70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Ilustracja: Ewelina Karpowiak

Trudno o życie bez „r”

Znajomi ze studiów, którzy trafili do biznesu, mówią – chodź do nas. Umiesz wszystko, co trzeba, a tu zarobisz na udon i kino. Jednak w biznesach negocjacje nie dają takiej frajdy z tworzenia rzeczy dobrych i pięknych.

Redaktorką nazywam się, zwykle dodając „pracuję jako”, z szacunku dla moich wspaniałych poprzedniczek; żywych encyklopedii, mistrzyń stylistycznych niuansów, poliglotek, bywalczyń najmroczniejszych zakątków gramatyki z czasów, gdy papier czarnej serii PIW nie był jeszcze pożółkły, a o wszechwiedzy Google’a nie śniły nawet androidy. Ze sztucznym mózgiem działa się nam prawdopodobnie łatwiej, na pewno szybciej, i może się wydawać, że wiedza jest użyteczna już tylko do szermierki na Facebooku. Pracowałam kiedyś z artykułem, oryginalnie napisanym innym alfabetem i tłumaczonym na angielski przez biuro tłumaczeniowe. Techniczni tłumacze zwykle nie znają zasad transkrypcji nazwisk, tymczasem te ostatnie dotyczyły kilkudziesięciu narodowości i było ich kilkaset. Tekst składał się głównie z nich i inicjałów imion, które należało rozwinąć. Przy bliższym spojrzeniu okazywało się, że czasem inicjały pomylono, innym razem skrócone do nich były nazwiska, zaś o wielu nazwiskach zapisanych jako nazwiska nie słyszało nawet Google. Bez niego, znalazłszy się w podobnej sytuacji, nawet redaktorki, które wynoszę na ołtarze, bez wahania uciekłyby w piekielne smoły. Jednak tym razem w procesie dochodzeniowym równie niezbędne okazały się lata treningu środkowo- i wschodnioeuropejskich diakrytyków, przytomność w dziedzinie sztuki współczesnej, wreszcie intuicja w odkrywaniu błędnych transkrypcyjnych schematów. Wszystko to konieczne do właściwej identyfikacji i wskrzeszania ofiar wielowarstwowych zbrodni językowych. Redaktorka nie musi już być encyklopedią, ale bywa maszyną deszyfrującą na bazie algorytmów wiedzy i intuicji. Godzin, by sprawdzić wszystko, nigdy nie starcza. Zwłaszcza gdy dostaje się tekst przełożony przez naturszczyka, najlepiej innej narodowości, albo przez nieetycznego tłumacza, który przepuszcza oryginał przez program.

W obu przypadkach kończy się na przepisywaniu na nowo materiału pełnego kalek językowych i mylnie użytych słów. Komputery nie odzyskały dla nas czasu, lecz nadały tempo, któremu mamy dorównywać. — pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter