Jak zapamiętał Pan swoje dzieciństwo w przedwojennej Warszawie?
Kiedy jest się już starym, świat dzieciństwa powraca z niesamowitą siłą. Nie mogę pojąć, skąd wzięła się we mnie ta wizualna zdolność zapamiętywania różnych szczegółów z przeszłości. Pamiętam ludzi, ulice, budynki… Kiedy idę dziś ulicą Marszałkowską, wiem, że przechodzę obok miejsca, w którym kiedyś był sklep Gajewskiego ze wspaniałymi lodami. A idąc ulicami Długą i Miodową, widzę siebie jako kilkuletniego chłopca. Trzymany za rękę przez babcię Tomaszewską, zmierzam do kościoła Kapucynów. W kościele przy prawym filarze była nasza ławka. Gdy babcia się modliła, mnie absorbowały postacie aniołów ozdabiające ołtarz. Kiedy teraz czasem siadam w tej ławce, czuję obecność babci. To odczuwanie konkretyzuje się w obraz i widzę jej profil. Pamiętam smak babek śmietankowych, jakie jadłem w kawiarni Rzymianka przy ulicy Miodowej 10, której właścicielami byli dziadkowie Kwiatkowscy. Ale wiem także, gdzie wystawały korzenie w leśnej alejce w Sulejówku.
Trafia Pan do Polski jako mały chłopiec, i to jest ostatni moment, aby cieszyć się dzieciństwem, bo za kilka lat wybuchnie wojna.
Do czwartego roku życia wszystko wokół nas jest przeważnie jedną mgławicą. Urodziłem się we Francji i spędziłem tam pierwsze lata. Najpierw w Normandii, potem w Paryżu. Kiedy miałem cztery lata, podjąłem decyzję o przyjeździe do Polski.
A co na to rodzice?Nie mieli wyjścia. To był ważny krok, bo niechybnie zginąłbym tam z rąk jakiegoś d’Artagnana albo trafił do Legii Cudzoziemskiej. W Warszawie zamieszkaliśmy u dziadków Tomaszewskich na ulicy Długiej 46. Dziadek był lekarzem. Jego pacjentami byli znani i bogaci ludzie, ale przyjmował także biednych, zarówno Polaków, jak i Żydów. Do dziadka Stanisława…