Na wstępie zaznaczę: piszę z pozycji widowni, miejsca, za które zapłaciłam, aby obejrzeć spektakl; co jakiś czas stawiam na ten przedziwny sposób spędzenia wieczoru, wierząc, że doświadczę czegoś spoza rynkowego porządku wartości. Moje intencje są czyste, moje serce spragnione poruszeń. Nie jestem krytyczką, jestem widzką, ale i osobą w minimalnym stopniu praktykującą te sztuki, o których będzie mowa. A mowa o teatrze i o tańcu. I druga formalność: jaki jest cel tego tekstu? Wymarzyłam sobie, aby choćby część z czytających zapragnęła obejrzeć jakiś performans choreografii współczesnej. Choć w skrytości opracowuję bardziej demoniczny plan: by czytelnicy rozluźnili miednice, by czytelniczki rzuciły wszystko i oddały się dziwnym ruchom, abyśmy wszyscy poznali nasze ciała w tańcu, aby taniec stał się co najmniej tak ważny w przestrzeni publicznej jak piłka nożna.
Czy to naiwne? Tym lepiej. Sztuka potrzebuje marzycielek, tak po jednej, jak i po drugiej stronie sceny. Kłopot w tym, że w teatrze tej marzycielskiej energii ubywa.
Przez dziurkę wycieka też ta buńczuczna wiara, że może on dostarczyć wysokojakościowego haju. Według mnie, widzki, jest nudno, irytująco, wzniośle albo głupkowato. Jeśli nie ufacie mi, pozostaje autorytet zawodowej krytyki. Jednego dnia w różnych mediach ukazują się recenzje najnowszych spektakli teatrów dramatycznych, gdzie przeczytać można m.in. „[M]iałam ochotę opuścić teatr z powodu narastającego zażenowania” (Magdalena Ożarowska); „Czterogodzinny spektakl rozczarowywał mnie z każdą godziną coraz bardziej” (Maryla Zielińska). A nieco wcześniej „Szkoda sił i środków, szkoda czasu widzów, szkoda Wyspiańskiego” (Dariusz Kosiński). Uogólniając, repertuar teatrów dramatycznych obecnie opiera się głównie na adaptacjach głośnych książek i filmów oraz klasyce, w minimalnym stopniu na dramacie współczesnym czy dokumentalnym, który, gdyby mu dać więcej przestrzeni, pewnie rozruszałby nieco instytucjonalne kości. Trudno nie podejrzewać, że jest to podejście koniunkturalne, trudno też zarzucać dyrektorkom i dyrektorom wybory piosenek, które już słyszeliśmy, gdy muszą zarabiać i rozliczać się z gospodarności.
Teatry instytucjonalne wyobrażam sobie jako wieloryby o ogromnej inercji, które ponad wszystko wielbią Wielkość i Stateczność, nic więc dziwnego, że przepływające obok zwinne tuńczyki wywijają zachwycające ewolucje. W tej metaforze tuńczyk oznacza szeroko pojmowany performans, nową choreografię, nowy taniec. To…