Powoli otworzyła powieki i zobaczyła, że stoi naprzeciwko wielkiej bramy do Parku Romna. Przyjechała tutaj za namową osoby mieszkającej w jej głowie – czy dobrze uczyniła? Nigdy wcześniej nie była z nikim w takim miejscu, a co dopiero sama. Szepnęła „Bismillah” i przeszła przez bramę. Wiatr wiejący z północy nie pozwalał jej dokładnie zawiązać chusty i szalika. Czy właśnie tak wygląda szczęście?
Gdyby tylko Beauty ją zobaczyła, zaniemówiłaby. Ta wiecznie przestraszona dziewczyna, blada od życia w czterech ścianach, dzisiaj nagle, muśnięta promieniami zimowego słońca, rozwija skrzydła. Szkoda tylko, że brakuje jej skrzydeł.
Lovely przeszła przez bramę z wysoko uniesioną głową. Po obu stronach alejki wznosiły się ku niebu wysokie drzewa, rzucając szeroki cień. Promienie słońca, z trudem przedzierając się między gałęziami, muskały jej skórę. Lovely uniosła głowę jeszcze wyżej, wpatrując się w niebo. Na jej twarz bezszelestnie spadł liść, niczym gwiazda w ciemną noc. Powoli otworzyła torebkę i schowała go do środka. Zastanawiała się, z jakiego drzewa może pochodzić. Ona sama nie znała się na roślinach. Chciałaby jednak wiedzieć, jaki to gatunek.
Lovely szła dalej przed siebie. Po jakimś czasie zobaczyła w oddali staw, na którego brzegach stały ławki. Postanowiła, że podejdzie tam i posiedzi sobie w ciszy. Co by się wydarzyło, gdyby przesiedziała tak całe popołudnie i wieczór?
– Co? Rozpoczęłabyś trzecią wojnę światową!
Rozbawiła ją ta odpowiedź. Niezgrabnie podeszła do ławki. Po drodze obserwowała kątem oka intymne chwile siedzących wokół par. Zza cienia wielkiego drzewa doszedł do niej chichot młodej dziewczyny; rozbił się pod jej stopami. Przyprawił ją o ciarki, gdy siadała na opuszczonej ławce. Zaraz potem poczuła obecność czegoś niefizycznego. Bezludne popołudnie,…