Dwadzieścia lat później Joanna opowie to wszystko inaczej. Wtedy o tym nie wiedziała i teraz też o tym nie wie, woli jeszcze trzymać się zachwytu, woli dać mu w sobie pobyć, dać mu czas, niekrótki, na odejście.
Kontury tej historii muszą więc pozostać nieostre. Zresztą nie są jakoś specjalnie ważne, bo przecież Joanna sięgnęła po ten zachwyt w ostatniej chwili. Tuż po tym, jak zdecydowała, że będzie szukać oparcia w przeżywaniu zmęczenia po pracowitym lecie, a później wciśnie się w rutynowy bezruch listopada, i tuż przed pomyśleniem o sobie jako o zdolnej w dalszym ciągu do sięgania po cokolwiek. Nie była, tak myślała, gotowa, żeby to wiedzieć – że może, że potrafi, że sposobów wynurzania się na powierzchnię jest znacznie więcej od tych wypróbowanych. Uśmiechała się, owszem, odwzajemniała, oczywiście, mówiła jak inni, coś w miarę na tak lub coś w miarę na nie, ale była smutna, smutna bez widocznych oznak smutku. Jego ślady nosiła na skórze, pod ubraniem, głównie na ramionach, których od rozstania z Em nie odsłaniała. Czerwone plackowate mikrowyspy. Nie mogła zakleić ich plastrami, nie mogła zasmarować maściami, nie mogła, a przede wszystkim nie chciała zmienić skóry. Żeby ich nie rozdrapywać, obgryzała paznokcie….