nie przynosi uszczerbku sprawiedliwości. W jaki sposób? – pytacie. Sposoby wyszczerbiania sprawiedliwości bywają w życiu nas wszystkich liczne, czasem prawie nieświadome, jak np. w wypadku protegowania kogoś, czyją przydatność oceniło się wysoko samemu wbrew wszelkim dowodom przeciwnym. Tu przechodzimy od esprit de corps do czegoś, co przypomina raczej renesansowy czy barokowy nepotyzm. I niech nikt się nie pociesza, że św. Karol Boromeusz stanowi przykład nepotyzmu szczęśliwego, bo jak wiadomo, wyjątki potwierdzają regułę.

4. Nie utożsamiajcie jednych z najrzadszych w Polsce cnót: dyskrecji i delikatności, a także najgłębszej nawet czci dla wysokich autorytetów moralnych, której człowiek współczesny bywa tak żałośnie pozbawiony – ze stwarzaniem rozmaitych „tabu”.

Nie hamujcie przepływu dokładnych informacji, przynajmniej w Kościele i o Kościele, nawet w sytuacjach trudnych. Nie sądźcie, by roztropność kierowcy polegała na zamykaniu oczu, własnych i cudzych, wobec dziur na drodze.

5. Nie nakłaniajcie ucha pomówieniom i oczernianiom, które pewien typ ludzi z lubością ofiarowuje każdej władzy („donoszę, panie naczelniku…”), zwłaszcza władzy duchownej. A znów ta, nawykła do trzymania języka za zębami, by nie naruszać zaufania osób, co się niby przyszły wywnętrzyć, nie bywa skłonna do wyciągnięcia cudzych plotek na światło dzienne i wyczyszczenia zamuleń. Tylko raz w życiu mi się zdarzyło – wolno mi dziś o tym napisać – że po niemiłych aluzjach pod adresem naszego „Tygodnikowego” środowiska w prasie zagranicznej ich autor – na pewno człowiek dobrej woli – i ja zostaliśmy razem zaproszeni w Rzymie na kolację i w bardzo szczerej rozmowie rzecz się wyklarowała. Inicjatorem tej kolacji i jej gospodarzem był kard. Wojtyła.

6. „Kto wierny jest w najmniejszej rzeczy, i w większej wierny będzie” (Łk 16, 10). Nie lekceważcie pozornych drobiazgów, nawet takich jak ogłaszanie we wszystkich kościołach pór mszy św. w każdym kościele danego miasta; takich jak uważne i życzliwe zachowanie się księdza i kościelnego, kiedy chodzą z kolędą; cóż dopiero mówić o staranności w męczących nieraz obrzędach, jak zbiorowe chrzty albo następujące jedne po drugich egzekwie.

Tu chciałbym choć przelotnie wyrazić myśl, która niejednego z nas, świeckich, bardzo krzepi. Zdajemy sobie sprawę, jak wielu duchownych wkłada, mimo powszechnego znużenia, niezmierny wysiłek w to, by utrzymać ową staranność, czystość i precyzję w rzeczach ważnych i mniej ważnych, w ruchomościach i nieruchomościach, w słowach i w działaniach. Ogromny udział mają w tym zakony żeńskie. Od półwiecza zmiana wydaje się znaczna: widzimy to, jeśli np. porównać niepunktualność przedwojennych mszy św. z dzisiejszym ich rozpoczynaniem co do minuty albo zaobserwować dzisiejszą schludność i rosnącą przejrzystość informacyjną wielu kościelnych krucht. Otóż jestem najgłębiej przekonany, że nawet tam, gdzie wysiłek ów jest z pozoru mało dostrzegalny, nie idzie jednak na marne, także w perspektywie doczesnej: bo w systemie naczyń połączonych, jakim jest każda kultura, suma drobnych nieraz wartości pozwala utrzymać naszą kulturę globalną ponad falą bylejakości i niechlujstwa, zachować jej tę ludzką godność, która polega na porządku, na owładnięciu rozłażącej się materii i mdłego cielska przez ducha. Ducha mądrości, który lubi porządek: sapientis est ordinare.

Sprawa wykształcenia

Na koniec, pośród mnóstwa nietkniętych tu spraw, wybierzmy jedną jeszcze, bardzo ważną. Jest to wykształcenie księdza poza wykształceniem ściśle teologicznym. Jak wiadomo, szkoła jest tym środowiskiem, które w wysokim stopniu formuje jednostkę. Szkoła daje nie tylko zasób informacji, ale i wykształca pewien sposób myślenia, patrzenia na otaczające nas sprawy. Z licznych dyskusji, publicznych i prywatnych, dobrze wiadomo, że z roku na rok spada, zwłaszcza w szkołach średnich, poziom nauczania przedmiotów humanistycznych, w tym i literatury ojczystej.

Ksiądz, który jest często jedną z najważniejszych osób w swoim środowisku, zwłaszcza w środowisku wiejskim, ma duże możliwości likwidowania skutków ignorancji i dezinformacji, ale sam musi być bardziej wykształcony i oczytany od wielu innych. Jest to jednak wymaganie strasznie wygórowane, bo jak się już wejdzie w młyn parafialny, zwłaszcza w katechezę, to doprawdy nie ma na nic czasu. A jednak istnieją w Polsce pewne ośrodki, pewne diecezje, gdzie tradycja systematycznego czytania jest chyba żywa. Wydaje mi się np., że biblioteki parafialne na Pomorzu i oczytanie tamtejszych księży, poczucie, że ciągłe dokształcanie się jest obowiązkiem także duszpasterskim, jest żywsze niż w Małopolsce czy na Mazowszu.

Wykrzywia się nasza pamięć historyczna, poczucie ciągłości, w końcu pamięć o tym, kim właściwie jesteśmy. Coraz mniej jest rodziców, którzy by potrafili dać swym dzieciom te wartości. Ksiądz, który bierze udział w jakże wielu rozmowach czy dyskusjach, może i powinien wyprostowywać błędnie przedstawiane fakty, mylne pojęcia i mniemania. Jan Paweł II mocno to podkreślał, mówiąc o kulturze chrześcijańskiej: trzeba wiedzieć i umieć powiedzieć, jaka jest prawda tego narodu. Mniej przez polemikę, bardziej od strony pozytywnej – trzeba poznawać prawdę, która jest nieraz trudno uchwytna, wielostronna, trzeba rozeznawać ją, przekazywać, budować dalej narodową naszą osobowość i tożsamość. To jest warunek trafnego widzenia naszego miejsca w Europie i w świecie, a także pojmowania dziejów, zwłaszcza dziejów kultury Europy i świata, których cząstką jest nasza kultura.

Rozumny regionalizm i ekologia

Chciałbym tu jednak położyć nacisk na szczególny aspekt owej tożsamości. Ale w perspektywie, o której zaraz powiem, wymagania jeszcze rosną.

Trzeba mianowicie, jak mi się zdaje, poszerzać znajomość historii i kultury narodowej przez pogłębioną znajomość własnego terytorium, własnej parafii. To nie jest żadna parafiańszczyzna.

Przeciwnie, to jest rzucanie mostów między własnym, codziennym życiem a wartościami uniwersalnymi. Jeżdżąc po prowincji, spotykam niemało ludzi, zwłaszcza młodych, ogromnie zainteresowanych historią własnego regionu. Bardzo mnie to cieszy. Trafiają się osoby, które są prawdziwymi znawcami swego miasteczka, swej wsi, wiedzą wszystko o swoim kościele, o wydarzeniach, które w tej okolicy od czasów średniowiecznych się toczyły, zbierają literaturę na ten temat i pamiątki najrozmaitsze. Te osoby wydają mi się rzeczywiście wkorzenione w kulturę, czerpią życiodajne soki z gleby swoich ziem, a jednocześnie poprzez historię regionu sięgają w historię Polski, historię Europy.

Taki rozumny regionalizm wydaje mi się postawą naprawdę kulturotwórczą. Historia nie jest tu żadną abstrakcją, zaczynamy widzieć żywy trud pokoleń i to, że ich problemy bywały dziwnie podobne do tych, z którymi sami mamy do czynienia – a te nasze problemy w świetle historii widać niejako w całości, aż do ich korzeni w dalekich nieraz epokach. Jak niesłychanie dużo może zrobić tutaj ksiądz, choćby przez zebranie porządnej biblioteki, przez dokładną znajomość dziejów własnej parafii, różnych form, w jakich organizowało się tu życie religijne, życie duchowe; przez znajomość różnych postaci pobożności, splecionych nierozerwalnie z powszednimi pracami, troskami, radościami. Jak od razu zmienia się współczesna nam kultura, jeśli nie ulega temu niszczącemu złudzeniu, że przed nami niczego i nikogo nie było na świecie. Nie ma gorszego grzechu przeciw historii, jak wyobrażać sobie, że wszystko dopiero od nas się zaczyna. A u księdza ten grzech może przybrać formy szczególnie niebezpieczne, bo wszakże jego pieczy często zostają powierzone bezcenne świadectwa przeszłości, czyli zabytki sztuki kościelnej. Oby zawsze umiał należycie się nimi opiekować!

Ale z tej kultury regionalnej chciałbym wydobyć jedno włókno, położyć szczególny nacisk na tylko jeden jej składnik. Chodzi o ekologię.

Bezmyślnie niszcząc przyrodę, niszczymy zarazem kulturę.

W wielu stronach świata ludzie próbują temu przeciwdziałać, i nieraz skutecznie: a często to skuteczne działanie zaczynało się od drobnych, konkretnych inicjatyw regionalnych. Potem, oczywiście, trzeba było decyzji „na wysokim szczeblu”. Przy naszej sztywnej centralizacji trudno sobie wyobrazić sensowne inicjatywy regionalne, ale niechże istnieje przynajmniej świadomość tego, co jest najbardziej zagrożone, co można i trzeba ocalić, o co walczyć; niechże funkcjonują takie proste narzędzia ochrony środowiska, jak szczotka i miotła, jak dobrze zlokalizowane i przygotowane wysypisko śmieci, już nie mówiąc o tym, jak zmieniłaby się atmosfera naszych miast, miasteczek i wsi, gdyby zatamować kryminalne wręcz nasze pijaństwo. Ksiądz może tu pomóc walnie, mniej przez antyalkoholowe kazania, bardziej przez pewne religijne i społeczne inicjatywy. Wiemy wszak, że są w Polsce parafie, gdzie pijaństwo zostało niemal wytrzebione, bo tyle jest innych, pożytecznych rzeczy do zrobienia, choćby w ograniczonym zakresie. A zostaną zrobione tym lepiej, im wierniej zachowamy w pamięci to, co świetnie sformułował Pius XI (jego słowa cytuje Gaudium et spes w przypisie do par. 58): „Nie trzeba nigdy tracić z oczu, że zadaniem Kościoła jest ewangelizować, nie cywilizować. Jeżeli cywilizuje, to poprzez ewangelizację”.

Szczotka i miotła należą najściślej do dziedziny cywilizacji (w znaczeniu: kultury), nie tylko dlatego, że wskutek zapylenia i wszelkiego brudu niszczeje zdrowie i niszczeją zabytki, ale zwłaszcza dlatego, że – powtarzam z naciskiem – odkąd człowiek zaczął gospodarować w naturze, stała się ona częścią kultury, za którą jesteśmy tak samo odpowiedzialni jak za to, by ludzie umieli czytać i pisać.

A te fragmenty natury, które zostawiamy – próbujemy zostawić – możliwie wolne od ingerencji typu produkcyjnego, jak niepomiernie są ważne dla naszej regeneracji psychicznej i fizycznej, dla konfrontacji naszych sił, naszej odporności, naszej równowagi, naszej miłości bliźniego ze zmęczeniem, chłodem i głodem, sytuacjami niespodziewanymi… Dla mojego pokolenia okropnym sprawdzianem charakterów była wojna. Daj Boże, by młodsze pokolenia nie musiały przechodzić przez taki sprawdzian – by im wystarczyła przyroda, turystyka górska i wodna, gdzie samo piękno świata dodaje sił, by i z siebie samego piękno i dobro wydobyć.

Odpowiedzi na pytania

Przez większość pytań, jakie padały po tych morałach, biegły dwie główne kwestie: po pierwsze, czy świeccy uważają, że ambona jest właściwym miejscem dla kształcenia słuchaczy w dziedzinie historii (także historii bieżącej), i po drugie – co robić, kiedy walka księdza o godność człowieka staje (choćby potencjalnie) w konflikcie z możnością normalnego pełnienia przezeń obowiązków duszpasterskich?

Znowu ośmielę się odpowiedzieć zwłaszcza w imieniu własnym. Jeśli chodzi o to, co można by nazwać historią bieżącą Kościoła, to na pewno pragnęlibyśmy być dokładnie informowani: nie ma nic gorszego niż pogłoski, szeptania, aluzje i zarazem brak dokładnej, rzeczowej, wyczerpującej informacji o tym, co się dzieje w tej czy innej dziedzinie, np., jakie są rzeczywiste wyniki którejś akcji społeczno-duszpasterskiej. Taka informacja jest obowiązkiem proboszcza, gdy chodzi o sprawy parafii. Na wyższych piętrach – to rzecz biskupa albo nawet całego episkopatu. Listy pasterskie episkopatu dają jednak (a jeśli czasem nie dają, to moim zdaniem dawać powinny) nie tylko rzetelną informację. Dają także fundamentalne wytyczne i oceny moralne w sprawach, które obchodzą na ogół całe społeczeństwo. I to jest – jak mi się wydaje – ta forma uczestnictwa Kościoła w historii bieżącej, która jest zarazem formą duszpasterstwa najbardziej elementarną, niezbywalną, potrzebną jak woda i powietrze. Poza tym jednak oczekujemy od ambony – w każdym razie ja oczekuję – wartości ściśle religijnych, komentarza do Ewangelii. Oczywiście komentarz do Ewangelii dotyczy zwykle problemów moralnych, indywidualnych i społecznych. Ale chodzi o to, żeby w ich centrum była Ewangelia, a nie historia, historiozofia, historiografia. Dla nauczania historii trzeba wykarczować albo wyczyścić inne tereny.

Teraz drugie pytanie. Naturalnie, i w tej kwestii należy się najpierw odwołać do cnoty roztropności. Ale powiada pewna maksyma Juwenala, że źle jest, jeśli po to, aby jakoś przeżyć życie, tracimy z oczu jego sens i cel: propter vitam vivendi perdere causas. Trzeba się tu odwołać do przykładów ostatecznych – dzięki Bogu, nie jesteśmy normalnie stawiani wobec konieczności heroizmu, ale nauka z owych przykładów płynie ważna. Myślę o o. Kolbem (a dziś, także z najgłębszą czcią, o ks. Jerzym Popiełuszce). Mógł wszakże przeżyć, choćby tylko po to, aby nadal być w obozie szafarzem sakramentów: sakramentu pokuty, Eucharystii. Wybrał śmierć. Straszną śmierć, przez którą ocalił drugiego człowieka, przez którą dawał świadectwo. Nasze skromne, codzienne wybory są sprawami innego rzędu, drobnego na ogół kalibru. Nasza odwaga cywilna, tak niezmiernie dziś chrześcijaństwu i polskiej kulturze potrzebna, nie musi na ogół dorastać aż do bohaterstwa. Ale każdy habitus, także habitus odwagi cywilnej, którego się tempore opportuno [we właściwym czasie] dla dobrych celów, dla realizowania miłości bliźniego nie używa – taki habitus stopniowo ulega atrofii i zastąpiony zostaje zawiłym systemem samousprawiedliwień. Wiara bez uczynków martwa jest. Duszpasterstwo bez dawania świadectwa też może się stać tylko martwą literą. Zapewne jednak, drodzy Klerycy, idąc za głosem waszych powołań, nie spodziewaliście się łatwych wyborów.

Pierwodruk na podstawie prelekcji w krakowskim seminarium duchownym z października 1979 r. ukazał się w „Znaku” (1982, nr 330), a w zmienionej wersji w książkach Jacka Woźniakowskiego: Świeccy (Kraków 1987) oraz Pisma wybrane, t. IV, oprac. N. Cieślińska-Lobkowicz (Kraków 2011). Przedruk za wersją zmienioną, śródtytuły od redakcji

Kup numer