Doświadczenie macierzyństwa jest złożone z tak radykalnie różnorodnych zajęć, że trudno znaleźć określony gatunek pisarstwa i język, który by je dobrze opisał. Tu w jednej godzinie wykonuje się ciężką fizyczną pracę i szuka środków stylistycznych, żeby nazwać niezwykły zapach noworodka. Dlatego, jeśli tylko uda mi się jako matce – jak też jako zawodowej czytelniczce – znaleźć nowe środki, które mogłyby do tego doświadczenia coś ważnego dodać, rzucam się na nie w ciemno.
Takim nowym językiem okazuje się debiut Pauliny Małochleb – krakowskiej krytyczki i naukowczyni, na który składa się prawie setka tekstów w różnej formie gatunkowej (głównie esejów, a także felietonów czy zabawnych dialogów), pokazujących, że opowiadać o macierzyństwie można z zupełnie innej perspektywy. Na obraz matki – zestresowanej, czułej, ale i nieustannie zawstydzanej i strofowanej przez społeczeństwo – składają się choćby precyzyjnie nazwane mięśnie.
Czytaj także
Rewolucja drugiego ekranu
„Silne dłonie splatają się pod pupą małego, wyżej biegnie wyraźnie widoczny brachioradialis, mięsień ramienno-promieniowy. To jego napięcie powoduje uskok, cień wyraźnie zaznacza się na jasnej skórze przedramienia. Ten cień definiuje troskę, w ułożeniu poszczególnych mięśni ciało szykuje się do pracy opiekuńczej”.
Tak, patrząc na obraz Ałły Horskiej z 1960 r. Autoportret z synem, autorka opowiada własne doświadczenie troski, pokazując, że siła matki i jej uczucia mają swoje nazwy w encyklopediach anatomii.
To książka zmieniająca tor myślenia o rodzicielstwie, co w dobie zalewu literaturą napisaną jednakowym stylem jest dużym osiągnięciem.
Paulina Małochleb, Mięśnie mam od miłości. O macierzyństwie, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2026, s. 223

