70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Włodzimierz Wasyluk/East News

Publiczna, lecz osobna

Mimo swojego indywidualizmu i może nawet samotniczych skłonności Barbara Skarga zawsze udzielała się społecznie, nawiązywała trwałe i serdeczne przyjaźnie, szukała uczniów, potrzebowała wreszcie szerszej sfery działania. Dobre jest bowiem przede wszystkim otwarcie na innych, a zły – egoizm.

Z pewnego punktu widzenia „od zawsze” miała zadatki na osobę publiczną: odważna, zdecydowana, jasno myśląca i mówiąca, przywiązana do podstawowych wartości, szczera i świetnie rozpoznająca fałszywy ton. Barbara Skarga już jako młoda dziewczyna obdarzona była zdolnościami nie tylko intelektualnymi (także słuchem muzycznym i pewnym talentem aktorskim, co nie jest bez znaczenia), ale i takimi cechami charakteru, które pozwalają aktywnie istnieć i znajdować uznanie w szeroko rozumianej sferze społecznej.

Widzialna / niewidzialna

W czasie wojny kontynuowała, na ile było to możliwe, podjęte na krótko przed jej wybuchem studia filozoficzne (na prywatnych seminariach prowadzonych m.in. przez Henryka Elzenberga), udzielała też lekcji łaciny i matematyki na tajnych kompletach, a przede wszystkim zaangażowała się w ruch oporu jako łączniczka (w końcu regionalna kierowniczka łączności) w wileńskim oddziale AK. Za tę wojenną aktywność zapłaciła wysoką cenę i na wiele lat została skazana na niewidzialność. Najpierw w sposób dramatyczny, gdy w 1944 r. trafiła do więzienia, następnie gdy została zesłana do obozu, w którym spędziła niemal 10 lat, a w końcu, gdy otrzymała wyrok dożywotniego osiedlenia w głębi Rosji. Mogłaby zostać tam już na zawsze i żadna, w szczególności polska, publiczność nie wiedziałaby o jej istnieniu. Dzięki odwilży po śmierci Stalina i staraniom rodziny zdołała wrócić do Polski w 1955 r. Znalazła tu życzliwych ludzi, którzy pomogli jej skończyć przerwane studia filozoficzne i rozpocząć pracę w Polskiej Akademii Nauk, najpierw w charakterze archiwistki-bibliotekarki, a po obronie doktoratu w 1961 r. na stanowisku naukowym. W Instytucie Filozofii i Socjologii PAN przeszła całą drogę standardowej kariery naukowej: od stanowiska adiunkta po profesora zwyczajnego. Jednak i wówczas pozostawała, jeśli nie niewidzialna, to w każdym razie mało widoczna, znana niemal tylko w wąskim kręgu akademickich filozofów i historyków filozofii. Jako osoba z wiadomą biografią, politycznie podejrzana, nie miała prawa do prowadzenia wykładów i kontaktu ze studentami. Musiało to być dla niej dotkliwe ograniczenie, bo, jak wielokrotnie potem mówiła, zawsze lubiła uczyć i rzeczywiście miała dydaktyczne zacięcie, a nawet coś w rodzaju „belferskiego” sposobu bycia w dobrym sensie tego słowa, reprezentując typ nauczycielki z autorytetem, dość pobłażliwej, a mimo to zmuszającej uczniów do wysiłku. W IFiS PAN te zdolności wykorzystywała w stopniu wówczas jej dostępnym. Od początku lat 80. prowadziła kameralne seminarium w Zakładzie Filozofii Nowożytnej, w którym mniej lub bardziej regularny udział brali bardzo różni ludzie, adepci filozofii w wieku dojrzałym i młodszym, z IFiS PAN, z Uniwersytetu Warszawskiego, a także z innych polskich uczelni. Ja sama zaczęłam na to seminarium uczęszczać jeszcze jako studentka, bodaj w roku 1984, i bywałam na nim przez wiele kolejnych lat, dopóki pani profesor je prowadziła, już na emeryturze, niemal do końca życia. Węższy krąg „seminarzystów Skargi” przekształcił się z czasem w grono jej i wzajemnych przyjaciół. Ale to była niewielka grupa. I nawet biorąc pod uwagę liczbę osób z różnych miejsc, które przez lata przewinęły się przez seminarium, nie będąc jego stałymi uczestnikami, krąg oddziaływania Skargi, a nawet rozszerzony o czytelników jej książek i artykułów filozoficznych, wciąż pozostawał dość wąski.

Osobę publiczną uczynił z niej kolejny zwrot historii. Ten sam pokrętny los, który najpierw na wiele lat zepchnął ją w niewidzialność, po roku 1989 dość nagle wydobył ją na światło dzienne. Nie żeby się o to starała. Lecz nastał czas, w którym jej talenty i osiągnięcia, a nawet sama jej biografia spotkały się ze społecznym zainteresowaniem i uznaniem, gdy to, co w czasach „realnego socjalizmu” było jej prywatnym doświadczeniem, nabrało cech ogólnych i symbolicznych, a to, co było jej niewidoczną działalnością społeczną (jak aktywność w fundacji współpracującej z podziemną Solidarnością w latach 80., wspomagającej młodych naukowców), okazało się zalążkiem demokratycznej działalności obywatelskiej. Także jej książki filozoficzne, omawiające historię i dylematy rozumu, a od końca lat 80. stawiające pytania – które ona sama nazywała metafizycznymi – o tożsamość „ja”, relacje jednostki z innym, status i sens myślenia, dociekanie prawdy mimo egzystencjalnych i historycznych ograniczeń, wreszcie i przede wszystkim o dobro i zło (z akcentem na zło), trafiły do szerszej publiczności. Okazało się bowiem, że mówią o problemach interesujących nie tylko profesjonalnych filozofów i w taki sposób, który również dla nieprofesjonalistów był zrozumiały.

W ciągu ostatnich kilkunastu lat swojego życia Barbara Skarga stała się osobą nie tylko publicznie znaną, ale też na wiele sposobów honorowaną: otrzymała rozmaite nagrody i wyróżnienia, w tym przede wszystkim Order Orła Białego, doktorat honoris causa Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu oraz uroczyste odnowienie doktoratu w macierzystym UW, a także Order Zasługi od rządu Francji za wkład w promowanie w Polsce filozofii francuskiej i dialog polsko-francuski. W różne miejsca ją zapraszano, przeprowadzano z nią liczne wywiady, w tym rozmowę rzekę opublikowaną pt. Innego końca świata nie będzie. Przynajmniej dla niektórych środowisk stała się prawdziwym autorytetem. Nazywano ją nie tylko pierwszą damą polskiej filozofii, ale nierzadko też sumieniem odrodzonej Polski.

Nie” wobec własnej martyrologii

W tym czasie obok tekstów filozoficznych (coraz bardziej metafizycznych w tym sensie, że dotyczących problemów tyleż ogólnych, co podstawowych) zaczęła pisywać, czasem na zamówienie, a przynajmniej do tego zachęcana, czasem z własnej woli, teksty publicystyczne lub z publicystycznymi akcentami. Nigdy wprost polityczne – i nie daj Boże – partyjne, zawsze utrzymane w duchu ogólnej refleksji obywatelskiej i moralnej, jednak na swój sposób zaangażowane. Na poziomie opisowym traktowały o marnej kondycji polskiej demokracji, a na poziomie postulatywnym – o dobru wspólnym, wolności, tolerancji, odpowiedzialności, uczciwości w życiu publicznym.Skarga cieszyła się z wolnej Polski, ale od początku lat 90. widziała też jej słabości, a nawet patologie, nad którymi ubolewała. Kilka tekstów i wypowiedzi tego rodzaju ukazało się w prasie codziennej, a większość, pierwotnie publikowana w najróżniejszych czasopismach lub biuletynach, znalazła się w zbiorach artykułów i wywiadów wydanych częściowo jeszcze za jej życia (np. w zbiorze Człowiek to nie jest piękne zwierzę), częściowo zaś zebranych dopiero po jej śmierci, staraniem Fundacji na rzecz Myślenia im. Barbary Skargi, w ramach zbiorczej edycji „pism rozproszonych”.

Od roku 1989 Barbara Skarga znalazła się więc, nolens volens, na pozycji publicznego autorytetu. Raczej moralnego niż politycznego, choć nie bez związków z polityką. Silne cechy jej osobowości do takiej roli nieźle pasowały, a dramatyczna i „symboliczna” biografia w nowych okolicznościach historycznych wręcz ją w tę rolę wpychała. Traktowała ją jednak z dystansem, stanowczo odrzucając koturny czy piedestały, na jakich „autorytety moralne” bywają zwykle stawiane. Nigdy nie było w niej śladu pretensjonalności.

Mogłaby zrobić „karierę martyrologiczną”, ale bardzo zdecydowanie robić jej nie chciała. Martyrologia, osobista czy narodowa, budziła w niej tylko niechęć. Napisała wprawdzie poruszające wspomnienia z czasu swojego osadzenia w sowieckim więzieniu, w obozie i na zesłaniu – jedną z niewielu kobiecych relacji z takich doświadczeń (Po wyzwoleniu [1944–1955] pierwotnie opublikowane pod pseudonimem Wiktoria Kraśniewska), ale już ta książka z trudem daje się zaliczyć do typowej „literatury obozowej”, bo choć nie brakuje tam dramatycznych szczegółów, pisana jest z dystansem i z charakterystycznym brakiem zaciekłości. Skarga potrafiła dopatrzeć się okruchów dobra nawet u swoich prześladowców, tym bardziej u „ruskich ludzi”. Po latach powie z przewrotnym humorem, że „to było nawet ciekawe doświadczenie, tylko trochę za długie”[1]. Poza tą książką, która stanowiła dla niej zapewne rodzaj oczyszczenia, o swoich doświadczeniach więzienno-łagrowych nie lubiła mówić, zwłaszcza w sytuacjach publicznych. Wyniosła z nich brak złudzeń co do „ludzkiej natury”, przekonanie o stałej obecności i łatwości zła, o cienkiej w sumie warstwie kultury, która nas przed nim zabezpiecza, ale która również, pod postacią ideologii, może je wyzwalać. To przekonanie chętnie jednak uogólniała, w żadnym razie nie ograniczając przejawów zła do totalitaryzmu komunistycznego czy faszystowskiego, nawet jeżeli tam ukazało się ono w stopniu wyjątkowym, prowadząc do „odebrania człowiekowi wszystkich sposobów bycia człowiekiem”[2]. Uznawała, że „zło jest elementem naszego życia. Jest czymś nieusuwalnym i najprostszym; zło jest małością, głupotą, obrzydliwością. Tak po prostu jest”[3]. W wolnej Polsce, poczynając od lat 90., widziała je także w radykalnej retoryce antykomunistycznej i rozliczeniowej, w resentymentalnej nienawiści i nacjonalizmie. Ludzką postać zła dostrzegała przede wszystkim właśnie w nienawiści. Deklarowała, że sama nie czuje nienawiści „ani do tych ludzi, ani do tego wszystkiego, z czym się spotkałam w obozie”, i postulowała, że nienawiść, nawet zrozumiała „musi minąć”[4]. Zwłaszcza że „nie ma ludzi z gruntu złych”, przebłyski dobra zdarzają się nawet tym najgorszym czy uznanym za najgorszych i ostatecznie „nikt nie jest powołany ani do zła, ani do dobra”[5].

Ubolewała nad skalą i intensywnością złych emocji w polskim społeczeństwie, a zwłaszcza w polskiej polityce, nad niezdolnością do rozumnego kompromisu: „Jest to smutne, ale my, Polacy, nie jesteśmy zdolni do kompromisu w praktyce życia politycznego. Co gorsza, mądry kompromis polityczny jest traktowany jako zdrada. (…) W dodatku obie strony są agresywne. Kiedyś pisano, że my Słowianie, lubimy sielanki. Mnie się wydaje, że wielu z nas ma czarne podniebienie”[6] . Stwierdzała wielokrotnie, że w Polsce brakuje szacunku dla demokracji i samego państwa, że szerzą się partykularyzm, demagogia i język oszczerstw, a dramatycznie brakuje poczucia odpowiedzialności.

Krytycznie oceniając polską klasę polityczną, nie idealizowała też w żadnym razie polskiego społeczeństwa. Była na swój sposób arystokratką. Uznawała, że w swojej masie społeczeństwo jest źle wykształcone, irracjonalne i zgoła prymitywne: „Naszą polską biedą jest niski poziom kultury mas. Zbyt duży procent ludzi niewykształconych, prymitywnych, bez własnego sądu i podatnych na najgorsze wpływy, i to idące z różnych kierunków, niekoniecznie z zachodniej Europy”[7]. Mimo wszystko wierzyła w edukację i w nowe pokolenia. Gdy w nowej Polsce uzyskała w końcu możliwość uczenia studentów, potrafiła zachwycać się ich otwartością i wolą wiedzy: „Ale młodzież jest coraz lepiej wykształcona, coraz silniej garnąca się do studiów, otwarta, krytyczna, poszukująca prawdy”[8].

Przede wszystkim moralistka

W sumie nie lubiła polityki. Skłonna była sądzić, że jest ona poniekąd z definicji brudna, najbardziej skażona nieusuwalnym i banalnym złem, najbardziej oddalona od pytającego myślenia, które uznawała za to, co w człowieku najbardziej ludzkie, a na pewno najwyższe. Nie lubiła nawet filozofii polityki. (Gdy swego czasu napisałam książkę o filozofii demokracji, odniosła się sceptycznie do samego zamysłu: „To ma za dużo wspólnego z polityką, to nie jest prawdziwa filozofia…” – mówiła). Miała wprawdzie normatywne wyobrażenie o polityce jako dobrych rządach i sferze dobra wspólnego (i tu najchętniej odwoływała się do autorów starożytnych, z Arystotelesem na czele), miała też swoje polityczne sympatie i antypatie, ale w sumie polityka nie stanowiła dla niej „zadania do myślenia”, a jej konkretna rzeczywistość ją brzydziła. Doceniała raczej szlachetność postaci i moralną jakość idei niż społeczną użyteczność lub pragmatyczną skuteczność określonej polityki lub programów politycznych. Była pod tym względem do bólu „inteligencka”. Nie przypadkiem najbliższe ideowo-towarzyskie związki łączyły ją ze środowiskiem byłej Unii Demokratycznej, z postaciami takimi jak Tadeusz Mazowiecki i Bronisław Geremek. Ani lewicowa, ani prawicowa, sytuowała się, choć w sposób ogólnikowy, w liberalnym i dość elitarnym centrum.

Nie znosiła nacjonalizmu, od lat 90. XX w. dostrzegając przejawy jego odradzania się: „Tendencje nacjonalistyczne obserwujemy w całej Europie. Jest to fenomen niełatwy do wytłumaczenia po doświadczeniach ostatniej wojny i okrucieństwach nazizmu. Jeszcze trudniej mi wyjaśnić to zjawisko, gdy patrzę na nasz kraj. Skąd w tej Polsce – o tradycjach różnicy wyznań i wielu narodów, nigdy nie przywiązującej wagi do spraw etnicznych, w Polsce, która przyjęła niegdyś Żydów, otworzyła miasta przed kolonizacją niemiecką, nadawała herby szlacheckie Tatarom i Litwinom – owa nacjonalistyczna orientacja? (…) Nie mam na to odpowiedzi, przyznaję. Ale powiem wprost, że ogarnia mnie przerażenie”[9]. Podobną niechęć budziła w niej klerykalizacja, zbyt silny związek państwa z Kościołem, quasi-upaństwowienie religii. „Czy naszym zadaniem na przyszłość, jako pewnej całości społecznej, jest utwierdzanie tej lub innej wiary, siły tego lub innego Kościoła, czy budowanie demokratycznego państwa i przygotowanie do niego młodzieży, bez względu na to, czy ta młodzież jest wierząca czy nie? Czy chodzi nam o krucjatę czy o przyszłość państwa?”[10] – to były dla niej pytania retoryczne. Pochodząc z rodziny kalwińskiej, sama nie była religijna (chyba że za sui generis religijność uznać jej wiarę w wartość metafizyki), ale miała szacunek do religii i dobre relacje z przedstawicielami „Kościoła otwartego”, jednak państwowy katolicyzm ją odstręczał.

Była wreszcie przeciwniczką dekomunizacji rozumianej jako grzebanie w prywatnych życiorysach i piętnowanie wszystkich, którzy byli w jakiś sposób związani z historycznym komunizmem lub partią komunistyczną: „Dekomunizować należy instytucje i prawo, ale nie ludzi. Nie wolno wyrzucać na margines niemal całego pokolenia. Nie wolno od ludzi wymagać heroizmu. Zresztą było wielu, także partyjnych, którzy na swoich odcinkach działali w dobrej wierze. W przemyśle, nauce, kulturze – i zrobili niemało. Dekomunizacja to hasło demagogiczne. (…) To hasło płynące z nienawiści, a na nienawiści nikt jeszcze nic nie zbudował”[11].

Wszystkie te obiekcje i sprzeciwy – wobec nacjonalizmu, klerykalizmu, prostacko rozumianej dekomunizacji – nie miały w gruncie rzeczy charakteru politycznego, lecz intelektualny i moralny. Płynęły z niechęci do dogmatyzmu, fanatyzmu, jednostronności. Z rozumienia złożoności spraw (historycznych i metafizycznych) i wrażliwości na jednostkowe sytuacje, na jednostkowość w ogóle, która nigdy nie poddaje się bez reszty społecznemu formatowaniu i nie daje się wyjaśnić za pomocą ideologicznych wytrychów. Lekceważąc politykę, a nawet nią gardząc, była więc Skarga przede wszystkim moralistką. Ale moralistką filozoficzną, zatem niedogmatyczną, „niekodeksową”. Świadoma zła jako „małości i obrzydliwości”, która może udzielać się wszystkim, bo należy do niepięknej ludzkiej natury, nie miała w sobie nic z Katona występującego z pozycji moralnej wyższości i piętnującego zło głównie, a nawet wyłącznie po stronie przeciwników. Etyka w ogóle nie była dla niej sprawą jasno określonych zasad czy reguł postępowania, lecz refleksji i wrażliwości. Pokpiwała sobie z kodeksów etyk zawodowych, widząc w nich raczej spis pewnych pragmatyk zawodowych niż uszczegółowienie zasad etyki ogólnej (zob. np. rozmowę Ludzie nie są równi) i najwyraźniej uważając, że etyki ani szczegółowej, ani ogólnej nie da się zawrzeć w zbiorze przykazań: „Nie daję recept – pisała – bo żadnych recept nie mam”. Ale w tych słowach nie przemawiała przez nią skromność, lecz przekonanie, że „etyka jest sprawą trudną. Najgorzej, gdy człowiek chce być Bogiem…”[12]. Potrafiła być wyrozumiała i pobłażliwa dla ludzkich słabości i pomniejszych przewin, przestrzegając głównie przed złem usystematyzowanym, a jednocześnie nieświadomym siebie, także i nawet przede wszystkim tym, które przejawia się w zapędach do radykalnego naprawiania świata.

Humanizm, jednostkowość, osobność

Wielokrotnie, zarówno w swoich filozoficznych esejach, jak i w wypowiedziach bardziej popularnych, w szczególności w wywiadach, broniła „niemodnego” humanizmu. Przyznając, że „język starego humanizmu już się przeżył”[13], że niepodobna już bronić ani optymistycznej antropologii, ani metafizyki podmiotu zakładającej jego uprzywilejowaną pozycję wobec świata przedmiotowego, że, co więcej, nie sposób nawet określić, czym ów podmiot jest, protestowała jednocześnie przeciwko hasłom takim jak „śmierć człowieka” czy „śmierć autora”. Broniła nieredukowalnego statusu jednostkowej subiektywności, nieuchwytnego, niepojęciowalnego, a jednak intymnie doświadczanego jednostkowego „ja”, wierząc, że ostatecznie to ono stanowi zarazem punkt oporu wobec rozmaitych społecznych przymusów i punkt wyjścia, a przynajmniej oparcia dla twórczego myślenia (skądinąd związanego z całą historią kultury). To jednostka w swojej subiektywności może się buntować przeciwko zastanemu światu, choć również tylko ona może dochować wierności uznanym wcześniej wartościom, zapewniając ciągłość tradycji.

Poniekąd wbrew swojej funkcji publicznej Skarga była w sumie radykalną indywidualistką. A nawet samotnicą. Do tego stopnia, że samotność skłonna była uważać za „strukturę naszego bytu”, a jej doświadczenie za rodzaj „ontologicznego zakorzenienia”[14], które wyznacza jednostce niepowtarzalne miejsce w świecie, wyrzucając ją ze społecznego „ogółu”. Pod tym względem zgadzała się zarówno z Heideggerem, opisującym każdorazową „mojość” bycia w odróżnieniu od anonimowego Się, jak i z Lévinasem, podkreślającym ontologiczną separację jednostki jako subiektywnej tożsamości – przed spotkaniem z innym. Przede wszystkim, jak wolno sądzić, zdawała w ten sposób sprawę z własnego doświadczenia. Nie tylko z radykalnego osamotnienia w cierpieniu, w warunkach „kompletnej obcości, kiedy nie można nawiązać żadnego porozumienia”[15], co odpowiadałoby zwłaszcza przeżyciom więzienno-obozowym, ale również z codziennego doświadczenia życia w Polsce, najpierw komunistycznej, potem wolnej, ale wciąż pod pewnymi względami obcej, a w końcu z doświadczeń życia prywatno-rodzinnego, którego miała niewiele, bo własnej rodziny nie założyła. Na wielu poziomach, w różnych kontekstach, zawsze pozostawała osobna.

Kłóciłoby się to może z jej rolą publiczną, gdyby nie równie silnie przez nią akcentowany i zapewne równie silnie doświadczany element zależności „ja” od kontekstu historycznego i społecznego, a także moralny postulat zobowiązania jednostki wobec innych. Ostatecznie Skarga była bardziej „lévinasowska” niż „heideggerowska”. Samotność – tak, ale jako punkt wyjścia do relacji z innymi, które dopiero nadają sens pojęciom dobra i zła, dobre jest bowiem przede wszystkim otwarcie na innych, a zły egoizm. Wprawdzie zachowywała sceptyczny dystans wobec radykalizmu Lévinasowskiej etyki zakładającej całkowite podporządkowanie się „ja” innemu, nie akceptowała prześladowania „ja” przez innego, przynajmniej jeśli rozumieć je dosłownie (a nie tylko jako dręczące poczucie zobowiązania i zadłużenia), ale też podkreślała, że jednostka, choć ontologicznie samotna, istnieje „po ludzku” tylko z innymi i wobec innych. Toteż mimo całego swojego indywidualizmu i może nawet samotniczych skłonności zawsze udzielała się społecznie, nawiązywała trwałe i serdeczne przyjaźnie, szukała uczniów, potrzebowała wreszcie szerszej sfery działania, nawet w czasach gdy polityczna rzeczywistość skazywała ją na marginalność. Choć większość czasu spędzała w swoim niewielkim mieszkanku przy ul. Marszałkowskiej, gdzie czytała lub pisała książki albo słuchała muzyki, stale je też opuszczała dla „świata”, a nawet w jego mury ów świat przyjmowała. (W ostatnich latach jej życia swego rodzaju kameralne seminaria odbywały się od czasu do czasu w jej własnym mieszkaniu, w którym bywali też różni goście i często dzwonił telefon).

Silny człowiek, silna kobieta

Skarga była silnym człowiekiem. A ściślej – silną kobietą. Nie jest to fakt bez znaczenia. We wciąż mocno patriarchalnej polskiej kulturze kobieta rzadko staje się autorytetem publicznym. Jeżeli jej się to niekiedy udaje, to na ogół dlatego, że dość dobrze reprezentuje cechy czy wartości uznawane tradycyjnie za męskie: racjonalność, zdecydowanie, nawet pewną „twardość”. Skarga te cechy posiadała. Mimo całej swej tolerancji i wyrozumiałości bywała niekiedy wręcz apodyktyczna. W jej tekstach i zapisanych wypowiedziach jest to mniej widoczne, ale kto ją trochę znał osobiście, ten wie, że swoje sądy potrafiła wyrażać w sposób kategoryczny, że – co tylko z pozoru stanowi paradoks – także wątpliwości i niepewności formułowała czasem w tonie autorytatywnym, kwestionując w ten sposób czyjeś naiwne roszczenia do pewności. Przede wszystkim była niezwykle samodzielna, wierna temu, co uznawała za warte wierności, i buntująca się przeciwko temu, co uważała za warte buntu, według własnych kryteriów osądzająca wartość idei filozoficznych i politycznych, niepokorna tyleż wobec tradycji, co wobec „najnowszych mód”. Ogólnie rozumiany feminizm, postulujący równość praw i „naturalnych” kompetencji mężczyzn i kobiet, mógłby ją uznać za jedną ze swoich bohaterek. Chociaż z feminizmem jako nurtem i sposobem myślenia skupionym na problematyzowaniu relacji między płciami w dotychczasowej i współczesnej kulturze nie miała, ściśle rzecz biorąc, nic wspólnego. Nie poświęcała żadnej specjalnej uwagi prawom kobiet, nie wyodrębniała ich jako ważnego tematu czy to filozoficznej, czy bardziej politycznej refleksji.

Była „feministką praktyczną”, pokazującą na co dzień i „ostensywnie”, że ani w domenie refleksji, ani w sferze działania kobiety nie ustępują mężczyznom, a może są nawet od nich silniejsze, choć zarazem mniej skłonne do dogmatyzmu, bardziej wrażliwe na wielowymiarowość, złożoność i niejednoznaczność zarówno problemów teoretycznych, jak i ludzkiego życia.

Nie będę tego wątku rozwijać, sądzę jednak, że temat „Barbara Skarga a feminizm” czeka na opracowanie i jest tego ze wszech miar wart.

***

W podsumowaniu podkreślę raz jeszcze ambiwalencję, a przynajmniej nieoczywistość zawartą w pozycji Barbary Skargi jako osoby publicznej. Z jednej strony miała wszelkie dane i predyspozycje, aby taką osobą się stać: intelektualne, osobowościowe, od pewnego momentu także biograficzne. Z drugiej strony taka rola wcale nie była w jej przypadku oczywista. Nie tylko i nie przede wszystkim dlatego, że okoliczności historyczne przez długi czas skazywały ją na publiczne milczenie lub marginalność. Również dlatego, że była indywidualistką i chroniła swoją prywatność, stroniąc także od nadawania ogólnego i publicznego sensu swojej biografii. A jeszcze bardziej dlatego, że zarówno jej filozoficzne, jak i bardziej publicystyczne wypowiedzi były na ogół „niekonkluzywne”, pełne wątpliwości, wahań, nawet przyznawania wprost: „nie wiem”. Niezależnie od tematu, który w swoich tekstach i wypowiedziach poruszała (albo do których – jak w rozmowach i wywiadach – była zmuszona jakoś się odnieść), nader rzadko, mimo dość apodyktycznego temperamentu, wypowiadała się jednoznacznie, raczej rozgrzebywała problem, stawiając pytania. Powtarzała zresztą wielokrotnie, że właśnie zadawanie pytań stanowi o wartości i godności myślenia. Na ogół nie takie są jednak oczekiwania wobec „publicznych autorytetów”. W tym sensie Barbara Skarga stała się osobą publiczną i publicznym autorytetem moralnym do pewnego stopnia wbrew własnym skłonnościom, tym bardziej wbrew tendencjom dominującym na publicznej scenie. Toteż i jej wpływ na ową scenę, na kształt publiczno-medialnej debaty był w rzeczywistości ograniczony. Choć udzielająca się publicznie, szanowana i honorowana, w gruncie rzeczy Skarga do śmierci pozostała osobna. Mimo rosnącego grona czytelników nigdy nie była wyrazicielką dominujących poglądów, nie miała też żadnych ambicji do ich wyrażania ani kształtowania.

Pytanie brzmi: czy o jakości sfery publicznej nie decyduje właśnie możliwość aktywnego w niej uczestnictwa postaci osobnych? Nie muszę chyba dodawać, że uważam to pytanie za retoryczne.

 

[1] Innego końca świata nie będzie. Z Barbarą Skargą rozmawiają Katarzyna Janowska i Piotr Mucharski, Kraków 2007, s. 211.

[2] Zob. B. Skarga, O filozofię bać się nie musimy, Warszawa 1999, s. 247

[3] Taż, Despotyzm rozumu, w: tejże, Pisma rozproszone z lat 1989–2000, Warszawa 2015, s. 142.

[4] Taż, O nienawiści, w: tejże, Pisma rozproszone z lat 1989–2000, dz. cyt., s. 286.

[5] Taż, O filozofię bać się nie musimy, dz. cyt., s. 246, 248.

[6] Tamże, rozmowa.

[7] Taż, Znaki dobre i złe, w: tejże, Pisma rozproszone z lat 1989–2000, dz. cyt., s. 235.

[8] Tamże.

[9] Taż, Zbiorowa tożsamość i zagrożenia z nią związane, w: tejże, Pisma rozproszone z lat 1989–2000, dz. cyt., s. 281.

[10] Taż, Wobec sporu konserwatystów z liberałami, w: tejże, Pisma rozproszone z lat 1989–2000,   dz. cyt., s. 275.

[11] Taż, Szczęśliwego nowego wieku, w: tejże, Pisma rozproszone z lat 1989–2000, dz. cyt., s. 51.

[12] Taż, O filozofię bać się nie musimy, dz. cyt., s. 248.

[13] Tamże, s. 239.

[14] Tamże, s. 242.

[15] Tamże.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter