Abdullah stoi kilka metrów od drutu kolczastego. Nie fotografuje go jednak tak, jak widziałam to setki razy wcześniej: z lotu ptaka, w szerokim planie, jako symbol zamknięcia. Kuca. Przesuwa się o krok w lewo. W jego kadrze drut jest tylko rozmazaną linią na pierwszym planie. Ostry pozostaje obraz dziewczyny poprawiającej chustę. Jej dłonie są spokojne. Za nią widać pagórki Kutupalong.
– Zdjęcia innych pokazują to, co się stało. Moje zdjęcia pokazują, kim jesteśmy – mówi.
Świat zna Rohingyów z pewnych obrazów. Kolumny ludzi przekraczających rzekę Naf. Błoto po kolana. Smutne, brudne dzieci. Kobiety skulone pod czarnymi parasolami z plandeki. W 2017 r. te kadry obiegły wszystkie kontynenty. Były dowodem zbrodni. I były konieczne.
– Kiedy patrzę na te zdjęcia z 2017 r. – mówi Abdullah – widzę prawdę. Ale nie widzę nas w całości.
W Koks Badźar żyje dziś ponad milion Rohingyów, w 34 oddzielnych obozach rozsianych po wzgórzach południowo-wschodniego Bangladeszu.
– To niemal tyle, ile liczy cała aglomeracja krakowska – mówi Maciej Popowski kierujący Dyrekcją Generalną ds. Operacji Ochrony Ludności i Pomocy Humanitarnej (DG ECHO) przy Komisji Europejskiej, który odwiedził obozy w 2023 r. – Widziałem na własne oczy, jak funkcjonują w trudnych warunkach: bez możliwości pracy, bez szans na samodzielność, całkowicie zależni od pomocy.
Istnieje coś, co Abdullah nazywa półżartem „uchodźczym wyglądem”. Nie chodzi o ubranie ani o twarz. Chodzi o to, jak świat chce widzieć człowieka bez państwa.
O zestaw kadrów, które wywołują współczucie albo niepokój szybciej niż jakiekolwiek wyjaśnienie. W tym skrócie jest mało miejsca. Uchodźca ma być zrozpaczony albo groźny. Złamany albo podejrzany. Wszystko, co bardziej zwyczajne – ambicja, duma, humor, wiara, codzienna nuda – wypada poza ramę.
Abdullah urodził się w Mjanmie jako bezpaństwowiec, syn bezpaństwowców. W 2017 r., po ucieczce z Arakanu (Rakhine), zamieszkał w Kutupalong: jednym z największych obozów uchodźczych na świecie. Dziś pracuje, dokumentując życie w obozie i ucząc młodych ludzi fotografii, filmu, muzyki, rysunku i poezji. Jego zdjęcia zostały nagrodzone w międzynarodowym konkursie Minority Artists Contest organizowanym przez ONZ i Minority Rights Group. Jury pisało o poruszającym, dokumentalnym spojrzeniu, które pokazuje nie tylko ból i przeciwności, lecz także kreatywność, odwagę i siłę bezpaństwowej mniejszości.
– Za każdym razem, gdy patrzę na te kilka zdjęć z 2017 r., czuję, że jesteśmy ludźmi porzuconymi przez świat, na którym nie ma nikogo, kto by nas wspierał. Te zdjęcia opowiadają już historię Rohingyów, ale nadal nie widzimy żadnych zmian w sytuacji kryzysowej. Te chwile były prawdziwe, pożary były prawdziwe, łzy były prawdziwe, trauma była prawdziwa. Te zdjęcia pomogły światu dowiedzieć się o ludobójstwie Rohingyów w 2017 r. – mówi i na moment odwraca wzrok. – Lecz złe jest to, że były odbierane wyłącznie jako obrazy ofiar. Jakbyśmy już na zawsze utknęli w chwili cierpienia, płaczu, głodu i wysiedlenia. Nie pokazują naszego życia przed ucieczką z Arakanu. Naszych wiosek. Domów. Majątku. Kultury. Ich historia to nie tylko wygnanie. To też historia tego, kto opowiada o wygnanych. Nie historia cierpienia, lecz patrzenia.

