Powiedz uczciwie: jak bardzo jesteś skupiony, kiedy oglądasz telewizję?” – zaczyna swój tekst Ralph Jones, dziennikarz „Guardiana”. Artykuł ‘Not second screen enough’: is Netflix deliberately dumbing down TV so people can watch while scrolling? ukazał się w styczniu zeszłego roku – i nie jest ani pierwszym, ani ostatnim, w którym ktoś próbuje zweryfikować pogłoski o rzekomych „nowych wytycznych” dla hollywoodzkich produkcji.
Jedno wielkie streszczenie
Nakreślmy sprawę w telegraficznym skrócie: od pewnego czasu przedstawiciele branży filmowej i telewizyjnej alarmują, że producenci – szczególnie ci pracujący dla platform streamingowych – oczekują pisania fabuł na tyle prostych, by dawało się je śledzić równolegle z przeglądaniem treści na smartfonach. Narracje w stylu second screen content powinny być odpowiednio krótsze, nieprzeciążające naszej uwagi. Z widzem nie warto igrać.
Jeśli na kilka minut skieruje wzrok na inny ekran, a po powrocie do filmu czy odcinka serialu stwierdzi, że „stracił wątek”, może się zniechęcić i przerwać oglądanie – na jakiś czas lub w ogóle. Z perspektywy streamerów najbardziej niebezpieczna jest oczywiście sytuacja, w której konsument, zirytowany kumulacją „niepożądanych doświadczeń”, postanawia anulować subskrypcję. Przyjmuje się, że przeciętny domowy budżet poradzi sobie z dwoma, maksymalnie trzema abonamentami SVOD (Subscription VOD: model stałej miesięcznej opłaty za korzystanie z platformy) – na tyle pozwala chłodna kalkulacja ekonomiczna zestawiona z takim zasobem jak czas na odpoczynek, rozrywkę i kulturę.
Żeby zminimalizować ryzyko anulacji, menedżment streamerów rzekomo domaga się – i to już na wczesnych etapach produkcji – „wszywania” w kontent różnego rodzaju „bezpieczników” i „optymalizatorów”. Język dialogów staje się przez to coraz bardziej „ekspozycyjny” (expository dialogue), tzn. wyjaśnia i komentuje akcję, zamiast ją popychać – co samo w sobie nie jest zabiegiem ani nowym, ani szczególnie szkodliwym. Natomiast łatwo można z nim przedobrzyć. Stosowana zbyt często ekspozycja – w klasycznym scenariopisarstwie zarezerwowana przede wszystkim dla pierwszego aktu – zamienia scenariusz w jedno wielkie streszczenie.
Zamiast działać, bohaterowie zaczynają opowiadać, co robili dwie sceny wcześniej i co będą robić dwie sceny później. Zamiast pokazywać emocje, aktorzy i aktorki muszą je nam dokładnie opisać, by w ten sposób rozwiać potencjalne wątpliwości – niejasność to kolejny dystraktor, który może przeciążyć uwagę. Żeby znaleźć miejsce na dosłowne, a przez to przedłużające się dialogi, trzeba też inaczej zaplanować poszczególne sceny: rośnie liczba zamkniętych przestrzeni i zbliżeń, a język filmowy ulega zubożeniu. Każdy oryginalny zabieg estetyczny to potencjalny wzrost ryzyka, nie mówiąc już o prowadzeniu opowieści za pomocą samych środków wizualnych.

