Z pisaniem o biedzie wiąże się paradoks. Ona sama nie dysponuje środkami, żeby wkroczyć w sferę publiczną, bo też zajęcie w niej miejsca jest uwarunkowane pewnym poziomem kapitału – ekonomicznego bądź kulturowego. Lecz z tego samego powodu kiedy ktoś już opowiada o biedzie, to jednocześnie zaświadcza, że ją przekroczył. Właśnie dlatego nie ma ona właściwej reprezentacji ani artystycznej, ani politycznej. Zawsze ktoś mówi w jej imieniu, ale wyłącznie w taki sposób, aby się z nią nie utożsamić. Zresztą bieda nie ułatwia sprawy, bo jest stanem braku; a ci, którzy jej doświadczają, nie umacniają się na swoich pozycjach, ale chcą je możliwie szybko opuścić. A jeśli już to zrobią, to przecież nie marzą o tym, żeby do nich wrócić. Chyba że upatrują w tym intratnego interesu.
*
Elegia dla bidokówJ.D. Vance’a to autobiograficzficzna opowieść 30-latka, który przebił szklany sufit odziedziczonego ubóstwa i ukończył prawo na Yale: „Dwa pokolenia temu mój dziadek i babcia byli biedni jak myszy kościelne, ale zakochani. Pobrali się więc i wyjechali na północ…