Ilustracja: Ewelina Karpowiak
Magdalena Link-Lenczowska luty 2020

Trudno o życie bez „r”

Znajomi ze studiów, którzy trafili do biznesu, mówią – chodź do nas. Umiesz wszystko, co trzeba, a tu zarobisz na udon i kino. Jednak w biznesach negocjacje nie dają takiej frajdy z tworzenia rzeczy dobrych i pięknych.

Artykuł z numeru

My, rodzice osób LGBT+

My, rodzice osób LGBT+

Redaktorką nazywam się, zwykle dodając „pracuję jako”, z szacunku dla moich wspaniałych poprzedniczek; żywych encyklopedii, mistrzyń stylistycznych niuansów, poliglotek, bywalczyń najmroczniejszych zakątków gramatyki z czasów, gdy papier czarnej serii PIW nie był jeszcze pożółkły, a o wszechwiedzy Google’a nie śniły nawet androidy. Ze sztucznym mózgiem działa się nam prawdopodobnie łatwiej, na pewno szybciej, i może się wydawać, że wiedza jest użyteczna już tylko do szermierki na Facebooku. Pracowałam kiedyś z artykułem, oryginalnie napisanym innym alfabetem i tłumaczonym na angielski przez biuro tłumaczeniowe. Techniczni tłumacze zwykle nie znają zasad transkrypcji nazwisk, tymczasem te ostatnie dotyczyły kilkudziesięciu narodowości i było ich kilkaset. Tekst składał się głównie z nich i inicjałów imion, które należało rozwinąć. Przy bliższym spojrzeniu okazywało się, że czasem inicjały pomylono, innym razem skrócone do nich były nazwiska, zaś o wielu nazwiskach zapisanych jako nazwiska nie słyszało nawet Google. Bez niego, znalazłszy się w podobnej sytuacji, nawet redaktorki, które wynoszę na ołtarze, bez wahania uciekłyby w piekielne smoły. Jednak tym razem w procesie dochodzeniowym równie niezbędne okazały się lata treningu środkowo- i wschodnioeuropejskich diakrytyków, przytomność w dziedzinie sztuki współczesnej, wreszcie intuicja w odkrywaniu błędnych transkrypcyjnych schematów. Wszystko to konieczne do właściwej identyfikacji i wskrzeszania ofiar wielowarstwowych zbrodni językowych. Redaktorka nie musi już być encyklopedią, ale bywa maszyną deszyfrującą na bazie algorytmów wiedzy i intuicji. Godzin, by sprawdzić wszystko, nigdy nie starcza. Zwłaszcza gdy dostaje się tekst przełożony przez naturszczyka, najlepiej innej narodowości, albo przez nieetycznego tłumacza, który przepuszcza oryginał przez program.

W obu przypadkach kończy się na przepisywaniu na nowo materiału pełnego kalek językowych i mylnie użytych słów. Komputery nie odzyskały dla nas czasu, lecz nadały tempo, któremu mamy dorównywać.

Niekiedy mówię: odpowiadam za publikacje, choć tak naprawdę czuję, że odpowiadam za ludzi – autorki, tłumaczki, korektorki, redaktorki, projektantki, fotografki i ich męskie odpowiedniki. Za to, by ich rzetelność i wysiłek znalazły godną oprawę. Praca redaktorska w przypadku publikacji o sztuce różni się od prowadzenia podręczników czy literatury stopniem negocjacyjności i liczbą aktorów, którzy nierzadko czują się autorami – też werdyktów. Oprócz kilku(nastu) twórców tekstów, często różnych narodowości, a więc o odmiennych językowych osobowościach i tradycjach pisania (np. przypisów), które należy uspójnić, mamy do pogodzenia w tej samej piaskownicy bujne osobowości redaktorów naukowych, lubiących bronić każdego słowa, kuratorów z ich widzeniem katalogu jako przedmiotu mającego odtwarzać narrację wystawy, przedstawicieli instytucji – własnych i partnerskich, spadkobierców, fotografów, wreszcie projektantów graficznych, inaczej pracujących nad okładką paraliteratury ze stockowym zdjęciem, a inaczej nad rzeczą, którą budują swoje portfolio. Nie można lekceważyć też władzy symbolicznej Wielkiego Fundatora, który milczy, ale patrzy, jak pożytkowane są środki czy gdzie trafi jego logo. W efekcie jest się kimś spomiędzy sprzątaczki a zarządczyni, excusez le mot, „projektem”, z dużą domieszką coachingu, pracy terapeutycznej, mediatorskiej, copywriterskiej, badawczej czy orkiestrującej – gdy wypracuje się zaufanie szefowych. A w przypadku instytucji kultury również księgowej czy kadrowej. Znajomi ze studiów, którzy trafili do biznesu, mówią – chodź do nas. Umiesz wszystko, co trzeba, a tu zarobisz na udon i kino. Jednak w biznesach negocjacje, może oparte na podobnych schematach, nie dają takiej frajdy z tworzenia rzeczy dobrych i pięknych.

Redaktorka prowadząca publikacje artystyczne ma w całej konstelacji indywidualności dbać o to, by każdy dostał należne mu prawo głosu. Ponadto jest odpowiedzialna za skonsolidowanie tej różnorodności między okładkami. Gdy stara się zadowolić wszystkich, nic tak wdzięcznie nie wychodzi mimochodem jak mdły kompromis, który zabija i książki, i ludzi. Wiedzą o tym mądrzy zwierzchnicy i świadomi współpracownicy, dlatego gdy zaczyna się przygotowywać publikację, kluczowa jest możliwość samodzielnego skomponowania zespołu. Już na tym etapie zaczyna się de facto pracę z tekstem. Dotychczasowy dorobek autorów pozwala na pierwsze szacunki dotyczące kształtu przyszłej książki, wstępną merytoryczną kompozycję całości i właściwe zamówienie materiału. Właściwe, gdyż nie tak rzadkie „Proszę napisać coś o…” szkodzi zwykle merytoryce publikacji. Redaktor powinien wiedzieć, czego chce od autorów, i precyzyjnie im to komunikować, aby uzyskane materiały móc złożyć w spójną, kompletną całość. Oczywiście przysłany tekst często nie ma wiele wspólnego z pierwotnym założeniem, ale umowa, którą zawieramy w momencie zlecania, znacznie ułatwia dalsze negocjacje już na etapie redakcji materiału – legitymizuje nasze prośby o dodanie brakujących wątków, pozwala na dokonywanie skrótów, a czasem wręcz rezygnację z publikacji. Dlatego moment zamawiania artykułu uważam za szczególnie ważny, choć, niestety, częstym błędem jest, że robią to za redaktora np. kuratorzy. Rzecz jasna, to oni zwykle proponują autorów w przypadku katalogów wystaw, nie należy jednak mylić pracy koncepcyjnej z realizacją. Kolejnym krokiem jest zaproszenie właściwych profesjonalistów spośród świetnych fachowców, których nie brakuje. Redaktorka rozsądza, czy w konkretnym przypadku lepiej zatrudnić tłumaczy specjalizujących się w terminologii danej dyscypliny, czy tych zręczniejszych literacko, redaktorów szczególnie dociekliwych czy potrafiących nadać stylistyczną lekkość, projektantów graficznych minimalistów, postmodernistycznie grających bogactwem formy, czy wytwornie eleganckich.

Współpraca z tymi ostatnimi to zresztą wyjątkowo śliska kwestia, budzi nasze najstraszliwsze narodowe upiory. Asekurancko przyznam, że potrafię zrozumieć, gdy w przypadku komercyjnych publikacji czasem biorą górę marketingowo-komunikacyjne schematy (kłopot w tym, że często uznaniowe). Jednak dla dobrostanu książek artystycznych bez wątpienia kluczowe jest zaufanie osobom odpowiedzialnym za ich szatę graficzną. W przeciwnym razie, mimo najlepszych chęci wszystkich zaangażowanych, katastrofa jest nieunikniona, a upadek z wysokiego konia boli bardziej. Niestety, w Polsce mamy tendencję, by wiedzieć lepiej, i trudno nie dostrzec w niej sposobu na leczenie kompleksów – czy to władzy, czy talentu. Zawsze zdumiewało mnie, że uczestnikom rozdętych ponad miarę kolaudacji nie drgnie nawet powieka, gdy palą projekt swoim „nie podoba mi się”. Zgodnie z logiką rozpuszczonego, absolutyzującego własny gust dziecka z Buntu mas Ortegi y Gasseta unieważnia się kompetencje zbudowane na latach zawodowej praktyki i studiów. Naturalnie osobą, która ma przekazać komunikat: „Brzydkie. Zacznij to jeszcze raz”, jednocześnie chroniąc grafika przed samobójstwem lub, co gorsza, twórczą niemocą, jest redaktor. Tak rodzą się przyjaźnie. Podobnie jak podczas zabawy z synkiem korektorki, by ta mogła zrobić drugą korektę na spóźnionym składzie. W rezultacie z tego, co najbardziej frustrujące – śladów krwi na klawiaturze i zadyszki pozawalanych terminów – jak we wszystkich sytuacjach granicznych powstaje to, co na równi z oficjalnymi laurami, wyrazami uznania autorów czy wzruszeniem artystów mocuje w pewności, że wykonujemy swoją pracę jak należy.

 

*

Mój wyobrażony pies, niezależnie od płci, miałby na imię Frajda. To chyba moje ulubione słowo. Jestem pewna, że gdyby w języku polskim oznaczało życie, bylibyśmy radośni niczym pomarańczowe ludy Południa albo twardzi jak Inuici. Trudno o życie bez „r”.

Kup numer