Choroba, jedzenie i czytanie – któż z nas, robiących mniej lub bardziej „w słowie”, nie pamięta z dzieciństwa tych wspaniałych (wydłużonych niczym napięta do granic wytrzymałość struna) dni, gdy przeziębieni, otoczeni kubkami herbaty z cytryną, pomarańczowymi opakowaniami chlorochinaldinu i stertami książek, czytaliśmy bez pamięci. Świat z perspektywy łóżka był bezpieczny i oswojony, choroba – wiadomo – uleczalna, czytanie (jak to dzisiaj widzę) niewinne i w bezbronności swojej niepowtarzalne. Opis tego doświadczenia znajduję także w nowej książce Marka Bieńczyka – „(…) leży się, czyta i je, i wszystko tak nadzwyczajnie smakuje” – pisze autor Terminalu, wspominając epifanijne momenty własnego dzieciństwa. Mówiąc „wszystko”, pisarz ma na myśli nie tylko kanapki z rzodkiewką, posypaną…
Dr nauk humanistycznych, filolog, krytyk literacki. Zajmuje się literaturą XX w., współczesną prozą polską i melancholią.