Populizm nie oszczędza nikogo. Wielu komentatorów wskazywało na „młode demokracje” europejskie jako szczególnie podatne na jego oddziaływanie. Tymczasem potęgowanie obaw i rozbudzanie lęków społecznych przy jednoczesnym serwowaniu cudownego panaceum na wszelkie problemy, z jakimi przychodzi się nam aktualnie mierzyć, z nie mniejszym powodzeniem działa na wyborców w państwach, którym historia podarowała zdecydowanie więcej czasu na uformowanie demokratycznej kultury politycznej.
Amerykańska demokracja ma się dobrze, a nawet bardzo dobrze
Ważnym wątkiem dziejów amerykańskiej republiki jest historia zmagań o upowszechnienie praw wyborczych. Wielu z Ojców Założycieli, w tym gronie tak znakomite osoby, jak chociażby J. Adams, A. Hamilton, B. Franklin czy J. Madison, miało zdecydowanie krytyczny stosunek do nadania praw wyborczych szerokim masom. W młodej republice amerykańskiej nie było dane aktywnie uczestniczyć w wyborach kobietom, rdzennym mieszańcom USA, niewolnikom, ale i wolnym obywatelom o czarnym kolorze skóry, osobom bez wystarczająco dużego majątku, a w wielu miejscach również obywatelom nienależącym do stanowego Kościoła państwowego. Tym samym obywatele sensu stricto (uprawnieni do głosowania i / lub bycia wybranym), w zależności od stanu, stanowili zaledwie od kilku do kilkunastu procent dorosłej populacji (w wieku powyżej 21 lat). Stąd też formuła znana z preambuły do federalnej konstytucji – „We the People” – pierwotnie opisywała podmiotowość polityczną bardzo wąskiej grupy osób, sprawującej „obywatelską pieczę” nad losami państwa i jego mieszkańców. Realia współczesnej polityki amerykańskiej są zdecydowanie bliższe ideałowi, który w zgrabnej formie wyraził swego czasu Robert Dahl. Na ideał ten składają się dwa założenia: (1) „Wszyscy członkowie [ludu – RP] są dostatecznie kompetentni pod wszelkimi względami, by…