Po prostu stanęła obok i mi o tym powiedziała, a potem umarła, jakby sama tak zadecydowała. No dobrze, może i nie do końca tak było, jak teraz opowiadam. Żeby z prawdą się nie mijać, trzeba mi opowiedzieć to tak, jak to sobie zmyśliłem: babkowe kroki na progu chaty usłyszałem, bo zajęta czymś w kuchni była i dopiero teraz wyszła do mnie tą nowiną się ze mną podzielić. Umrę dziś zaraz po kolacji – tak mi babka moja powiedziała i odeszła z powrotem do kuchni, a ja tylko głowę swoją bardziej na słońce nastawiłem i było tak, jakby nic to babkowe umieranie mnie nie obeszło.
A ile było z tym babkowym umieraniem zachodu! Na sam początek to Edward przyszedł i powiedział, że on babce mojej zakazuje tak umierać w dzień biały. Zaraz się babka moja tak na niego rozeźliła, że rozmawiać z nim już nie chciała, ale się w porę Edward opamiętał, przyszedł babkę moją przepraszać i zaraz znów do siebie gadali. Gorzej, że teraz cała wieś hałas podniosła i przeklinać babkę moją zaczęła. Ludzie rzeczy takie nawymyślali, że to się w głowach naszych nie zmieściło. Gadali wszyscy wokół, że kwiaty usychać we wsi zaczną, jak babka moja umrze tak bez Pana Boga zgody, i już się niektórzy nawet takich przed naszą chatą dopatrzyli, lecz Edward ich widłami przeganiał i przychodzić przestali. Potem jeden sąsiad krowy doić nie mógł, bo ryczała, jakby ją ktoś batem tłukł, to zaraz sąsiad do babki mojej ze skargą przyleciał, że mu krowy od tego…