W chwili gdy powstaje ten tekst, spoglądam przez okna domu Arki na ogród z kwitnącą magnolią. Jestem w Beauvais, 60 km na północ od Paryża. Tutaj mieszkam i pracuję z moimi sublokatorami – osobami niepełnosprawnymi umysłowo (nazywamy ich po prostu „osobami”).
Wspominam o tym, dlatego że nie potrafię pisać o sprawie Jeana Vaniera z pozycji chłodnego obserwatora. Założona przez niego L’Arche (Arka) – łącząca wspólnoty ludzi upośledzonych umysłowo z pełnosprawnymi – to także część mnie samego. Więcej: to mój drugi dom.
Spotkanie z legendą
Vanier porywał ludzi za sobą – tym, co mówił, i tym, co robił. Porwał i mnie. Jeśli jestem w Arce, to także, choć nie tylko, za sprawą charyzmy jej założyciela. Spotkałem go tylko raz w życiu, półtora roku przed jego śmiercią, żeby przeprowadzić z nim wywiad. Planując zrobić reportaż o Arce, postanowiłem zostać na miesiąc wolontariuszem w domu w Compiègne. Tak się zaczęło w moim życiu coś, co trwa już dwa lata.
Miałem wtedy wielkie szczęście: Jean zaprosił mnie do swojego domku w wiosce Trosly-Breuil, 80 km od Paryża. Jego sąsiedzi widywali go tam, jak spacerował samotnie w lesie, zamyślony, podparty na lasce.
Uwiodły mnie od razu jego skromność, prostota i szeroki uśmiech, którym zjednywał sobie każdego. Miał wtedy prawie 90 lat, ale był nadal sprawny intelektualnie i fizycznie, skarżył się tylko na ból nóg. Pamiętam, jak mi powiedział:
„Znowu wywiad ze mną? Dobrze, ale czy ktoś jeszcze chce mnie słuchać? Lepiej napisz o tym, co sam widziałeś i przeżyłeś w Arce – to jest dużo ważniejsze”.
Już za życia Vanier…