Nigdy nie zapomnę tej ekscytacji. Idziemy z tatą, w ręce paszporty. Strażnicy przeglądają dokumenty, i już. Jesteśmy za granicą, ja po raz pierwszy w życiu.
Przeszliśmy może ze 100 m, weszliśmy do kawiarni, bo zaczęło padać, i kupiliśmy sobie herbatę. W kącie grała szafa, potem jeszcze tylko kilkukrotnie widziałem ten przedziwny przedmiot, najczęściej w filmach. W sklepie kupujemy czekoladę i już wracamy. Moja pierwsza zagraniczna wyprawa to spacer przez Most Przyjaźni w Cieszynie. W domu to samo: nie mieliśmy satelity, ale Česká televize wespół z TV Novą łapały na naziemnej i otwierały granice jeszcze przed wejściem do Unii Europejskiej. Pokręciłeś gałką radia i leciała Vondráčková, teraz Farna, albo jakiś inny czeski pop. Przecież nawet dziadek przed wojną miał dziewczynę z Zaolzia.
To nie jest opowieść jak ze Szczygła, nie zaczęło się od Pociągów pod specjalnym nadzorem czy nawet Krecika. Po prostu jestem śląskim dzieckiem, a jako Ślązakowi Mitteleuropa tętni mi w żyłach i od dziecka byłem przekonany, że Czesi to tacy my, tylko trochę inaczej mówią. Do tego stopnia „trochę”, że w Pradze mówiłem po polsku, myśląc, że się dogadam albo że moi rozmówcy kochają mnie tak jak ja ich (nieprawda). Czechy były zawsze na wyciągnięcie ręki.
Czeski pisarz?
Milan Kundera w klasycznym już eseju Zachód porwany albo tragedia Europy Środkowej (opublikowanym w kwietniu 1984 r. na łamach „The New York Review of Books”) …