Te przedmioty spotykało się niemal wszędzie: w przestronnych mieszkaniach przy Oxford Street w Sydney, przygnębiających domach otoczonych siatkowanym płotem na przedmieściach tropikalnego Darwin czy odległym – nawet dla Australijczyków ze wschodniego wybrzeża – Perth. Raz była to niewielka figurka stojąca między książkami, przedstawiająca dziecko australijskich autochtonów: czarne putto z wielką głową i szeroko otwartymi oczyma. Innym razem był to talerz z wymalowanymi smukłymi sylwetkami myśliwych na tle zachodzącego słońca. Gdziekolwiek by się szło, do jakiegokolwiek wnętrza by się zajrzało, można się było spodziewać, że chwila wytężonej uwagi przyniesie choć jeden przykład kiczowatego wzornictwa użytkowego, wykorzystującego wizerunek rdzennych mieszkańców kontynentu nazywanych obraźliwie Abo. Pozbawione wartości, produkowane przez długie lata banalne drobiazgi potrafiły wpasować się wszędzie. Aby zrozumieć, na czym polega zamiłowanie potomków kolonizatorów do bibelotów, wystarczy ruszyć na którąś z wyprzedaży garażowych w Sydney, gdzie można natknąć się na tysiące drobiazgów pozbawionych wyraźnej funkcji i smaku. Niektóre z nich posiadają mocny kolonialny wydźwięk, inne śmieszą lub mają rozczulać, jeszcze inne, niemal zbliżone do popularnych kropkowych malowideł, próbują adaptować elementy kultury zbyt odległej, by ją rozumieć. Wszystkie niosą w sobie dużą moc: z jednej strony obłaskawiają mroczną kartę historii Australii – wieloletnią eksterminację jej prawowitych właścicieli, z drugiej – uświadamiają coś o wiele poważniejszego: głęboką, utajoną niechęć do rdzennych mieszkańców, która – budowana latami – wciąż trwa w australijskim społeczeństwie.
Aborygeński kicz – jak w jednym z tekstów pisała Liz Conor, publicystka i naukowiec z uniwersytetu La Trobe zajmująca się historią, w tym feministyczną, Aborygenów[1]– odnaleźć można również w przestrzeni publicznej. W hotelu w Fitzroy autorka widziała portret czarnoskórej kobiety – nieudany, wydaje się, że artystę bardziej interesowały realistycznie odmalowane piersi modelki…