Czy potrafimy wyobrazić sobie życie w świecie, w którym godzina nie trwa sześćdziesięciu minut i bywa raz dłuższa, raz krótsza, zależnie od pory dnia i roku? A w świecie, w którym rok może mieć nawet piętnaście miesięcy i wiosenne kwiaty zaczynają kwitnąć na początku czerwca? A jeśli dodamy do tego jeszcze i taką okoliczność, że tydzień trwa osiem dni, choć liczy się ich zawsze dziewięć? A co wówczas, gdy minionych lat nie pamięta się i nie zapisuje za pomocą kolejnych liczb, lecz imion konsulów? A jeśli 24 lutego raz na kilka lat trwa dwa dni z rzędu? To tylko niektóre z trudności, z jakimi musieli się borykać Rzymianie, próbując ogarnąć coś tak nieogarnialnego jak czas. I – co najbardziej zdumiewające – chyba nie mieli świadomości, że ich sposoby mierzenia dni, miesięcy i lat są jakoś szczególnie skomplikowane. By to zrozumieć dzisiaj, musielibyśmy choć na chwilę postawić się na ich miejscu, odnaleźć się w rzeczywistości, w której precyzyjne mierzenie mijających godzin nie jest, tak naprawdę, nikomu do niczego potrzebne. Jak podejrzewamy, aż do IV wieku p. Ch. (czyli przez przeszło trzysta pięćdziesiąt lat) obywatele Rzymu doskonale radzili sobie bez zegarów (znanych Grekom już w VI w. p. Ch., Chaldejczykom jeszcze wcześniej). Dzień trwał od wschodu do zachodu słońca i dzielił się po prostu na dwie części: przed południem i po południu, granicę zaś między nimi obwieszczał na Forum Romanum specjalny wysłannik konsulów obserwujący z Kurii,…