Ubiegły rok, na który przypadło 100-lecie wybuchu I wojny światowej, okazał się dla Józefa Wittlina łaskawy i bodaj rekordowy. Wznowiono jego arcydzieło – Sól ziemi, które w radiowej Dwójce brawurowo czytał Grzegorz Damięcki. Pojawił się tom pokonferencyjny Etapy Józefa Wittlina, wyszły także dwa tomy listów. To wciąż nie tak wiele, ale zważywszy na uporczywą nieobecność Wittlina w polskiej kulturze po 1945 r., trzeba się cieszyć, że ten bezdyskusyjnie pierwszorzędny pisarz pierwszorzędny zajmuje wreszcie nieco miejsca na księgarskich półkach. Oczywiście powody jego zmarginalizowania były rozmaite. Jako emigrant i jawny (choć nie zajadły) antykomunista objęty był zakazem publikacji w PRL-u. Jego książki ukazywały się na emigracji, zadebiutował w powojennej Polsce dopiero pośmiertnie Poezjami wydanymi w 1978 r. Ale jego nieobecność miała też inne przyczyny. Po wojnie Wittlin chorobliwie mało pisał. Żył w poczuciu literackiego impasu, co brało się przede wszystkim z goryczy zaniechania zamierzonej jako trylogia Opowieści o cierpliwym piechurze, której pierwszą częścią była pisana przez 10 lat Sól ziemi. Na jego zamilknięcie miało na pewno wpływ fatalne zdarzenie z 22 czerwca 1940 r., kiedy Wittlinowie próbowali dostać się na statek do Anglii. To wtedy, w St. Jean de Luz, żołnierz wyrzucił do morza walizkę z…
krytyk i historyk literatury, adiunkt na Wydziale Polonistyki UJ