70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Denis Lovrović/AFP/East News

Wielki powrót. Zwrot ku centrolewicy w Chorwacji?

W zwycięstwie Zorana Milanovicia w chorwackich wyborach prezydenckich widzieć można symptom odwrotu społeczeństw europejskich od prawicy. Jego poprzedniczka była rzeczniczką koncepcji Międzymorza, chętnie spotykała się z Andrzejem Dudą oraz Viktorem Orbánem. Milanović stawia zaś na silną wspólnotę europejską.

Jeszcze rok temu trudno było przewidywać, że Zoran Milanović z sukcesem wróci do polityki. Po wyborach z listopada 2015 r., przegranych przez koalicję centrolewicową, dotychczasowy premier Chorwacji i szef Partii Socjaldemokratycznej (Socijaldemokratska partija – SDP) utracił oba stanowiska i wycofał się z aktywnej polityki. Nawet wśród zwolenników lewicy i centrolewicy opinie na jego temat były podzielone. Zarzucano mu m.in. gwałtowny i zbyt bezpośredni sposób komunikacji oraz nadmierną pewność siebie. Jak to zwykle bywa, na byłego premiera spadła też odpowiedzialność za kryzys gospodarczy, który w znacznym stopniu dotknął Chorwację po 2012 r. Milanović wycofał się z polityki krajowej, angażując się w prywatny biznes, włączył się też w misje międzynarodowe, pełniąc m.in. funkcję doradcy premiera Albanii.

Punkt wyjścia kampanii prezydenckiej Milanovicia nie był łatwy, skoro odszedł on w poczuciu porażki i przez pewien czas nie uczestniczył w życiu publicznym. W potocznej opinii urzędująca prezydentka Kolinda Grabar-Kitarović miała zapewnioną reelekcję. Sprzyjały jej nie tyle własne osiągnięcia, ile raczej brak wyrazistej postaci po stronie opozycji. To analogiczny przypadek jak tegoroczne wybory prezydenckie w Polsce, gdy mimo wyraźnej polaryzacji elektoratu strona opozycyjna nie zdołała wyłonić jednego bezspornego kandydata (bądź kandydatki). Żadna z osób uczestniczących aktywnie w polityce i rozpoznawalnych przez szersze kręgi wyborców nie potrafiła zdobyć mocnego poparcia, a wiadomo też, że urzędująca głowa państwa zwykle ma lepszą pozycję startową. Ponadto początkowo Grabar-Kitarović cieszyła się pełnym poparciem prawej sceny politycznej, zwłaszcza tej zorientowanej nacjonalistycznie. Była prezydentka powoływała się wielokrotnie na Franja Tudjmana, pierwszego prezydenta suwerennej Chorwacji (1990–1999), kreując się na dziedziczkę i kontynuatorkę jego dzieła. Po latach centrolewicowej prezydentury Stjepana Mesicia (2000–2010) i Iva Josipovicia (2010–2015) zadziałało to jak pozytywne wzmocnienie dla nacjonalistycznej prawicy. Franjo Tudjman uznawany jest bowiem za głównego architekta chorwackiej niepodległości i obrońcę niezależności, który nie tylko wyprowadził kraj z Jugosławii, ale też przyczynił się do zwycięstwa w wojnie za ojczyznę w 1995 r. Tudjman budził ogromne kontrowersje ze względu na autorytarne zapędy i fatalną politykę wobec Bośni i Hercegowiny.

Czas jednak robi swoje i pozytywna legenda pierwszego prezydenta dominuje dziś w społecznej świadomości, a jego mocną pozycję symboliczną trudno jest podważyć.

Cztery powody zwycięstwa
Dlaczego więc Zoran Milanović wygrał wybory (druga tura odbyła się 5 stycznia tego roku) i 19 lutego mógł objąć urząd prezydenta? Po pierwsze, uzyskał poparcie Partii Socjaldemokratycznej i dzięki temu miał zdecydowanie najmocniejszą pozycję na lewej stronie sceny politycznej. Wprawdzie zarysowały się też inne kandydatury o mocniej akcentowanej tożsamości lewicowej, zwłaszcza jeśli chodzi o kwestie światopoglądowe, jednakże kandydaci i kandydatki z tej opcji uzyskali jedynie niewielkie wsparcie elektoratu.

Po drugie, kampania Kolindy Grabar-Kitarović została fatalnie przeprowadzona. Jak sądzi większość analityków chorwackich, sztab wyborczy nie odnalazł się w sytuacji i zbytnio zaufał pozycji wyjściowej kandydatki. Kampania była nijaka, brakowało wyrazistych haseł i programu zdolnych poruszyć starych i przyciągnąć nowych wyborców. Najważniejszym wątkiem wystąpień Grabar-Kitarović była gra na nucie nacjonalistycznej.

Po trzecie, sama prezydentka popełniła mnóstwo gaf. Zaufanie do niej systematycznie spadało, w miarę jak coraz bardziej wychodziły na jaw jej niekompetencja i brak profesjonalizmu. Szeroko komentowano wystąpienie, w którym Grabar-Kitarović stwierdziła, jakoby przyjechała z dziećmi do zniszczonego przez wojnę Vukovaru zaraz po wyzwoleniu miasta, podczas gdy urodziła dzieci dopiero kilka lat później… Była to może najpoważniejsza wpadka, ale nie jedyna. Podważyły one wizerunek głównej kandydatki do fotela prezydenckiego.

Po czwarte, o głosy prawicowego elektoratu rywalizował z nią inny kandydat Miroslav Škoro. W polityce pojawił się on znienacka; wcześniej był znany jako piosenkarz i producent muzyczny, kilkuletni szef chorwackiej wytwórni nagrań Croatia Records i człowiek mediów. Tworzył swój wizerunek jako kandydat spoza establishmentu, nieobarczony odpowiedzialnością za afery, kryzys gospodarczy czy deficyt budżetowy. Wysokie wyniki w sondażach przedwyborczych spowodowały, że wielu analityków widziało w nim kolejne wcielenie człowieka z zewnątrz, czarnego konia wyborów prezydenckich, który ma szansę na zaskakujące zwycięstwo, podobnie jak Wołodymyr Zełenski na Ukrainie. I rzeczywiście, w pierwszej turze Škoro uzyskał trzeci wynik z niewielką stratą do Grabar-Kitarović. Rozkład głosów na dwie kandydatury odzwierciedlał pełzający rozłam postaw i oczekiwań w łonie rządzącej centroprawicowej Chorwackiej Wspólnoty Demokratycznej (Hrvatska demokratska zajednica – HDZ). Škoro uzyskał poparcie skrajniejszej opcji nacjonalistycznej, odwołując się do konserwatywnej wizji tożsamościowej. Z bardziej wyrazistych wypowiedzi można przypomnieć uzasadnienie niekryminalizowania użycia sloganu „Za dom – spremni!” (Gotowi dla ojczyzny!). Był to slogan używany przez zbrodniczą, skrajnie szowinistyczną organizację ustaszów, rządzącą w latach 1941–1945 w Chorwacji przy wsparciu III Rzeszy. Dzisiaj odwołanie się do niego bywa odbierane jako akt rewizjonizmu i akceptacja polityki ustaszowskiej, natomiast stanowisko Škoro oznaczało próbę wprowadzenia tej tradycji do przestrzeni publicznej. Uderzając w tę strunę, odciągnął część wyborców od starającej się o reelekcję prezydentki. Ostatecznie nie wszedł on do drugiej tury, jednakże rozbicie prawicowego elektoratu należy uznać za kolejny ważny czynnik zwycięstwa Milanovicia.

Skąd się bierze siła lewicy?
Sukces wyborczy centrolewicowego kandydata trzeba rozpatrywać też w szerszym kontekście. Sytuacja społeczno-polityczna w Chorwacji często bywa porównywana do polskiej: w obu przypadkach mamy do czynienia z postsocjalistycznym społeczeństwem z dominującą pozycją Kościoła katolickiego, wyraźną narracją nacjonalistyczną w polityce historycznej oraz dyskursie publicznym; w obu przypadkach znaczna część elit politycznych legitymizuje niezależność opierając się na negacji byłego reżimu i zerwaniu z przeszłością. Rzeczywiście Kościół jako instytucja zyskał mocną pozycję w kraju, choć nie aż tak dominującą jak w Polsce; od lat 90. prawicowa władza forsowała dyskurs narodowy, nawiązujący do ekskluzywistycznej wizji tożsamości chorwackiej, skierowany przede wszystkim przeciwko Serbom. Starano się „oczyścić” kulturę chorwacką z wpływów serbskich, co szczególnie uwidaczniało się w języku. Wprowadzono nowy kalendarz świąt państwowych, oparty na idei upamiętniania odzyskanej niepodległości. W debacie społecznej zaczęto poruszać tematy przemilczane czy źle widziane w okresie Jugosławii, a polityka historyczna, podobnie jak w Polsce, stała się jednym z ważniejszych mechanizmów legitymizacji władzy. W latach 90. dochodziło do prób rehabilitacji faszystowskiego reżimu z lat II wojny światowej, zbudowanego na skrajnie szowinistycznym nacjonalizmie połączonym z supremacją katolicyzmu. Jednakże w krajach postjugosłowiańskich, w tym także w Chorwacji, dziedzictwo Jugosławii ma wciąż stabilną pozycję.

SDP, do której przynależał nowy prezydent, to partia postkomunistyczna; wywodzi się z rozwiązanego w 1990 r. Związku Komunistów Jugosławii. Od lat 90. jest drugą, obok HDZ, siłą polityczną w Chorwacji; obie partie rywalizują o pierwszeństwo na scenie politycznej i w zasadzie naprzemiennie zyskują kontrolę w parlamencie oraz formują samodzielne bądź koalicyjne rządy. SDP nigdy nie utraciła poparcia społecznego, tak jak to się stało z SLD w Polsce. Mimo niemal całkowitej dominacji ekipy Franja Tudjmana i  jego stronnictwa to właśnie socjaldemokraci zdołali uzyskać najważniejszy głos w ruchu opozycyjnym w 2000 r., a rok później przejąć władzę i doprowadzić do demokratyzacji sceny politycznej. W niepodległej Chorwacji SDP stanowi przeciwwagę dla narracji centroprawicowej, równoważąc jej wpływy w społeczeństwie.

Z czego to wynika? Socjaldemokracja ma zupełnie inną pozycję w Chorwacji niż w Polsce.

W naszym kraju dominująca narracja przedstawia PRL najczęściej w negatywnym świetle. Co więcej, wskutek zawłaszczenia przez PZPR także dziedzictwo ruchu socjaldemokratycznego zostało skompromitowane; nie trzeba przypominać, jak trudno dzisiejszej lewicy odbudowywać społeczne poparcie. Tymczasem na obszarze byłej Jugosławii tradycje socjalistyczne i socjaldemokratyczne mają mocną pozycję.

Można to zauważyć zarówno w dyskursie politologicznym czy działalności aktywistów, jak też w wymiarze nieugruntowanych teoretycznie postaw tzw. zwykłych obywateli. Wiele osób wciąż ma za sobą doświadczenie życia w Jugosławii, pamiętając o pozytywnych aspektach ówczesnego ustroju. Co więcej, niepodległość Chorwacji wiązała się z wojną, obniżeniem poziomu życia, skonfliktowaniem wewnętrznym i zewnętrznym; a wreszcie polityka Tudjmana doprowadziła do izolacji Chorwacji oraz zamrożenia procesu akcesyjnego: Chorwacja stała się członkiem Unii Europejskiej dopiero w 2013 r., podczas gdy sąsiednia Słowenia już dziewięć lat wcześniej.

Równie ważne jest to, że władze Jugosławii z bliskim współpracownikiem Josipa Broza-Tity i głównym pomysłodawcą przemian ustrojowych Edvardem Kardeljem na czele rzeczywiście starały się wprowadzić zasady socjalizmu i samorządności w życie. Społeczeństwo jugosłowiańskie było egalitarne, rozwarstwienie nie osiągnęło poważnych rozmiarów (choć oczywiście istniały grupy uprzywilejowane, przede wszystkim kadry partyjne). Edukacja była powszechnie dostępna, mobilność społeczna znaczna, rozwój gospodarczy i podnoszenie poziomu cywilizacyjnego objęły zaś regiony dotąd zacofane. W Jugosławii konsekwentnie budowano laicką sferę publiczną oraz forsowano model równouprawnienia narodów i mniejszości etnicznych. Wartości te składają się na pakiet socjaldemokratyczny, który nie ograniczał się do sfery deklaratywnej, lecz faktycznie wszedł w doświadczenie życiowe kilku pokoleń.

Lepsze relacje z Unią
Część komentatorów widzi w  zwycięstwie Milanovicia symptom odwrotu społeczeństw europejskich od rządów prawicy i centroprawicy. Warto przypomnieć, że Kolinda Grabar-Kitarović była rzeczniczką koncepcji Międzymorza, chętnie spotykała się z Andrzejem Dudą oraz utrzymywała bardzo dobre stosunki z Viktorem Orbánem. Dominacja wspólnej opcji politycznej i  światopoglądowej wydawała się przypieczętowana w tej części Europy. Tymczasem Milanović reprezentuje odmienne podejście w polityce międzynarodowej. W trakcie swoich  rządów (2011–2016) oraz w kampanii wyborczej zdecydowanie stawiał na relacje z Unią Europejską. Zresztą to właśnie za jego kadencji jako premiera Chorwacja zakończyła proces akcesyjny i została przyjęta do grona państw członkowskich. W polityce zagranicznej SDP, tak jak Milanović, niezmiennie podkreśla korzyści płynące z członkostwa oraz respektuje zasadnicze trendy wspólnej polityki. W odróżnieniu od rządzących prawicowych polityków w Polsce czy na Węgrzech Milanović instytucje unijne przedstawia jako dobro wspólne i to właśnie Unia, a nie USA, jest dla niego gwarantem stabilności Chorwacji i jej pozycji międzynarodowej. Tymczasem Międzymorze bywa odbierane jako projekt osłabiający wspólnotę, wzmacniający natomiast obecność USA w regionie. Znamienne jest to, że Kolinda Grabar-Kitarović przez trzy lata (2008–2011) pełniła funkcję ambasadorki Chorwacji w Stanach Zjednoczonych, następnie pracowała na stanowisku wysokiego szczebla w strukturach NATO.

Pierwsza oficjalna wizyta zagraniczna odbierana jest jako ważny znak nadchodzącej prezydentury. Zoran Milanović udał się do Słowenii. To gest istotny, ponieważ najbliższa sąsiadka ma w Chorwacji ambiwalentny wizerunek. Z jednej strony Chorwaci lubią się śmiać ze Słoweńców, z małej liczby mieszkańców i niewielkich rozmiarów tego państwa (choć Chorwacja nie jest potęgą ani pod względem ludności, ani obszaru). Z drugiej zaś – zazdroszczą sąsiadom rozwoju gospodarczego i wcześniejszej akcesji, mimo że poziom rozwoju obu republik był zbliżony w 1990 r. Jednakże największy problem stanowi spór graniczny o wyznaczenie wód terytorialnych w Zatoce Pirańskiej. Strona słoweńska domaga się większej części akwenu oraz wolnego dostępu do wód międzynarodowych, Chorwacja natomiast uznaje za swoją większą część wód zatoki. Wyrok trybunału arbitrażowego z 2017 r. nie został przyjęty przez obie strony i spór tli się do dziś jako jeszcze jedna nierozwiązana sprawa wynikająca z rozpadu Jugosławii. Wizyta Milanovicia i rozmowy z prezydentem Słowenii Borutem Pahorem wskazują, że bliższa współpraca z zachodnim sąsiadem będzie strategicznym celem jego kadencji, choć trzeba przy tym zaznaczyć, że pozytywne stanowisko Słowenii okaże się kluczowe podczas starań Chorwacji o przyjęcie do strefy Schengen.

Można w tym widzieć nie tylko próbę rozwiązania ślimaczących się problemów granicznych. Przede wszystkim to znak dążeń do integracji w ramach wspólnoty europejskiej i odwrót od relacji rozbijających jej spójność. Jednak nie tylko – również tutaj ważną rolę odgrywa kontekst postjugosłowiański. Ósmego października 1991 r. parlament chorwacki przyjął deklarację o rozwiązaniu wszelkich związków prawnych z innymi republikami Jugosławii, co oznaczało ostateczne ustanowienie niepodległości po trzymiesięcznym moratorium, narzuconym przez wspólnotę międzynarodową. Od tamtej pory chorwackie rządy (zwłaszcza prawicowe) unikały jak ognia wszelkich bliższych i sformalizowanych związków z byłymi republikami. Usilnie starano się, zarówno w wymiarze politycznym, jak i w dyskursie naukowym, o doprowadzenie do symbolicznego wyrwania Chorwacji z Bałkanów. Odrzucano zaliczanie Chorwacji do grupy państw tworzących tzw. Bałkany Zachodnie. No i przede wszystkim obawiano się koncepcji, o której wspominano w końcu lat 90. wśród elit politycznych „starej Unii”, przyjęcia państw postjugosłowiańskich do UE en bloc. W myśl interpretacji politologów zwłaszcza z prawej strony interpretowano to jako swoistą formę jugoslawizmu. Chorwackie rządy usiłowały prowadzić indywidualistyczną politykę zagraniczną bez szczególnych związków z krajami byłej federacji. W tym kontekście gest Milanovicia można odczytać jako zapowiedź ściślejszej współpracy z „krajami regionu”, jak często się mawia w Chorwacji, myśląc o państwach postjugosłowiańskich. Może to nadmierne oczekiwania na tym etapie prezydentury, aczkolwiek wszystkie te symptomy wskazują na chęć przeorientowania polityki zagranicznej właśnie w tym kierunku. — pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter