70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Z wizytą w bibliotece w szkole imigranckiej w Rinkeby na północ od Sztokholmu, 11 grudnia 2019 r. fot. Fredrik Sandberg / TT / AFP / East News

Ćwiczenia z obcości

W duchowej konstelacji Olgi Tokarczuk podróż zawsze zajmowała wyjątkowe miejsce. Znalazła się w tytule pierwszej powieści noblistki i stała się przewodnim tematem Biegunów, ważną funkcję pełniła też choćby w Księgach Jakubowych. Dziś, po noblowskim wykładzie pisarki, można stwierdzić z całą pewnością, że jeszcze istotniejsza dla jej twórczości jest czułość, która „pojawia się tam, gdzie z uwagą i skupieniem zaglądamy w drugi byt, w to, co nie jest »ja«”. To w tej „najskromniejszej odmianie miłości” upatruje Tokarczuk istoty zarówno człowieczeństwa, jak i literatury. Podejście to odnaleźć można w tekście, który przedrukowujemy z wakacyjnego numeru „Znaku” z 2017 r. Tokarczuk napisała w nim: „Straciłam ochotę do podróży zawstydzona własną wolnością, której nie mogę dać innym”. Tak właśnie spogląda na świat czuły narrator.

Wychowałam się na książkach Juliusza Verne’a – to one pokazywały mi daleki świat i zbudowały w mojej głowie obraz tego, czym jest podróż człowieka Zachodu, a do takiego miana aspirowałam, dorastając w zamkniętej i nudnej przestrzeni peerelowskiej Polski. Taki verne’owski podróżnik był nie lada personą i – chociaż na mapach świata wciąż jeszcze były białe plamy – zdawał się nie przejmować niebezpieczeństwami i ruszał w drogę śmiało, z odwagą i poczuciem, że świat jest jego własnością, że mu się należy. W podróży nie zmieniał nawyków żywieniowych i pozostawał w orbicie mody swojego kraju (obowiązkowe tabaczkowe spodnie i czarny surdut). Zwykle też wystarczał mu jego własny język. Zawsze pamiętał, by zabrać ze sobą najnowsze wynalazki techniczne, które w odpowiednim momencie ratowały mu życie i pomagały przetrwać. Nawet jeżeli uważał się za dobrego i otwartego człowieka, to i tak ciągle towarzyszyło mu gdzieś w głębi duszy przekonanie o swojej ewolucyjnej wyższości oraz pewność istnienia niekwestionowalnych procesów historycznych, które wcześniej czy później doprowadzą każdy zakątek kuli ziemskiej do poziomu cywilizacyjnego Zachodu. Ekscytująca przygoda prowadziła go na najdalsze bezdroża, ale i tam czuł się bezpiecznie, bo nawet w największej głuszy miał szansę spotkać urzędników z własnego kręgu kulturowego, którzy w razie czego wydadzą mu duplikat zgubionego paszportu i poplotkują na tubylców.

Fascynująca dekoracja
Ten Verne’owski punkt widzenia w jakiejś zniekształconej i pastiszowej formule pojawia się często we współczesnej popkulturze, na przykład w filmach przygodowych z serii o Indianie Jonesie. Tutaj świat jest tylko egzotyczną dekoracją dla przypominających komputerową grę popisów bohatera, który choćby spotkał się z nie wiem jak fascynującą kulturą, to i tak nie może się zmienić – do końca pozostaje takim, jakim przybył. Zamknięty w szczelnej kapsule tożsamości człowieka Zachodu, pozostaje nieprzemakalny, zaimpregnowany na to, co inne. Skupiony na osiągnięciu swojego celu (odnalezienie skarbu, odkrycie tajemnicy), nie wchodzi w głębsze relacje z tubylcami czy jakikolwiek kulturowy dialog. Wali do nich po angielsku czy francusku, dogłębnie przekonany, że powinni go zrozumieć. Zachowuje swoje standardy, nie negocjuje, traktuje wszystko i wszystkich z góry, pewien swojej cywilizacyjnej (a więc także i ludzkiej) wyższości. Pamiętamy wszyscy słynną scenę, kiedy Harrison Ford jako Indiana Jones zostaje wyzwany na pojedynek przez zamaskowanego asasyna. Dzieje się to na bazarze, pośród tłumu, który rozstępuje się, by zrobić walczącym miejsce. Gdy tradycyjnie ubrany wojownik wywija mieczem, popisując się swoją zręcznością, Indiana Jones, któremu się spieszy, po prostu strzela do niego z pistoletu. Koniec pojedynku.

Zdumiony takim obrotem sprawy widz spontanicznie zaczyna się śmiać, nawet jeżeli jest zaskoczony własną reakcją. Dezynwoltura i bezczelność Indiany Jonesa imponują i jednocześnie ośmieszają wszelkie politycznie poprawne odruchy.

Bo w istocie rzeczy podróżnik Zachodu traktuje świat jako nie do końca realny. Przemyka przez odwiedzane kraje i kultury niczym wiecznie spieszący się cień, niczego nie dotykając, w nic się nie angażując, zamknięty w bańce swojego poczucia wyższości.

Niewinny egzotyczny świat, do którego trafia zachodni podróżnik, taki jak Indiana Jones, najczęściej ginie w dramatycznym zakończeniu opowieści. Rozpad następuje gwałtownie, jakby racje istnienia zostały unieważnione wraz z osiągnięciem celu i odkryciem tajemnicy. Widz musi ujrzeć walące się piramidy, zapadające się podziemne komnaty, wybuchy wulkanów i inne apokaliptyczne kataklizmy. Obowiązuje tutaj stara rzymska zasada – veni, vidi, vici. Zobaczone i doświadczone (wykorzystane) zostaje odhaczone, czyli pokonane, a tym samym przestaje istnieć.

Egzotycznie, ale nie za bardzo
W ten sposób XIX­wieczny paradygmat podróżny człowieka zachodu został zmaterializowany i uprzemysłowiony przez współczesny turyzm. Dziś bowiem spadkobiercą Phileasa Fogga i Indiany Jonesa jest turysta, który w 12 dni objeżdża autokarem Meksyk, koniecznie kończąc podróż w Cancun – najbardziej odrażającym miejscu, jakie widziałam, pełnym monstrualnych hoteli i wydzielonych plaż. Albo wypoczywa all inclusive w tureckich resortach, starając się nie myśleć o tym, że kilkaset metrów dalej na plaży morze wyrzuca ciała uchodźców.

Ów blady i ścierpnięty od wielogodzinnej jazdy podróżny robi poruszone zdjęcia przez szyby autokaru, a nogi może rozprostować tylko tam, dokąd zapro wadzą go wola i interesy pilota wycieczki. Podczas krótkich postojów autokaru na własne oczy ogląda to, co polecają książkowe przewodniki, i z satysfakcją notuje w umyśle, że te miejsca rzeczywiście istnieją! Wieczorami dostarcza się takiemu turyście etnograficzne „real life”, które ani z „real”, ani z „life” w zasadzie nie ma nic wspólnego.

Turysta chce, żeby było egzotycznie, ale nie za bardzo. Chce, żeby było prawdziwie, ale w żadnym wypadku za cenę rezygnacji z porannego prysznica. Chce dreszczyku emocji, ale nie aż tak, żeby mógł zacząć się niepokoić. Chce kontaktu z miejscowymi, byle tylko ten nie był zbyt zobowiązujący i poważny. Podsłuchałam kiedyś rozmowę moich rodaków w średnim wieku, którzy namawiali się na wspólny wyjazd na Kubę. Przekonywali się wzajemnie, że trzeba tam pojechać jak najszybciej, póki jeszcze żyje Fidel i póki jest bieda, bo „potem będzie tak samo jak wszędzie”.

Różne światy
Podróż to także podbój. kiedy ruszamy w drogę, postępuje za nami nasz ocean znaczeń, pojęć, stereotypów, nawyków myślowych. Jego fale skutecznie zalewają to, co znajdujemy na zewnątrz siebie. Na inny świat rozlewa się to, co już wiemy, co potrafimy pojąć. Ten podbój umożliwiają przewodniki, które zawsze wiedzą lepiej, co należy odwie dzić i zobaczyć. Arbitralnie wyznaczają granice naszej percepcji, bo to, czego nie ma w przewodnikach, nie istnieje. Poruszamy się po trasach, szukając gorączkowo tego, co musimy zobaczyć. I w ten sposób nie widzimy niczego innego.

Przewodniki podróżne pozostają wciąż wielkim tematem zasługującym na specjalną monografię. Pokazują bowiem, w jaki sposób próbujemy oswoić to, co obce, i wcielić w nasze systemy poznawcze. Wbrew pozorom nie są adresowane do ogółu, zawsze mają swojego ukrytego odbiorcę o specyficznych cechach i ten ich kastowy charakter, a także ukryta polityczność nie powinny nam nigdy umykać z pola widzenia, lecz skłaniać do refleksji, na co tak naprawdę patrzymy.

Przeglądałam raz przewodniki po tej samej części Polski – jeden pisany przez katolików, drugi przez Żydów. Były zupełnie różne. Podróżnicy obu tych grup zapewne mijaliby się jak cienie, zupełnie siebie nie dostrzegając. Ich trasy nie przecinałyby się, bo doświadczenia i ogląd prze szłości zawarte w tychże przewodnikach były zupełnie odmienne. Śmiało można założyć, że ich dzienniki podróży – gdyby takowe powstały – mówiłyby o zupełnie innych światach.

Czy w ogóle istnieje jakiś jeden świat, ten unus mundus, o którym marzyli filozofowie? Wielkie, neutralne i obiektywne uniwersum, w którym wszyscy mamy możliwość spotkać się i rozpoznać w sobie bliźniego. Czy może, żyjąc w jednej przestrzeni, w istocie żyjemy we własnych fantazmatach?

Kilometr po kilometrze
Opowiadał mi niedawno jeden siedemdziesięciolatek, jak podróżowano w epoce dzieci kwiatów. Otóż na przełomie lat 60. i 70. minionego wieku człowiek Zachodu, kolorowy i zbuntowany, kupował tani używany samochód, najlepiej typu van, i  ruszał nim do Indii. Trwało to zdecydowanie dłużej niż czas, jaki gotowi jesteśmy poświęcić na zmianę miejsca w XXI wieku. Dziś bowiem dokonujemy czegoś w rodzaju prestidigitatorskiego tricku, wsiadając na pokład boeinga. Robimy wielkie „Pstryk!” i za kilka godzin wysiadamy w zupełnie innej rzeczywistości. Tamci podróżnicy przemierzali Ziemię kilometr po kilometrze, z każdym dniem zmieniały się smak wody, jedzenie, temperatura i klimat. Ludzkie ciało miało szansę przystosować się do tej powolnej, stopniowej przemiany. Po drodze przeżywali wiele przygód, zwłaszcza że na tym akurat szlaku zawsze można było kupić za małe pieniądze dobrą marihuanę.

Podróż była wtedy (i może powinna była pozostać) ćwiczeniem z obcości. Czuł to Marco Polo, kiedy dotarł na dwór chińskiego władcy, i to samo czuł tamten kolorowy hipis, który spacerując o zmierzchu po – powiedzmy – radżasthańskim Dżodhpurze, doświadczał dziwnego, oszałamiającego stanu zawieszenia własnego bytu. Nic nie rozumie, do niczego nie przynależy, nikogo nie obchodzi.

Gdyby dziś przyszedł nam do głowy szalony pomysł, żeby udać się w taką wyprawę, to przez ile ognisk zapalnych, wojen i konfliktów musielibyśmy przejechać? Wystarczy rzut oka na mapę i natychmiast ciśnie się pytanie, czy to w ogóle byłoby możliwe.

Nierealne show
Tamten bezpieczny świat skończył się nie tylko z powodu wojen i konfliktów. Także dlatego że poszczególne potencjalnie atrakcyjne regiony świata dziwnie się do siebie upodobniły – w strojach, w jedzeniu, we wszechobecności plastiku, w lokalnych pamiątkach chińskiej produkcji. Dla turystów zachowano specjalne obszary, podobne strefom ekonomicznym czy może parkom rozrywki dla dzieci; koniecznie z ogromnym parkingiem dla autokarów. Gdzie indziej, w miejscach, w których zainwestowano duże pieniądze w turystykę, urlopowicze siedzą na plaży, dyskretnie pilnowani przez ochronę w mundurach komandosów wyposażonych w ostrą broń. Wyjście poza ogólnie dostępny trakt do zwiedzania staje się coraz trudniejsze i wymaga większych pieniędzy. Jest rozrywką dla bogatych. Ubożsi turyści mają bezpieczny standard, podróżny fast food, który wszędzie smakuje tak samo, a jego wartość poznawcza jest marna i zawiera właściwie tylko puste kalorie.

Dlatego coraz częściej powrotowi z kolejnej egzotycznej wycieczki towarzyszy głęboko skrywane rozczarowanie – nakupiliśmy pamiątek i świecidełek (z którymi potem, w domu, zupełnie nie wiadomo, co zrobić), obejrzeliśmy wszystkie wymagane w przewodniku zabytki, spróbowaliśmy miejscowego alkoholu i najedliśmy się tamtejszych potraw (wiele z nich występuje w uogólnionej formie dla turystów), obejrzeliśmy tańce folklorystyczne. A jednak gdy stajemy w sieni naszego domu z walizkami, mamy poczucie, jakbyśmy uczestniczyli w nierealnym show. Jakbyśmy polizali lody przez szybę. — pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter