Abdullah opisuje typowe zdjęcie uchodźcy: „Ma być zrozpaczony albo groźny. Złamany albo podejrzany”. Poza kadr wypadają: ambicja, duma, humor, wiara, codzienna nuda fot. Abdullah Bawshor
Abdullah Bawshore, Anna Alboth kwiecień 2026

Po drugiej stronie kadru

W największym obozie dla uchodźców na świecie młody fotograf Rohingya próbuje odzyskać coś, czego nie widać na zdjęciach z agencji prasowych: prawo do bycia kimś więcej niż ofiarą

Artykuł z numeru

Pułapki samorozwoju

Pułapki samorozwoju

Czytaj także

Agata Sikora

Mama Pucia się nie złości

Abdullah stoi kilka metrów od drutu kolczastego. Nie fotografuje go jednak tak, jak widziałam to setki razy wcześniej: z lotu ptaka, w szerokim planie, jako symbol zamknięcia. Kuca. Przesuwa się o krok w lewo. W jego kadrze drut jest tylko rozmazaną linią na pierwszym planie. Ostry pozostaje obraz dziewczyny poprawiającej chustę. Jej dłonie są spokojne. Za nią widać pagórki Kutupalong.

– Zdjęcia innych pokazują to, co się stało. Moje zdjęcia pokazują, kim jesteśmy – mówi.

Świat zna Rohingyów z pewnych obrazów. Kolumny ludzi przekraczających rzekę Naf. Błoto po kolana. Smutne, brudne dzieci. Kobiety skulone pod czarnymi parasolami z plandeki. W 2017 r. te kadry obiegły wszystkie kontynenty. Były dowodem zbrodni. I były konieczne.

– Kiedy patrzę na te zdjęcia z 2017 r. – mówi Abdullah – widzę prawdę. Ale nie widzę nas w całości.

W Koks Badźar żyje dziś ponad milion Rohingyów, w 34 oddzielnych obozach rozsianych po wzgórzach południowo-wschodniego Bangladeszu.

– To niemal tyle, ile liczy cała aglomeracja krakowska – mówi Maciej Popowski kierujący Dyrekcją Generalną ds. Operacji Ochrony Ludności i Pomocy Humanitarnej (DG ECHO) przy Komisji Europejskiej, który odwiedził obozy w 2023 r. – Widziałem na własne oczy, jak funkcjonują w trudnych warunkach: bez możliwości pracy, bez szans na samodzielność, całkowicie zależni od pomocy.

Istnieje coś, co Abdullah nazywa półżartem „uchodźczym wyglądem”. Nie chodzi o ubranie ani o twarz. Chodzi o to, jak świat chce widzieć człowieka bez państwa.

O zestaw kadrów, które wywołują współczucie albo niepokój szybciej niż jakiekolwiek wyjaśnienie. W tym skrócie jest mało miejsca. Uchodźca ma być zrozpaczony albo groźny. Złamany albo podejrzany. Wszystko, co bardziej zwyczajne – ambicja, duma, humor, wiara, codzienna nuda – wypada poza ramę.

Abdullah urodził się w Mjanmie jako bezpaństwowiec, syn bezpaństwowców. W 2017 r., po ucieczce z Arakanu (Rakhine), zamieszkał w Kutupalong: jednym z największych obozów uchodźczych na świecie. Dziś pracuje, dokumentując życie w obozie i ucząc młodych ludzi fotografii, filmu, muzyki, rysunku i poezji. Jego zdjęcia zostały nagrodzone w międzynarodowym konkursie Minority Artists Contest organizowanym przez ONZ i Minority Rights Group. Jury pisało o poruszającym, dokumentalnym spojrzeniu, które pokazuje nie tylko ból i przeciwności, lecz także kreatywność, odwagę i siłę bezpaństwowej mniejszości.

– Za każdym razem, gdy patrzę na te kilka zdjęć z 2017 r., czuję, że jesteśmy ludźmi porzuconymi przez świat, na którym nie ma nikogo, kto by nas wspierał. Te zdjęcia opowiadają już historię Rohingyów, ale nadal nie widzimy żadnych zmian w sytuacji kryzysowej. Te chwile były prawdziwe, pożary były prawdziwe, łzy były prawdziwe, trauma była prawdziwa. Te zdjęcia pomogły światu dowiedzieć się o ludobójstwie Rohingyów w 2017 r. – mówi i na moment odwraca wzrok. – Lecz złe jest to, że były odbierane wyłącznie jako obrazy ofiar. Jakbyśmy już na zawsze utknęli w chwili cierpienia, płaczu, głodu i wysiedlenia. Nie pokazują naszego życia przed ucieczką z Arakanu. Naszych wiosek. Domów. Majątku. Kultury. Ich historia to nie tylko wygnanie. To też historia tego, kto opowiada o wygnanych. Nie historia cierpienia, lecz patrzenia.

Chcesz przeczytać artykuł do końca?

Zaloguj się, jeden tekst w miesiącu dostępny bezpłatnie.

Zaloguj się