Steve Bannon (z prawej) przysługuje się Donaldowi Trumpowi, 31 stycznia 2017 r. / fot. Getty Images
Michał Zabdyr-Jamróz marzec 2020

Okno Overtona i inne strategie alt-prawicy

Od lat 70. amerykańska prawica metodycznie przesuwała środek ciężkości politycznego dyskursu. W ramach tej strategii wspierała też swoich największych radykałów. Na ich tle siły skrajne zaczęły być postrzegane jako umiarkowane.

Artykuł z numeru

Jak mówi prawica?

Jak mówi prawica?

Grupa lewicowców ze środowiska okołoakademickiego spotyka się regularnie w domu na przedmieściach podczas wspólnych kolacji. W ich trakcie ubolewają nad sukcesami prawicy. Zauważają, że jej przedstawiciele są bezkompromisowi i amoralnie lojalni wobec własnych liderów. Tymczasem – przyznają przed samymi sobą – lewicowcy to „miękkie kluchy”, które upajają się moralną słusznością, bojkotami konsumenckimi i permanentnie kłócą się między sobą o najmniejsze transgresje. Wpadają więc na diaboliczny pomysł. Będą zapraszać na kolacje znanych w okolicy działaczy prawicowych, a jeśli w toku dyskusji goście nie zmienią zdania, to zostaną otruci.

Ten plan wdrażają z sukcesem. W ogródku rosną kopce ze zwłokami. Wreszcie nadarza się im prawdziwa gratka. Popularny ultraprawicowy komentator telewizyjny Norman Arbuthnot szuka miejsca, gdzie mógłby poczekać na opóźniony lot i coś przekąsić. Rozmowa przy stole przybiera jednak zupełnie niespodziewany obrót. Zapytany o chrześcijańską prawicę Arbuthnot oznajmia, że owszem jest ona istotną częścią polityki: „ale ma znikomą władzę. To znaczy robi najwięcej hałasu, ale to centryści wykonują najwięcej pracy. Skrajności w obu partiach przyciągają uwagę. Lecz decyzje podejmowane są przez umiarkowanych”.

Na pytanie o to, na jakim stanowisku sam stoi, odpowiada: „Słuchajcie. Ja sobie mogę pokrzykiwać i narzekać, ale jak inaczej będę usłyszany? Nie jestem wybranym przedstawicielem Republiki. Jestem tylko zatroskanym obywatelem, któremu nie podobają się pewne rzeczy, które chce zmienić. Dokładnie to jest najwspanialsze w tym kraju”.

Zagadnięty o swoje poglądy i to, jak prowokują ludzi do skrajności, wyjaśnia: „Nie mogę być odpowiedzialny za każdego wariata, który pomyśli sobie, że mam na myśli coś, czego wcale nie mam na myśli. To prawda, że są bardzo szkodliwi ludzie po obu stronach – skrajnej lewicy i skrajnej prawicy. Ale stawiam tezę, że im bardziej radykalne te przeciwieństwa są, tym bardziej umiarkowane staje się społeczeństwo. Kiedy uśrednisz te ekstrema, okazuje się, że społeczeństwo jest całkiem nieźle zakotwiczone pośrodku. Czyż to nie jest to, czego byśmy wszyscy chcieli? Społeczeństwo, w którym żyć może każdy”.

Na pytanie, czy zabiłby Hitlera, gdyby cofnął się w czasie do momentu, zanim objął on władzę, Arbuthnot, po chwili namysłu odpowiada: „Absolutnie nie. (…) To, co bym zrobił (…), to porozmawiał z tym człowiekiem. Najlepiej jak umiem, spróbowałbym pokazać błędy w jego myśleniu. Zakwestionował jego idee. Wymienił myśli. Sprowokował zmianę. Przez inteligentną debatę”.

Gospodarze są w szoku. Prawicowiec – i to taki, jakim serdecznie gardzili – okazał się lepszym nośnikiem lewicowych liberalnych wartości niż oni sami. Po krótkiej naradzie gospodarze postanawiają zachować go przy życiu. Zamiast przekonać kogoś, sami zostali przekonani. Tylko że Arbuthnot przejrzał ich plan. Najpewniej zdążył po kryjomu otruć ich wino. Potem – wbrew wcześniejszym deklaracjom, że jest wyłącznie głosem protestu – wykorzystując medialną sławę, kandyduje na prezydenta USA.

Taki jest zarys fabuły filmu Kolacja z arszenikiem (The Last Supper) z 1995 r. Ten kameralny film – z zaskakująco prominentną obsadą (na czele z Cameron Diaz, Ronem Perlmanem i Billem Paxtonem) – jest niemal całkowicie zapomniany i niedoceniany. A stanowi dzieło zdumiewająco prorocze, jeśli idzie o losy amerykańskiej demokracji. Mamy w nim rosnącą polaryzację amerykańskiej polityki (odnotowywaną przez badania od poł. lat 70.). Mamy frustrację lewicowców z powodu bezpardonowego marszu prawicy przez ośrodki władzy. Mamy prawicowych populistów – dziś zwanych alt-prawicą – którzy grają na nastrojach tłumu i swoje niepoprawne politycznie komentarze usprawiedliwiają liberalnymi ideałami wolności słowa. Mamy rozdarcie lewicy między jej własnymi ideałami tolerancji i kompromisu a bardziej stanowczymi strategiami walki politycznej. Wreszcie mit „zdrowo zbalansowanej” liberalnej demokracji, gdzie skrajności się zerują, tak że ostatecznie rządzi umiarkowane centrum. Efektem tego wszystkiego jest fakt, że lewica przegrywa – usidlona w dołkach, które sama wykopała.

W spolaryzowanym systemie tymczasem centrum zupełnie znika. Lewica delegitymizuje skrajności w swoim obrębie, podczas gdy prawica własnych radykałów wynosi do władzy.

Brzmi znajomo? To dlatego że już w latach 90. – jeszcze w dobie „końca historii”, kiedy nic nie zapowiadało kryzysu neoliberalnego paradygmatu – dało się zauważyć pewne zjawiska, które przywiodą kandydata alt-prawicy do prezydentury. Te rozwiązania – kopiowane i w Polsce od parunastu lat – okazują się mieć korzenie w strategii wyraźnie sformułowanej już w latach 70. XX w.

Nie tylko Steve Bannon

W popularnym dyskursie medialnym triumf alt-prawicy w 2016 r. przypisuje się przede wszystkim Steve’owi Bannonowi – doradcy politycznemu Trumpa, który aktualnie jeździ po Europie i koordynuje aktywności środowisk skrajnej prawicy. Istotną rolę przypisuje się też syndykatowi fakenewsowemu Breitbart i innym jemu podobnym. Wskazuje się też na aktywność Putinowskiej machiny wojny dezinformacyjnej: farm trolli i fake newsów w ramach szczególnie podatnego środowiska mediów społecznościowych. Ta ostatnia teoria nabrała znaczenia po ujawnieniu skandalu z firmą Cambridge Analytica, poprzez którą – korzystając z opcji badań naukowych, na jakie pozwala Facebook – wspomniany Bannon mógł zdobywać dane o milionach użytkowników i profilować dla nich manipulacyjny przekaz wyborczy. Wszystkie te teorie przeplatają się, tworząc wspólną narrację o alt-prawicy jako piątej kolumnie Putina, która w jego interesie, eksploatując zjawisko postprawdy, destabilizuje demokracje, skłóca społeczeństwa oraz rozbija NATO i Unię Europejską.

Z ciekawszych teorii źródeł sukcesu alt-prawicy warto jeszcze wymienić teorię starcia środowisk graczy komputerowych i wojowników sprawiedliwości społecznej (SJW, social justice warriors). Przedstawiła ją Angela Nagle w książce z 2017 r. pt. Kill All Normies. Online Culture Wars from 4chan and Tumblr to Trump and Alt-Right (Zabić normiaków. Internetowe wojny kultur od 4chana i Tumblra do Trumpa i alt-prawicy). Zakłada ona, że „ekscesy politycznej poprawności” w krytyce gier komputerowych miały doprowadzić do reakcji męskich graczy i ich ironicznego propagowania symboliki neofaszystowskiej. Z czasem okazało się, że za tą fasadą kryć się może realne poparcie dla postulatów alt-prawicowców takich jak Richard Spencer.

Wszystkie te interpretacje wskazują na niektóre z bezpośrednich czynników. Pomijają jednak dużo szerszy i historycznie odleglejszy kontekst źródeł alt-prawicy. Żeby go zrozumieć, trzeba sięgnąć do wczesnych lat 70. i do genezy strategii wypracowanej dla prawicy zorientowanej raczej na neoliberalną wolność gospodarczą niż na neofaszystowską ksenofobię. 23 sierpnia 1971 r. wpływowy wówczas prawnik nazwiskiem Lewis F. Powell Jr wystosował do Amerykańskiej Izby Handlu memorandum pt. Attack on the American Free Enterprise System (Atak na Amerykański System Wolnej Przedsiębiorczości). Dokument ten znany będzie z czasem jako memorandum Powella. Parę miesięcy późnej Powell został powołany przez prezydenta Nixona na sędziego Sądu Najwyższego USA.

Memorandum Powella

Memorandum zawiera szereg uwag o tym, kto zagraża „amerykańskiemu systemowi wolnej przedsiębiorczości” – czyli kapitalistycznemu „systemowi zysków” – i co należy z tym zrobić. Głównym zagrożeniem są według Powella „szanowane elementy społeczeństwa”: akademicy,dziennikarze, artyści i politycy (co ciekawe, nie uznaje ich za agentów ZSRR). Wskazuje, że pomimo małej liczebności ludzie ci wykorzystują do propagowania swoich lewicowych idei autorytet akademii i potencjał mediów masowych.

Za najbardziej efektywnego antagonistę prawnik uznawał Ralpha Nadera – czołowego rzecznika walki o prawa konsumentów. Nader walczył choćby z Fordem, który wypuścił na rynek model o nazwie Pinto w pełnej świadomości, że samochód ten ma wadliwą konstrukcję baku. Kalkulowano jednak, że korzystniej będzie płacić odszkodowania rodzinom klientów spalonych w ewentualnych wypadkach, niż samochód przeprojektowywać.

Nader wzywał do wsadzania dyrektorów korporacji do więzień za zatruwanie żywności i środowiska czy wypuszczanie niebezpiecznych bubli. Dla Powella był to „szeroko zakrojony atak, który podważa zaufanie opinii publicznej”. Nie podobało mu się, że media nieżyczliwie piszą o ulgach podatkowych dla milionerów. Postulował więc, by biznesmeni już nie tylko starali się generować zyski, ale i finansowali propagandę na rzecz systemu, który ich zyski generuje.

Proponował szereg działań obejmujących kilka obszarów: akademii (kontrolowanie uniwersytetów, zakładanie szkół biznesu i wspieranie profesorów, którzy „wierzą w system”, finansowanie prawomyślnych czasopism naukowych, zatrudnianie atrakcyjnych mówców i domaganie się prawa do ich wystąpień na kampusach), edukacji (ewaluacja podręczników, publikowanie autorów broniących interesów biznesu, propagowanie lekcji przedsiębiorczości w szkołach), mediów (monitorowanie telewizji i zgłaszanie treści do urzędów nadzoru) oraz legislacji i prawa (powoływanie think tanków wypracowujących projekty ustaw i je propagujących, sztaby prawników broniących biznesu i zaskarżających niekorzystne prawo). Ponadto nawoływał do propagowania „systemu” przez wykupywanie reklam, sponsorowanie tanich publikacji i dystrybucję gazetek dla udziałowców i pracowników.

Na te aktywności biznes miałby wydawać 10% swojego budżetu marketingowego, a koordynować całość miałaby Izba Handlu USA. Wszystko pod płaszczykiem walki o „przywrócenie równowagi” i „wolność akademicką”. Przyznawał przy okazji, że nie widzi problemu, by w takim wypracowywaniu równowagi współuczestniczyły także organizacje lewicowe. Podkreślał jednak, że kluczem jest nie tylko „stopniowa zmiana w opinii publicznej”, ale i polityczna siła bezpośrednich akcji – agresywna postawa wobec wszystkich „Naderów i Marcuse’ów”, którzy „opierają się systemowi”.

Według Powella „kluczowym składnikiem całego programu musi być odpowiedzialność i »kontrola jakości«. Publikacje, artykuły, przemowy, programy telewizyjne, reklama, pisma sądowe i wystąpienia przed komisjami ustawodawczymi – wszystko to powinno spełniać najwyższe standardy naukowości, niezależnie od tego, czy ktoś się zgadza z poglądami w nich zawartymi czy też nie”.

Wygląda to wszystko na spisek. I do pewnego stopnia nim jest, choć niekoniecznie w rozumieniu zwolenników tzw. teorii spiskowych. Amerykański biznes dysponował i dysponuje ogromnymi zasobami. Takie plany może wdrożyć, działając w formie luźnego sojuszu wielu podmiotów. Program ten, sam w sobie, jest dość oczywistą strategią i jego założenia stosowane były w rozproszeniu nawet przed powstaniem w 1947 r. słynnego Stowarzyszenia Mont Pèlerin, stanowiącego zalążek tzw. kolektywu neoliberalnych myślicieli (Hayek, Mises).

Natomiast faktem jest, że bezpośrednio po memorandum powstały w 1973 r. think tanki takie jak Heritage Foundation. To one stanowiły później wzorzec propagowania narracji, sponsorowania badań, lansowania zmian w prawie oraz prowadzenia sporów sądowych (także tych mających na celu nękanie aktywistów i dziennikarzy). Efektem tego było choćby poważne osłabienie amerykańskiego prawa o odpowiedzialności towarowej.

W przypadku memorandum mamy do czynienia „tylko” z obroną stanowiska prawicowego ekonomicznie. Sam Powell nie był zanadto konserwatywny obyczajowo. W 1973 r. był jednym z tych sędziów, którzy zagwarantowali legalność aborcji w USA. Jednak nie to jest dziedzictwem jego strategii. Memorandum Powella wyznacza schemat postępowania: wzorzec walki o polityczną i kulturową hegemonię prawicy. Z tego wzorca z czasem korzystać zaczęli także konserwatyści obyczajowi i religijni.

Warto pamiętać przy tym, że wszelkie prawicowe strategie walki o dominację w sferze opinii publicznej w znacznej mierze formułowane są w reakcji na realną czy rzekomą kulturową hegemonię lewicy – czy to na uniwersytetach, czy w sztuce i kulturze, szczególnie masowej. Rozważania o walce z kapitalistyczno-konserwatywną „hegemonią kulturową” pierwotnie były przedmiotem refleksji lewicowej, jak w przypadku twórcy tego pojęcia marksisty Antonio Gramsciego.

Prawica na całym świecie bardzo wzięła sobie do serca uwagi Rudiego Dutschke, lidera niemieckiego ruchu studenckiego, który w 1967 r. rekomendował „długi marsz przez instytucje”. Zbudowanie warunków dla rewolucji wymagało jego zdaniem powolnej zmiany opinii publicznej przez infiltrowanie instytucji i kluczowych profesji. Od tego czasu wszelkie prawicowe strategie w stylu memorandum Powella mają być odpowiedzią czy raczej prewencją takiego „długiego marszu” lewicy.

Przesuwanie okna Overtona I tak oto przez lata 70. strategia opisana w Memorandum Powella zaczęła się konsolidować i nabierać rozpędu, by w latach 80. zaprocentować spektakularnymi sukcesami wyborczymi, a w 90. – przechodzeniem na neoliberalizm lewicowych partii politycznych. Najdobitniejszym tego przykładem jest słynny manifest Blaira i Schrödera pt. Europa: Trzecia Droga – Nowy Środek.

Proces tak skutecznej zmiany środka debaty publicznej w kwestiach ekonomicznych najdobitniej ilustruje pojęcie okna Overtona. Pojęcie to – a właściwie „okno dyskursu politycznego” – wprowadził do debaty publicznej po 2003 r. Joseph Overton, wiceprezydent wolnorynkowego think tanku Centrum Polityk Publicznych im. Mackinaca. „Okno” to zakres propozycji politycznych uznawanych za politycznie możliwe i dopuszczalne. W oknie znajdują się rozwiązania „popularne” i „sensowne”. Poza nim w obie strony politycznego spektrum rozchodzą się opcje „radykalne” i „nie-do-pomyślenia”.

Mimo że samo pojęcie okna Overtona nie jest kategorią naukową, stało się wygodnym narzędziem opisu rzeczywistości także dla lewicy: czy to w wymiarze krytycznym („Patrzcie, co oni wyprawiają!”), czy postulatywnym („Hej, my też powinniśmy tak robić!”). Obie strony sporu pragną przesuwać okno Overtona w swoją stronę.

Okazuje się, że jednym z mechanizmów takiego przesuwania jest tzw. pozytywny efekt radykalnej flanki. Polega on na tym, że częste występowanie skrajnych poglądów i działań – na zasadzie kontrastu – zwiększa szansę akceptacji stanowisk bardziej umiarkowanych, ale wcześniej postrzeganych jako radykalne.

Efekt tego rodzaju stwierdzono przy analizach polityk lewicowych – walki o prawa obywatelskie Afroamerykanów w USA. Herbert Haines badał na początku lat 80. zmiany w poziomie finansowania organizacji walczących o te prawa. Zaobserwował wzrost pieniężnego wsparcia organizacji uznawanych współcześnie za umiarkowane, takich jak NAACP (National Association for the Advancement of Colored People), który dokonał się po 1966 r., czyli wraz ze wzrostem radykalnego aktywizmu: powstaniu Partii Czarnych Panter, zamieszkach na tle rasowym oraz działalności Martina Luthera Kinga (sic!). Przed tym okresem NAACP, koncentrująca się głównie na walce na drodze sądowej, uznawana była za organizację radykalną. Co ciekawe, sam Martin Luther King – współcześnie podawany jako wzorowy przykład obywatelskiego nieposłuszeństwa i działalności non-violence – w tamtym okresie uznawany był za… komunistycznego radykała. Ewidentnie w kwestiach rasowych okno Overtona przesunęło się od tego czasu jeszcze bardziej na lewo. Pokazuje to dobitnie, jak aktywizm radykalny, niestroniący od przemocy, potrafi przekalibrować publiczną percepcję tego, co jest skrajne, i pewne słuszne postulaty uczynić częścią konsensu społecznego.

Warto odnotować istnienie zjawiska odwrotnego, kiedy to radykalizm miałby zniechęcać do popierania bardziej umiarkowanych zwolenników tej samej opcji. Za jego przykłady uznawało się spowolnienie procesu emancypacji czarnoskórych niewolników przed wojną secesyjną w USA z winy ekstremistów takich jak John Brown. Innym przykładem była porażka we wczesnych latach 80. we wprowadzeniu do Konstytucji USA poprawki o równych prawach dla kobiet (Equal Rights Amendment, ERA). Za to niepowodzenie obwiniano w prasie działalność radykalnych feministek.

Te zastrzeżenia nie zmieniają jednak faktu, że pozytywny efekt radykalnej flanki został zauważony przez ówczesnych strategów politycznych i stał się częścią ich działań, niekiedy w dość bezwzględny sposób. Z czasem umiarkowane prawicowe stronnictwa polityczne czy media zaczęły przyjmować neutralną bądź życzliwą postawę wobec środowisk ekstremistycznej prawicy. W ten sposób ich obecność w debacie publicznej stawała się coraz mniej oburzająca. Taka jest właśnie lewicowa interpretacja działań Donalda Trumpa w czasie kampanii wyborczej i prezydentury. Jego brak jednoznacznego potępienia organizacji takich jak Ku Klux Klan sprawia, że zjawiska radykalne zaczęły być postrzegane jako normalne. W tym kontekście jednym z bardziej osobliwych przykładów przeciągania okna Overtona jest tzw. polityka psiego gwizdka.

Polityka psiego gwizdka

Polityka ta polega na zakodowaniu pewnych radykalnych, a nawet godnych potępienia stanowisk w postaci pozornie rozsądnych i umiarkowanych haseł. Hasła te mają być rozpoznawalne dla osób znających odpowiedni kod. Stąd bierze się nawiązanie do gwizdka ultradźwiękowego słyszalnego tylko dla psów. Jednak powierzchownie neutralny charakter to tylko alibi – umożliwia strategię wiarygodnego zaprzeczenia.

Wzorowym przykładem jest tu zastąpienie przez tzw. nowy antysemityzm hasła „spisek światowego żydostwa” terminem „spisek globalnej finansjery”. Nowy slogan zachowuje nawet elementy lewicowej krytyki kapitalizmu, jednak dla wtajemniczonych jego znaczenie jest jasne i jednoznaczne.

Klasycznym przykładem polityki psiego gwizdka jest tzw. Południowa Strategia amerykańskiej Partii Republikańskiej. Polega(ła) ona na sygnalizowaniu rasistowskim wyborcom z południa USA, że dany program ma elementy szkodzenia wspólnotom afroamerykańskim, bez stwierdzania tego wprost. Do praktykowania jej przyznał się Krajowy Komitet Republikanów w 2005 r., przepraszając za nią społeczność afroamerykańską.

Zasady tej strategii wyjaśniał w (przeprowadzonym na potrzeby badań politologicznych) wywiadzie z 1981 r. Harvey Atwater – przewodniczący Komitetu i doradca prezydentów Ronalda Reagana i George’a Busha seniora: „Co do tej całej Południowej Strategii, którą opracował w 1968 r. Harry S. Dent z innymi: sprzeciw wobec Ustawy o prawie do głosowania [1965 r.] miał być kluczowym elementem, by utrzymać Południe. Teraz już tego nie musisz robić. Wszystkim, co musisz zrobić, by utrzymać Południe dla Reagana, to startować z jego programem z 1964 r., czyli fiskalnym konserwatyzmem, równoważeniem budżetu, cięciem podatków, rozumiesz, cała ta zbitka. (…) Zaczynasz w 1954 r. mówiąc »Czarnuch, czarnuch, czarnuch«. W 1968 r. już nie możesz mówić »czarnuch« – strzelasz sobie w ten sposób w stopę. Mówisz więc rzeczy takie jak »prawa stanów« [states’ rights] (…), i zaczynasz być bardzo abstrakcyjny. Teraz mówisz o cięciu podatków i wszystkie rzeczy, o których mówisz, są kompletnie ekonomiczne, a ich skutkiem ubocznym jest to, że czarni tracą bardziej niż biali (…)”.

Tutaj pojawia się największe wyzwanie w identyfikowaniu strategii psiego gwizdka. W warstwie dosłownej pozwala ona na wypieranie się godnych potępienia celów. Hasła takie mogą nawet zacząć być stosowane – w dobrej wierze – przez osoby o zupełnie odmiennych poglądach. Wówczas doszukiwanie się ukrytej intencji naraża na zarzut politycznej paranoi: oczerniania dowolnych przeciwników politycznych jako faszystów. To zresztą jest jedna z funkcji polityki psiego gwizdka – dyskredytacja osób, które starają się tę strategię identyfikować.

Instrumentalizacja

Obserwując to, jak założenia strategii Powella się upowszechniły, trudno oprzeć się wrażeniu, że odniosła ona ogromny polityczny sukces. Jej elementy zyskały szacunek politycznych macherów na całym świecie i były – bardziej lub mniej świadomie – naśladowane przez najprzeróżniejsze grupy interesu i stronnictwa, także te religijne.

Jednakże z czasem kontrola jakości przekazu propagandowego – którą podkreślał Powell – przestała być aż tak istotna, przynajmniej w realiach, w których paradygmat „systemu zysków” stał się całkowicie dominującą narracją. Jednocześnie otwartość na zbalansowanie racji obu stron przestała być szczerze wyznawaną zasadą, a zaczęła być instrumentem erystycznej rywalizacji. Slogan „uczciwy i wyważony” (Fair and Balanced) stał się na wiele lat naczelnym hasłem reklamowym Fox News, notorycznie stronniczej i manipulatorskiej stacji informacyjnej założonej w 1996 r. przez Ruperta Murdocha (australijskiego magnata medialnego) i Rogera Ailesa (byłego konsultanta medialnego Richarda Nixona).

W taki sam sposób zaczęto traktować kategorię naukowości przekazu. Instytucje badawcze tworzono dla generowania wyselekcjonowanej pod tezę lub wprost sfałszowanej wiedzy naukowej. Tutaj wzorzec był starszy i też podpatrzony w biznesie: Komitet Badań nad Tytoniem (Tobacco Industry Research Committee) powstał już w 1953 r., by negować badania stwierdzające związek palenia z rakiem płuc. Ta taktyka przeniosła się na obszary sporu ideologicznego. W 2002 r. powstał American College of Pediatricians – instytucja licząca ok 500 członków, oskarżana przez publiczne instytucje badawcze o niewłaściwe wykorzystanie dowodów naukowych i opisywana w analizach jako „obyczajowo konserwatywna grupa założona w celu delegitymizowania adopcji dzieci przez pary homoseksualne, w opozycji do przeciwnego stanowiska przyjętego przez podobnie nazwaną American Academy of Pediatrics” – która istnieje od 1930 r. i liczy 46 tys. członków.

W tym miejscu mógłbym wymieniać więcej przykładów strategii w duchu memorandum Powella. Także tych, których od Amerykanów uczyli się nasi politycy i aktywiści. To, że spoty reklamowe PiS, a potem PO były kalkami z amerykańskich kampanii wyborczych, nie było niczym odosobnionym. Działalność organizacji takich jak Ordo Iuris jest z kolei przykładem profesjonalnego, świetnie finansowanego i powiązanego z biznesem aktywizmu kancelarii prawnych i think tanków. Dyktowanie warunków gry, narzucanie tempa polityce medialnej, przedstawianie coraz bardziej radykalnych inicjatyw, to sprawdzone strategie przesuwania okna Overtona. Nawet jeśli jakaś organizacja wydaje się szkodliwa dla partii rządzącej – jako zbyt skrajna – w istocie może (nawet bez specjalnej koordynacji działań) robić użyteczną robotę dla niej przez ukazywanie jej jako „znacznie bardziej rozsądnej”.

Kłamstwo założycielskie XXI w.

Kiedy w 2016 r. Oxford Dictionaries „postprawdę” ogłosił słowem roku, zdumiewać mogło tylko to, jak krótką pamięć mają komentatorzy polityczni.

Wszyscy zapomnieli, że kłamstwem pierworodnym XXI w. – matką wszelkich fake newsów – była Saddamowska broń masowego rażenia.

Kiedy kłamstwo wyszło na jaw, mało kogo to obchodziło. Wojna się już toczyła. Łatwo było powiedzieć, że celem jest teraz budowanie demokracji na Bliskim Wschodzie. Zapomnieliśmy, że eksplozja jawnych fake newsów w 2016 r. była jedynie kulminacją procesów zapoczątkowanych przez to jedno z wielu wierutnych kłamstw machiny propagandowej neokonserwatyzmu. Od inwazji w Iraku i destabilizacji regionu – poprzez arabską wiosnę, Państwo Islamskie, wojnę domową w Syrii i kryzys uchodźców z tej Syrii uciekających – dobrnęliśmy do antyimigranckiego brexitu i Trumpa. Wojna w Iraku – deklarowana ekspansja liberalnej demokracji – zapoczątkowała efekt domina, który konsens tej demokracji podkopał.

A wszystko to było możliwe dzięki „sfabrykowanemu konsensowi” w mediach głównego nurtu i w opinii publicznej, o którym już w 1988 r. pisali Edward Herman i Noam Chomsky. Co ciekawe, w tym samym roku do kin wszedł absolutny klasyk niszowego kina amerykańskiego – Oni żyją (They Live) Johna Carpentera. Jego fabuła jest alegorią USA pod rządami Reagana, gdzie kraj opanowany został przez rasę pozaziemskich kapitalistów. Ludzka populacja utrzymywana była w uśpieniu przez media nadające sygnały podprogowe. W filmie prawdę o świecie można było odkryć dopiero dzięki specjalnym okularom. Po ich założeniu rzeczy stawały się czarno-białe. Kosmici ujawniali swą prawdziwą postać. Kolorowe billboardy, pisemka i pieniądze okazywały się mieć jeden przekaz: „bądź posłuszny”, „konsumuj”, „pieniądz to twój bóg”. To właśnie ten sfabrykowany konsens stanowił rdzeń okna Overtona w latach 80., 90. i 2000. To on budował poczucie „końca historii”.

Ale na „koniec historii” nie powinno się patrzeć jako na tezę historiozoficzną Fukuyamy. W moim przekonaniu to była raczej pewna epoka historyczna, niczym XIX-wieczny fin de siècle. Nazwa celnie wskazuje na jedną z głównych cech społecznego nastroju po 1991 r. – chodzi o postrzeganie ewolucji systemów socjoekonomicznych jako „zrealizowanej”. Jak mówił agent Smith z Matriksa, 1999 r. to był „szczyt rozwoju ludzkiej cywilizacji”. I nie chodziło tu o to, że już nic się nie wydarzy, że skończą się dyktatury czy bieda i istniał już będzie tylko raj na ziemi. Chodziło raczej o wrażenie, że najlepszy system polityczno-społeczno-ekonomiczny już wynaleziono, i teraz tylko należy czekać, aż reszta świata do niego dojrzeje. „Koniec historii” cechował pewien spokój ducha, wynikający z przekonania, że wiemy, do czego zmierzamy: do liberalnej demokracji. Dlatego koniec „końca historii” nie nastąpił wcale wraz z „zemstą Boga” 11 września 2001 r. ani nawet z porażką arabskiej wiosny. To były tylko małe potknięcia w nieustannym postępie historii. Koniec „końca historii” nastąpił w 2016 r. – zdarzeniami bardziej zaskakującymi i szokującymi niż zamach terrorystyczny: brexitem i Trumpem. Wtedy to runęło poczucie, że „my tu na Zachodzie” mamy zasadniczo wszystko opanowane.

Romans z radykałami trwa

Przez całe dekady od lat 90. republikański establishment – szczególnie Fox News – flirtował z prawicowym ksenofobicznym radykalizmem. Tak przeciągał okno Overtona w prawą stronę, zapewniając sobie ideologiczną i kulturową hegemonię: przez wykorzystanie pozytywnego efektu radykalnej flanki. Oswajano wyborców z tym, że prawda nie ma znaczenia, że liczy się „kiszkoczucie”. I kiedy na scenę polityczną z impetem wkroczył Donald Trump, kiedy brexit – wbrew wszelkim oczekiwaniom – został przegłosowany, klasa polityczna głównego nurtu była w szoku. Mainstreamowa prawica też początkowo tego szoku doznała. Stała się zakładniczką swojego własnego potwora. Potem jednak dosiadła go bez większych skrupułów. Wyraźnie to widać po tym, jak Rupert Murdoch początkowo usiłował storpedować kandydaturę Trumpa, ale zaczął tracić oglądalność, więc dołączył do jego sojuszników. Widzowie Fox News – publika, którą ta stacja przez lata ukształtowała w gustach i wrażliwości politycznej – wreszcie dostali człowieka idealnie pasującego do ich wyobrażenia o prezydenturze. Alt-prawica i jej dyskursywna siła ok. 2016 r. to właśnie odległy produkt zwulgaryzowanej strategii Powella.

I tu, w moim przekonaniu, ujawniają się także grzechy centrolewicy doby neoliberalnego konsensu i „końca historii”. Te błędy, które tak wyśmienicie zdiagnozowano w Kolacji z arszenikiem. Tylu rozsądnych ludzi dało się nabrać na „głos rozsądku” – pochwałę rządów wypośrodkowanych, umiarkowanych, widząc alternatywę tylko w przemocy politycznych morderstw – w ogóle z przemocą utożsamiając radykalizm programu (wyświechtany slogan, że „dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane”). Apoteoza zbalansowania w centrum byłaby jeszcze zrozumiała. Jednakże liberalna centrolewicowość opierała się też na egocentrycznym samozadowoleniu ludzi sukcesu, którym neoliberalna hipertrofia osobistej odpowiedzialności i zasłużonego sukcesu ewidentnie schlebiała. Przez nią dojrzała „klasa panditów” (pundit class) – jak ją nazywają Amerykanie – czyli klasa publicystów, pisarzy i innych „gadających głów” (pandit to hinduski mędrzec, doradca władcy). Ludzie ci, owszem, byli otwarci, kosmopolityczni, postępowi obyczajowo. Jednakże całkowicie gubili empatię dla tych, którym się nie udało. Dla zachowania systemu, w którym nie tylko jest im dobrze, ale i który usprawiedliwia to, że jest im dobrze, byli w stanie nadużywać swojej publicystycznej licentia poetica.

Medialnie sfabrykowany konsens – nawet lewicowych – mediów głównego nurtu wcale nie stronił od fake newsów, manipulacji, nieuczciwego traktowania, choć dokonywał ich zdecydowanie bardziej subtelnie, niż obserwujemy to współcześnie. Na pewno ułatwiał cyrkulację narracji wygodnych dla klas rządzących – przez rażący brak krytycyzmu. Przez całe dekady braku alternatywy nikt nie zdawał sobie sprawy z wypaczeń tych narracji. Jednakże przyszła rewolucja mediów społecznościowych i zrobiła taki ferment jak ten niegdyś poczyniony przez wynalazek prasy – od razu użyty z największą skutecznością nie do drukowania książek, ale kolportowania memopodobnych pamfletów, obrazkowych paszkwili, fakenewsów i doniesień o tym, jak to w debacie lipskiej Luter „zaorał” legata papieskiego.

Tymczasem media głównego nurtu – zapatrzone w słupki oglądalności – także wpisywały się w maskaradę Normana Arbuthnota przekonane, że on tylko „robi najwięcej hałasu, ale to centryści wygrywają”. Wszystko miało być jak dawniej – wygrać miał rozsądniejszy kandydat. Umiarkowanie miało być synonimem kompetencji i wybieralności.

W czerwcu 2016 r. zawodowi pandyci pisali: „Uspokójcie się. Trump nie będzie prezydentem – a Brytania nie opuści UE” (tekst pod takim tytułem opublikował Ian Leslie na łamach „New Statesman”).

Centrolewicowa ekspercka opcja wydawała się skazana na zwycięstwo. Tak było jeszcze parę lat wcześniej. Fascynujące, że wtedy nawet przemysł medialny mógł się czuć tak, jakby dyktował rzeczywistość. Barack Obama był niemal wcieleniem prezydenta Bartleta z serialu West Wing Aarona Sorkina (1999-2006). Donald Tusk nawet wyglądał i nazywał się jak premier Turski z serialu Ekipa Agnieszki Holland (2007).

Amerykańscy republikanie dostali tymczasem prezydenta z reality show. Producentem programu The Apprentice, który zrobił z Trumpa gwiazdę telewizji, był Jeff Zucker. Później jako prezes stacji informacyjnej CNN oznajmił w wywiadzie: „Idea, według której polityka jest sportem, jest niezaprzeczalna. Tak właśnie ją rozumiemy i tak do niej podchodzimy”. Zderegulowany system zysków doszczętnie wyjałowił stare media, wyzuwając z nich resztki niegdyś hołubionego etosu dziennikarskiego. Nowe media tylko obnażyły tę jałowość – i dały alternatywę: na dobre czy na złe.

Tymczasem zdroworozsądkowa mądrość o tym, że „radykałowie krzyczą, a rządzą i tak centryści”, dalej święciła triumfy. Tak właśnie łatwo było przesuwać okno Overtona, coraz bardziej w neoliberalną stronę, nawet mimo obyczajowej postępowości. Skrajności szły w prawo. Tyle że ludzie, szczególnie po kryzysie hipotecznym 2008 r., czuli coraz wyraźniej, że coś jest nie tak. Widzieli na własne oczy i we własnych portfelach to, o czym od lat pisali „radykalnie lewicowi” akademicy czy aktywiści. Coś jest nie tak. Mimo to media głównego nurtu wmawiały im, że wszystko jest okej. Nic się nie da zrobić, a sytuację mają pod kontrolą „najmądrzejsi goście w pokoju”. Nie ma alternatywy dla ustalonego porządku. I to brzmiało fałszem coraz wyraźniej.

Dlatego kiedy (niby nagle) nastała era jawnych fake newsów, ludzie mieli to gdzieś. Autorytety się skompromitowały. Centrum zniknęło. Zostały już do wyboru tylko skrajności. Prezydentem globalnego hegemona został może nie dokładnie Norman Arbuthnot, ale ktoś bardzo podobny. Inspiracją dla tej filmowej postaci był Rush Limbaugh – działający od lat 80. fenomenalnie popularny i wybitnie kontrowersyjny prawicowy komentator radiowo-telewizyjny. Donald Trump właśnie nagrodził go Prezydenckim Medalem Wolności.

 

Korzystałem z informacji zebranych na potrzeby tekstu: Film Kolacja z arszenikiem (1995) jako proroctwo ery Trumpa. Efekt radykalnego skrzydła i okno Overtona wobec polaryzacji politycznej w świetle teorii systemów deliberatywnych, w: Kultura popularna i ideologia, red. F. Biały, J. Jakubowski, Poznań [w druku]

 

Kup numer