Przekonałam się o tym przed kilku laty na własnej skórze, oglądając w krakowskiej Galerii Starmach wideoinstalację Mirosława Bałki. Ten wielki klasyk polskiej „sztuki pamięci” podczas zimowej wizyty w Auschwitz-Birkenau sfotografował sarny szukające w śniegu czegoś, co nadawałoby się do zjedzenia. Estetyczna, statyczna metafora tego, co w żadnym wypadku estetyczne być nie mogło, czy też coś więcej: swoiste memento? Chyba to drugie, Mam to memento w głowie, ilekroć przyjeżdżam do Oświęcimia, Majdanka czy Bełżca z kolejną grupą Niemców, Francuzów, a nawet Izraelczyków. Zdarzyło mi się bowiem, i to nie raz, spacerować wśród rozkwitających zielenią i słońcem brzóz Birkenau, mijając rowerzystów skracających sobie tamtędy drogę do sklepu lub pracy. Pełna radości i zadowolenia, niemal nie pamiętałam, co przed kilkudziesięciu laty wydarzyło się w tym miejscu. Ważniejsze były spokój, wiosna, a zarazem wypracowany dystans moich – bądź co bądź profesjonalnych – wizyt w miejscach pamięci. Niemal „kurort-Auschwitz” (to cytat z pilota, który do obozu przyjeżdża z turystami kilka razy w tygodniu). „Kurort” dość popularny, sądząc po reklamach w folderach agencji turystycznych, liczbie…