Albert Camus w 1945 r. / fot. Forum
M. M. Owen lipiec-sierpień 2021

O pocieszeniu, jakie Camus znajdował w absurdzie futbolu

Piękno, pisał Camus, jest jak „mgnienie wieczności w chwili, którą pragnęlibyśmy przedłużać w nieskończoność”. Futbol był dla niego nieustającym pościgiem za pięknem – i w grze, i w jej oglądaniu.

Artykuł z numeru

Sztuka zachwytu

Czytaj także

Bogna Wilczyńska

„Święta wojna”. Żydzi i piłka nożna

Był 16 października 1957  r. Albert Camus właśnie jadł lunch w restauracji położonej w sercu paryskiej Dzielnicy Łacińskiej, kiedy podszedł do niego młody człowiek z biura jego wydawcy. Chłopak odprawił kelnera i  przekazał Camusowi najświeższy komunikat radiowy: pisarzowi przyznano Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury.

Tydzień później Camus udzielał wywiadu francuskiej telewizji.

Nie była to bynajmniej debata nad potęgą słowa pisanego nagrywana w wygodnym studiu telewizyjnym. Pisarz i dziennikarz siedzieli pośród 35 tys. kibiców na stadionie Parc des Princes, oglądając mecz pomiędzy Racing Club de Paris a AS Monaco. Czarno-biały materiał filmowy nadal można obejrzeć na YouTubie. Źle ustawiony bramkarz paryskiego klubu reaguje z opóźnieniem na uderzenie i pozwala piłce wtoczyć się do bramki tuż obok bliższego słupka. Kamera wędruje na trybuny, na których Camus (bardziej niż zwykle przypominający Humphreya Bogarta, choć z łagodniejszym wyrazem twarzy) zagadnięty przez dziennikarza prosi, by nie oceniać bramkarza zbyt surowo.

Nigdy wcześniej ani później, o ile mi wiadomo, nie przeprowadzano wywiadu ze świeżo upieczonym noblistą na meczu piłkarskim – i właśnie niestosowność, czy pewna komiczność, tej sytuacji stanowi po części temat mojego tekstu.

Zamiłowanie Camusa do futbolu jest szeroko znane głównie za sprawą przywoływanego często, choć niezbyt precyzyjnie, cytatu: „Wszystko, co wiem na pewno o moralności i powinnościach, zawdzięczam piłce nożnej”.

Sympatia ta była jednak czymś więcej niż przejściową nostalgią czy rzuconym od niechcenia aforyzmem. W 1959 r., niespełna rok przed śmiercią, pisarz w innym wywiadzie przyznał, że jego prawdziwym uniwersytetem było – obok teatru – boisko piłkarskie. Ten noblista, jeden z najwybitniejszych francuskich autorów XX w., wiązał z futbolem niezwykle mocne i cenne formy przeżywania. W rozgrywającym się na boisku cielesnym dramacie dostrzegał pełnię życia z całym jego bólem i pięknem.

Syzyf z futbolówką

Uzasadniając swoją decyzję, Komitet Noblowski stwierdził, że „przenikliwe zaangażowanie” Camusa „rzuca światło na współczesne problemy ludzkiego sumienia”. Zbyt to ogólnikowa fraza, by ująć gorzką intensywność tych dzieł. Główny problem, z jakim Camus się zmagał, był prosty: życie jest absurdalne. Tęsknimy za „szczęściem i racjonalnością”, lecz wszędzie napotykamy „nieracjonalne milczenie świata”. Nowożytność odrzuciła formy pocieszenia dostarczane niegdyś przez religię i ukazała nam wszechświat jako gigantyczną, zimną pustkę. Nasze dusze wołają o transcendencję, ale – jak pisze Beckett w Czekając na Godota – rodzimy „okrakiem na grobie, światło świeci przez chwilę, a potem znów noc, znów noc” (tłum. A. Libera). Właśnie ta podstawowa rozbieżność między naszym pragnieniem a rzeczywistością czyni życie absurdalnym. Camus porównywał ludzką egzystencję do losu Syzyfa, bohatera greckiej mitologii, który z  wyroku Zeusa pcha potężny głaz pod górę i musi patrzeć raz za razem, przez całą wieczność, jak kamień stacza się z powrotem w dół.

Co zatem robić? Samobójstwo nie wchodzi w grę, jedynie potęgowałoby absurd. Sam Camus zresztą zachwycał się doświadczeniem życia; tragedia polegała właśnie na tym, że rzeczywistość jest tak wspaniała, a prześlizguje się nam nieustanie „między palcami, jak żywe srebro”. Pisarz nie mógł też zaaprobować „filozoficznego samobójstwa” religii. Fascynowała go pobożność – podobnie jak wielu ludzi, którzy spędzają życie zanurzeni w słowach, co jakiś czas oznajmiał przyjaciołom, że zamierza zaszyć się w klasztorze – ale nie odnajdywał jej w sobie. Przypływy ascetyzmu zawsze ustępowały. Camus chciał pozostać w świecie i mierzyć się z nim bez uników, bez ulegania rozpaczy czy iluzji, które na równi uważał za psychiczną kapitulację.

Jedynym wyjściem była według niego pełna akceptacja ludzkiej kondycji. Na każdym z nas ciąży wyrok wszechświata, każdy z nas pcha swój kamień, lecz by „wypełnić ludzkie serce, wystarczy walka prowadząca ku szczytom” (Mit Syzyfa, tłum. J. Guze) – o ile na to pozwolimy. W filozofii Camusa, swoistym ekstatycznym nihilizmie, sens i wartość biorą się z kontestacyjnej, osobistej kreatywności. Poszukiwania będą bezowocne, twierdził Camus, wszyscy o tym wiemy, nawet jeśli wolimy ów fakt przemilczeć. Podobnie jednak jak Syzyf, możemy żyć „w przekonaniu o bezwzględności losu bez związanej z  tym przekonaniem rezygnacji”, jeśli tylko wypełnimy naszą codzienność żarliwym wysiłkiem. W „dzikim i ograniczonym świecie człowieka” każdy może znaleźć sposób, by dźwigać swoje brzemię z nieustępliwym uśmiechem.

Dla Camusa taką właśnie dziedziną, która „neguje bogów i podnosi kamienie”, był futbol. Pisarz pokochał piłkę nożną, na długo zanim zainteresował się mitem Syzyfa. Tak jak wielu znakomitych graczy swoją miłość odkrywał w biedzie. Na wojnie stracił ojca i dorastał w algierskiej dzielnicy nędzy wychowywany przez niepiśmienną matkę. Babka nieustannie go łajała za uganianie się za piłką, bo mógł zniszczyć swoje szkolne buty, których zakup był dla rodziny bardzo dużym wydatkiem. Camus jednak nie dawał się zniechęcić. Autobiograficzna, nieukończona powieść Pierwszy człowiek, nad którą pracował aż do śmierci, przedstawia losy bohatera o imieniu Jacques. W dzieciństwie futbol był „królestwem” Jacques’a, pochłaniał go też jako nastolatka. Nietrudno dostrzec podobieństwo tej postaci do Camusa, który uczył się piłki, kopiąc „szmaciankę” na prowizorycznych boiskach Algieru.

Miłość do pospolitej gry

W szkole Camus uchodził za świetnego piłkarza – co ciekawe, zarówno w bramce, jak i w ataku. Grał także jako bramkarz Racing Universitaire d’Alger (R.U.A.). W 1930 r. biuletyn klubowy chwalił szesnastolatka za „wspaniały występ”. Niespełna dwa miesiące później życie Camusa zmieniło się na zawsze. Chłopiec zaczął pluć krwią: rozwinęła się u niego gruźlica (niektórzy jego bliscy łączyli to z długim wystawaniem na zimnie po meczu). Choroba położyła kres wszelkim nadziejom na poważną karierę piłkarską, tak jak potem uniemożliwiła Camusowi zaciągnięcie się do wojska przeciwko Franco i nazistom. Stan płuc się pogarszał i Camus do końca życia musiał unikać większych wysiłków.

Mimo to miłość do piłki nożnej nigdy w nim nie osłabła. Będąc jeszcze w Algierii, dwudziestoletni Camus z pasją oglądał rozgrywki lokalnych klubów. (Niektóre spośród jego najlepszych artykułów z wczesnego okresu dotyczyły ubóstwa Algierczyków w Kabylii, regionie nadmorskim, w którym mieszkali rodzice Zinedine’a Zidane’a, zanim w latach 50. wyemigrowali do Francji). Jako początkujący dziennikarz w Paryżu Camus w niedzielne wieczory czekał niecierpliwie na wyniki meczów, licząc na zwycięstwo swojego ukochanego R.U.A. W 1941 r., pracując jako nauczyciel, trenował szkolną drużynę, a nawet ponownie grał (i był wstrząśnięty swoją marną kondycją). Kiedy w czerwcu 1944 r. alianci wylądowali na plażach Normandii, pierwszą konsekwencją było dla Camusa odwołanie meczu o mistrzostwo. Podczas cyklu wykładów w Brazylii w 1949 r. pisarz sprawił swoim gospodarzom dużą przyjemność, prosząc o możliwość obejrzenia rozgrywek na miejscowym stadionie.

Futbol rozjaśniał mu młodość i Camus nie porzucił tej pasji do końca życia. Był zawiedziony, ilekroć osiedlał się w miejscu, gdzie nie było lokalnej drużyny. Podobnie jak Gonzales w Dżumie (1947 r.), znany był wśród przyjaciół z tego, że nie przepuszcza żadnej okazji, by kopnąć leżącą na ulicy puszkę. Miłość do piłki nożnej pobrzmiewa we wszystkich jego powieściach. Ten wybitny pisarz – ten głęboki myśliciel, który postrzegał całą rzeczywistość na wzór losu Syzyfa i głosił, że jedynym właściwym sposobem życia jest nieustanny bunt przeciwko bezsensowi – kochał pospolitą grę, kochał ją mocno i wiernie. Dlaczego?

Szczerość sportu

Pomyślmy: co może być bardziej absurdalnego niż 22 ludzi, którzy przez półtorej godziny biegają po porośniętym trawą prostokącie za napompowanym kawałkiem skóry, uznając za sprawę najwyższej wagi to, ile razy przekroczy on pewne namalowane na trawie linie?

Każda racjonalna analiza wykaże absolutną niedorzeczność futbolu, bezpodstawność przypisywanego mu znaczenia.

Według takiej absurdystycznej analizy jednak wszelkie ludzkie dążenia są niedorzeczne. Z perspektywy kosmosu nie ma zasadniczej różnicy pomiędzy uganianiem się za piłką a uganianiem się za karierą, za własnym mieszkaniem, za spełnieniem marzeń o wykorzenieniu dyskryminacji rasowej czy o znalezieniu partnera. Każdy nasz wysiłek kiedyś się wyczerpie i, koniec końców, ulegnie zapomnieniu. Jeśli więc pragniemy znaleźć jakiś sens, mówił Camus, musimy podchodzić do życia z czymś więcej niż chłodnym rozsądkiem, musimy doświadczać rzeczywistości w rozmaitych stanach umysłu. Podobnie jak wielu ludzi, którzy w młodości zaznali prawdziwej biedy, Camus był nade wszystko pragmatykiem. Chciał wiedzieć, co działa. Podobnie jak Iwan w Braciach Karamazow Dostojewskiego – a książkę tę cenił tak bardzo, że zaadaptował ją dla sceny – sądził, że życie zyskuje znaczenie nie dzięki rozumowi czy logice, ale dzięki temu, co kochamy „całą istotą, wnętrznościami” (tłum. A. Wat).

Właśnie to przekonanie o wewnętrznych ograniczeniach racjonalizmu było jednym z powodów niedopasowania Camusa do modnej elity intelektualnej. W czasie wojny Camus był redaktorem naczelnym gazety „Combat”, reprezentującej ruch oporu. Znajomi z intelektualnych środowisk Paryża podzielali jego odrazę do nazistowskiej okupacji i przyjmowali z aprobatą żarliwe i melancholijne wstępniaki jego autorstwa. W następnym dziesięcioleciu jednak relacje Camusa z paryską inteligencją, a zwłaszcza jej głównym autorytetem Jeanem-Paulem Sartre’em, uległy pogorszeniu. Kiedy na jaw zaczęły wychodzić stalinowskie zbrodnie, Sartre i inni twierdzili, że ideały warte są ofiar, a gułagi to godny pożałowania, lecz nieunikniony koszt budowy egalitarnego społeczeństwa. Camus obserwował ze zgrozą, że wśród jego kolegów po piórze reguły obozu koncentracyjnego są postrzegane z entuzjazmem jako instrument wyzwolenia. Cena krwi za potencjalną utopię była zbyt wysoka: „Lepiej już pomylić się, nie mordując nikogo, niż mieć rację, stojąc przed zbiorowymi mogiłami” (cyt. za: O. Todd, Albert Camus. Biografia, tłum. J. Kortas). Odrzucenie sowieckiej wersji komunizmu uczyniło Camusa pariasem dla francuskiej lewicy, która wiązała z ZSRR nadzieje polityczne. Podczas wojny algierskiej, kiedy domagano się od niego poparcia dla antykolonialnych działań powstańców, Camus odpowiedział: „W Algierze podkłada się bomby w tramwajach. Którymś z nich mogłaby jechać moja matka. Jeśli to jest sprawiedliwość, wybieram matkę”. Jeszcze bardziej oddaliło go to od lewicowców: hierarchia wartości, w której życie pojedynczej osoby stoi wyżej niż polityczna sprawiedliwość, uchodziła w tym środowisku za naiwną i zaściankową.

Miłość Camusa do piłki nożnej można zrozumieć tylko w kontekście jego szerszych zmagań intelektualnych. W połowie lat 50. pisarz uznał, że na skutek wydumanego idealizmu myśl współczesna została w dużej mierze zainfekowana swego rodzaju anemiczną nieuczciwością. Uważał, że aprobata dla zbrodniczego komunizmu to naturalna konsekwencja postawy intelektualistów, którzy zakochani we własnym rozumowaniu, cenią teorię wyżej niż życie realnych ludzi. Myślenie charakterystyczne dla Paryża, tej „metropolii nikczemności, oszczerstw i systemowego kłamstwa”, pisarz postrzegał jako oderwane od rzeczywistości, od cielesnych doświadczeń radości i cierpienia.

Po otrzymaniu Nagrody Nobla Camus bardzo się ucieszył, kiedy paryski taksówkarz rozpoznał go nie jako sławnego autora, ale jako dawnego bramkarza klubu R.U.A.

W powieści Upadek z 1956 r. pojawia się najbardziej autobiograficzny bohater literacki Camusa, Jean-Baptiste Clamence. „Szczerość i  entuzjazm przejawiałem jedynie w sporcie – wyznaje Clamence – niedzielny mecz na stadionie wypełnionym po brzegi i  teatr, który uwielbiałem nade wszystko w świecie, są jedynymi miejscami, gdzie czuję się niewinny” (tłum. J. Guze). Mniej więcej w  tym samym czasie magazyn byłych zawodników R.U.A. poprosił Camusa o wspomnienia z okresu jego występów w klubie. Camus odpowiedział: „Po wielu latach, w których świat dostarczył mi sporo doświadczeń, uważam, że to, co koniec końców wiem na pewno o  moralności i  powinnościach człowieka (…), przyswoiłem właśnie w R.U.A.”. W tych wielkodusznych słowach pisarz ujął całe swoje rozczarowanie minioną dekadą w  Paryżu, a  zarazem odrzucił dehumanizującą „abstrakcyjność” Sartre’owskiego pontyfikatu, wskazując, że chaos meczu piłkarskiego to środowisko bardziej uczciwe etycznie niż zadymione paryskie kafejki. Jednocześnie kryła się tutaj głębsza krytyka rozumu – wyraz konsekwentnego sceptycyzmu Camusa wobec poglądu, że medytacje za biurkiem lub przy kawiarnianym stoliku są najlepszą drogą do mądrości. Wbrew intelektualistom, dla których futbol (czy sport w ogóle) zazwyczaj stanowił zajęcie pospolite, niepoważne, tępo fizyczne, Camus darzył go szacunkiem, widząc w nim metodę zdobywania wiedzy o życiu bezpośrednio, a nie z dystansu.

„Powinności człowieka” wiązały się częściowo ze szczerym, autentycznym koleżeństwem. Camus czuł się zdradzony przez ludzi, z którymi przez krótki czas, kiedy łączył ich wspólny cel walki z nazistami, tworzył jedną drużynę. Było to dla niego druzgocące doświadczenie. Ostatecznie Camus stanął zapewne po właściwej stronie historii, jednak w codzienności zajmował przeważnie stanowisko niezgodne z powszechnym zapatrywaniem. Z jego listów wynika, że często czuł się osamotniony, wykluczany przez swoich dawnych przyjaciół.

Boisko pełne zachwytów

Postrzegając świat wokół jako pogrążony w moralnym zamęcie wynikającym z braku samowiedzy, Camus wierzył, że w cielesnych zmaganiach piłkarskich odkrywa się samego siebie. Sport odziera nas ze sztucznych naleciałości, narcyzmów narzucanych nam w przestrzeni społecznej i stawia nam przed oczyma zwierciadło. Myślę, że zrozumie to każdy, kto kiedykolwiek grał w piłkę. Gdy byłem nastolatkiem, futbol ukazał mi parę nieprzyjemnych prawd o mnie: w trudnościach poddawałem się zbyt szybko, naskakiwałem na mniej utalentowanych kolegów z drużyny, ilekroć popełnili błąd, nie chciało mi się popracować nad moją słabszą lewą stopą. Nauczyłem się też prawd bardziej przyjemnych: na boisku nie zachowywałem się egoistycznie, starałem się nie wyrządzać nikomu krzywdy, a kiedy paskudnie sfaulowano moich przyjaciół, odpłacałem w ich imieniu z gniewem, który zaskakiwał mnie samego. Tego rodzaju lekcje niełatwo byłoby odrobić w zacisznym wnętrzu biblioteki. Camus wiedział, że dosyć prosto można stworzyć fałszywy obraz samego siebie w codziennym życiu lub w słowie pisanym, lecz takie kłamstwo jest prawie niemożliwe w ferworze fizycznej rywalizacji.

Swoistej magii Camus dopatrywał się w futbolu również z głębszych powodów – powodów bardziej apolitycznych w takim sensie, w jakim apolityczna jest wszelka głębia odkrywana przez nas w dzieciństwie i w jakim los Syzyfa należy do sfery bardziej fundamentalnej od polityki. Przez całe życie Camus sięgał po pisma Buddy, a nad kominkiem trzymał drewniany posążek tego mędrca. Z wiekiem nauczył się cenić podstawowe spostrzeżenie buddyjskie: cierpienie człowieka w przeważającej mierze bierze początek w bezustannej szamotaninie umysłu. Camus lubił wszelkiego rodzaju przyjemności zmysłowe. Uwielbiał tańczyć, chętnie jadał sardynki, popijając je cinzano, zaś w tygodniu poprzedzającym śmierć napisał listy miłosne do pięciu różnych kobiet. Nigdy jednak nie był hedonistą. Jeżeli wczytać się w jego dzienniki, widać, że przede wszystkim szukał nasyconego, ale skupionego wyciszenia, które prześwituje po drugiej stronie zmysłowego zachwytu. Z upływem lat coraz częściej odnajdywał taką ciszę w przyrodzie, w „ewangeliach kamienia, nieba i wody”. Pragnął życia „pełnego znaków morza i narastającej pieśni świerszczy”. Przypuszczam, że po raz pierwszy doznał tego oświeconego stanu istnienia – podobnie jak Jacques z Pierwszego człowieka – na algierskim boisku, biegając za szmacianką.

Pamiętam – równie intensywnie, jak pamiętam swój pierwszy pocałunek – taki oto widok: półwolej mknie od mojego buta niczym pocisk armatni i uderza w poprzeczkę z hukiem, jakby zadrżało samo jądro Ziemi. Działo się to w słoneczny letni dzień na meczu ligowym w Sussex, miałem ze czternaście lat. We wspomnieniach jestem wtedy w transie: przeszłość znika, a cała rzeczywistość skupia się w jasnej plamie pędzącej piłki. Każdy gracz pamięta takie chwile, nawet jeśli nie zastanawiał się nigdy nad naturą myślenia: gra w piłkę potrafi stłumić wszelkie dźwięki. Kiedy gramy dobrze, cała percepcja koncentruje się we wzroku i reakcji, a obiektyw świadomości staje się igraszką dla innych sił – mięśni, płuc, tych bardziej pierwotnych elementów, które wyewoluowały na długo przed naszą samowiedzą z jej niekończącym się, destrukcyjnym komentarzem. Najlepsze boiskowe zagrania uświadamiamy sobie dopiero chwilę po ich wykonaniu. Czujemy się wtedy jak bezimienna siła przyrody, jak czysta dynamika, zakorzenieni w świecie mocniej niż kiedykolwiek przedtem, a zarazem niepamiętający o sobie. Żywe srebro nie prześlizguje się już nam między palcami, ale zastyga nieruchomo w bezczasie gry. To upajające doznanie jest duchowym sekretem futbolu, czymś, co uzależnia graczy jak narkotyk od dzieciństwa, kiedy piłka jest większa od ich głowy, aż do wieku, kiedy bez kolan wzmocnionych ortezami nie zaryzykuje się nawet paru podań na działce. Karl Ove Knausgård tak pisał o boisku piłkarskim ze swojej młodości: „Jedyne miejsce, gdzie byłem całkowicie bezpieczny od natrętnych myśli, gdzie chodziło wyłącznie o  fizyczną obecność”. Myślę, że czytając te słowa, Camus zrobiłby to samo co ja: podkreśliłby je w książce – dwukrotnie.

Jeden strzał do transcendencji

A jak to jest z obserwowaniem rozgrywek? Od 16. roku życia Camus rzadko już wybiegał na boisko, jednak zainteresowania grą nigdy nie stracił. Każdy kibic to zna: wybór tego czy innego klubu, tak by za jego pośrednictwem ruszać do bitwy. Camus zawsze śledził wyniki meczów R.U.A., a z czasem zaczął kibicować zawodnikom Racing Club de Paris (jak w trakcie wspomnianego już wywiadu po przyznaniu mu Nagrody Nobla), noszącym te same niebiesko-białe barwy co jego dawni koledzy z  Algieru. Kibicowska społeczność też zapewne wydawała mu się mikrokosmosem absurdu istnienia. Podejrzewam, że skrycie napawał się radosną irracjonalnością, patrząc, jak prawda o losie Syzyfa potwierdza się w futbolu. Gra w konkretnej drużynie, kibicowanie zespołowi są angażowaniem się w przedsięwzięcie, które nie daje nadziei na trwałe dobre zakończenie. Jeśli przegramy, będziemy musieli toczyć głaz pod górę. Jeśli natomiast odniesiemy zwycięstwo albo nawet serię zwycięstw, to i tak kiedyś doznamy porażki i znów będziemy musieli mierzyć się z  ciężarem kamienia. Nigdy nie nadejdzie moment, w którym jakaś drużyna piłkarska, choćby najlepsza, rozwiąże ostateczną zagadkę futbolu, tak byśmy wszyscy mogli rozejść się do domów. Takie oczekiwania nie mają sensu właśnie dlatego, że należą do sfery racjonalności. Tymczasem w piłce nożnej, podobnie jak w teatrze, nie chodzi o  nic innego jak o  to, by wciąż stawać na scenie, mimo że na koniec zawsze zapalą się światła i przywrócą nas do rzeczywistości. Ilekroć Anglia wypada z ważnych rozgrywek międzynarodowych, czytam SMS-a od ojca w ponurym piwnym zamroczeniu: „Następnym razem”. Nieistotne, czy któryś z nas w to wierzy czy nie; istotne, że za dwa lata znowu weźmiemy na siebie to samo brzemię z tą samą nieodpartą, kruchą, dziecięcą nadzieją. Być może to jedyny rodzaj wiary, jaki pozostał ludziom, którzy bogów i świętych przehandlowali za najlepszych rozgrywających i koszulki z „dziewiątką” na plecach.

Obcym narrator Meursault opisuje zawodników miejscowego klubu, którzy wracają tramwajem ze stadionu po zwycięskim meczu: „Ryczeli i śpiewali co sił w płucach, że ich klub jest nie do pobicia” (tłum. M. Zenowicz). A przecież jest do pobicia. Czas pokona też największych piłkarzy. Prędzej czy później absurdalny wszechświat popełni straszliwą zbrodnię, pozbawiając Lionela Messiego szczytowej formy. A jednak to, co Camus nazywał cudowną naturą mechaniki ciała, jest w stanie wynieść nas ponad przyziemne doświadczenie w nieustępliwym marszu dni i lat. Trzeba przyznać, że w futbolu długie partie gry bywają nużące, nawet nudne. Camus, podobnie jak miliony innych, przetrzymywał tę monotonię dla momentów takich jak ten, gdy gracz zawisa w powietrzu z piłką przyklejoną idealnie do buta, gdy podkręcone dośrodkowanie sunie po łuku jak spadająca gwiazda, gdy trio atakujących przecina podaniami linię obrony, kreśląc trójkąty boskiej geometrii.

W takich chwilach chodzi o coś więcej niż doskonała technika. Absurdalność naszej kondycji ma w istocie charakter fizyczny: ostatecznie załatwi nas pogarszające się funkcjonowanie komórek i neuronów organizmu. A jednak przy każdym dobrym zagraniu piłkarskim coś z tej nieuchronności zostaje wykradzione – i im lepszy gracz, tym cenniejsza kradzież. Właśnie dlatego lubimy oglądać wybitnych zawodników: niekiedy wydają się wymykać prawom fizyki. Urugwajski poeta Eduardo Galeano pisał, że w butach Di Stéfano „mieści się całe boisko”, że Pelé wymija przeciwnika, „w ogóle nie dotykając ziemi”, że Maradona ma „oczy dookoła głowy”. Każdy taki manewr jest zasadniczo nieprawdopodobny, a jego wykonanie – prometejskie. Tak znakomicie operować własnym ciałem to zaciskać pięści przeciwko gniewowi Zeusa, być zaś tego świadkiem to odkrywać – jak Camus – sedno gry: momenty olśniewającej, ziemskiej, przemijającej transcendencji. Bo czy takie intensywne zapatrzenie, choćby na kanapie przed telewizorem, nie daje nam przebłysku czystej obecności? Czy nie angażujemy się wtedy nieraz całym ciałem, prowadząc niewidzialną piłkę, układając się do celnego strzału do niewidocznej bramki? Piękno, pisał Camus, jest jak „mgnienie wieczności w chwili, którą pragnęlibyśmy przedłużać w nieskończoność”. Futbol był dla niego nieustającym pościgiem za pięknem – i w grze, i w jej oglądaniu.

Raj utracony

Proust twierdził, że jedyne prawdziwe raje to raje przez nas utracone. Dla Camusa nastoletni okres sprzed gruźlicy i najlepsze dni spędzone na boisku splatały się w cudowny czas, kiedy jeszcze nie dopadła pisarza przygnębiająca prawda o życiu.

Jego losy są szczególnym przykładem, ale i w nich odzwierciedla się powszechny stosunek do futbolu. Każdy, komu bliska jest piłka nożna, pamięta, jak grał w nią ze szczerym oddaniem, które dzisiaj jakoś trudniej jest z siebie wykrzesać. To nie przypadek, że najpiękniejsze wspomnienia każdego miłośnika futbolu – edeńska wizja, jasna i beztroska, do której powracamy myślą w kolejnych latach, po kolejnych meczach, z daremną nostalgią – są związane z podwórkową grą z kolegami. Oto piłkarski mit genezyjski, mistycyzm bramki wyznaczanej przez dwie zrzucone pośpiesznie kurtki, coś, co łączy opłacanego sowicie telewizyjnego eksperta na piłkarskiej emeryturze z narwańcem wydzwaniającym do studia w trakcie transmisji. Właśnie dlatego Camus w Upadku użył tego dziwnego słowa „niewinność”. Był kiedyś taki czas, doceniony dopiero później i miniony na zawsze, gdy poruszaliśmy się z  prędkością błyskawicy, gdy wszystkie nasze dążenia były czyste. Czas, gdy etyka sprowadzała się do prostego „grać według gwizdka, a po zakończeniu podać sobie ręce”. Zawdzięczaliśmy to piłce nożnej. Nigdy jej tego nie zapomnimy ani nie przestaniemy jej kochać.

Camus nigdy jej kochać nie przestał. Dwa lata przed śmiercią kupił dom w  Lourmarin, sennej górskiej wiosce 50 mil na północ od Marsylii. Poznał zawodników lokalnej drużyny, ufundował im stroje piłkarskie, spotykał się z nimi na kawie po meczu. Zapewne trwałoby to dalej, gdyby w Nowy Rok 1960 r. Michel Gallimard, wieloletni przyjaciel i wydawca Camusa, nie zaproponował, że odwiezie pisarza do Paryża. Camus miał już bilet na pociąg, ale w ostatniej chwili przyjął zaproszenie. Mechanik, który niedługo przedtem naprawiał auto Gallimarda, nazwał je trumną na kółkach. Określenie okazało się trafne. Samochód wypadł z szosy i uderzył w drzewo. Camus zginął na miejscu.

W bagażniku rozbitego auta znaleziono nieukończony rękopis Pierwszego człowieka z  historią małego Jacques’a i jego piłkarskiego królestwa. Rok wcześniej Camus mówił, że napisał dotychczas zaledwie jedną trzecią zamierzonej całości swojego dzieła, że dopiero się rozkręca. Kiedyś wspomniał, że nie może być nic bardziej absurdalnego niż śmierć w  wypadku samochodowym, dobitny przykład przygodnego okrucieństwa. Pochowano go na wzgórzach Lourmarin. Trumnę nieśli piłkarze miejscowej drużyny.

***

W  książce The Football Man (1968 r.) Arthur Hopcraft pisze, że w piłce nożnej są „konflikt i piękno, a kiedy te dwa elementy współwystępują w czymś, co jest poddawane publicznej ocenie, stanowią w dużej mierze to, co nazywam sztuką”. Sztuka to dla Homo sapiens najdawniejszy sposób wydobywania sensu i transcendencji z pustki. Camus widział w futbolu formę artystyczną. Piłka nożna przywodziła mu na myśl teatr: dramat o fizycznej akcji zastępujący rekwizyty rozumu realnością tego, co ucieleśnione. Nie będzie końcowego pokrzepienia, twierdził pisarz, nie uciekniemy od naszej absurdalnej kondycji. To oto życie, ta oto teraźniejszość są wszystkim, co mamy. Nie narzucajmy zatem sobie ograniczeń. Szorstka lekcja tego, co fizyczne, nieskrępowane zamiłowanie do irracjonalnej zabawy, echa dawnych niewinnych uniesień to chwile, gdy wyzwalamy się ze swojego materialnego więzienia. Tym właśnie dla Camusa była piękna gra.

„Gdybym miał umrzeć otoczony zimnymi górami, nieznany światu, odrzucony przez bliskich ludzi, u kresu sił wreszcie – w ostatniej chwili morze wypełniłoby moją celę, wyniosłoby mnie nad samego siebie i pomagałoby mi umrzeć bez nienawiści” (Morze z bliska, tłum. M. Leśniewska). Inną wielką miłością Camusa było pływanie, zwłaszcza w oceanie. W trakcie sześciu lat spędzonych w Vancouver (podejrzewam, że wówczas ostatni raz w życiu grałem w piłkę nożną na poważnie) uganiałem się w skwarne letnie przedpołudnia po boisku, aż nie mogłem opanować drżenia nóg, a twarz pokrywała mi się warstwą potu. Wracałem rowerem na plażę przy domu i wchodziłem do Pacyfiku. Zanurzałem się w lodowatej wodzie, a później nurkowałem, czując, jak spływa ze mnie brud, jak mój pot miesza się z potem głębin, a mięśnie ogarnia kłujące odrętwienie. Wynurzałem się, łapiąc oddech. Odbite w falach słońce porażało blaskiem. Unosiłem się na powierzchni. W dni, gdy na boisku szło mi dobrze, nadal czułem te udane zagrania w swoim ciele: na krawędzi stopy, w zagłębieniu klatki piersiowej, na udzie. W złe dni skupiałem się na pływaniu, pozwalając, by samooskarżenia ucichły. Pod wieczór jechałem do miasta oglądać mecz Vancouver Whitecaps FC – podziwiać ludzi, którzy radzą sobie z piłką lepiej ode mnie. Zaciśnięta pięść wzniesiona boleśnie, radośnie, ku pustemu niebu. Gra, nic więcej. Raje utracone i odnalezione. Po prostu gra.

Tłumaczyła Anna Skucińska

Copyright © Matt Owen. Tekst pierwotnie ukazał się w magazynie „The Blizzard” (Issue 32, March 2019)

Kup numer