„Jako filozofować znaczy uczyć się umierać” (tłum. T. Boy-Żeleński). Gdy w roku 1936, mając lat 14, czytałem Próby Montaigne’a, natrafiłem na rozdział pod takim tytułem, który stał się dla mnie objawieniem. Od tego czasu symbolizuje on dla mnie jednocześnie Próby Montaigne’a, jak i moje życiowe „próby”, i filozofię starożytną, i filozofię jako taką.
Pojąłem wówczas, że filozofia to nie żadna teoretyczna ani abstrakcyjna konstrukcja, lecz ćwiczenie, terminowanie, nauka, nie tylko umierania, ale także życia podług pewnego sposobu, życia świadomego i przytomnego.
I że jedynym sensem dyskursu filozoficznego jest doprowadzenie do tego, by tak żyć, wreszcie – że ten gatunek filozofii był filozofią taką, jaką pojmowała i przeżywała starożytność, skoro w rozdziale Prób, o którym mowa, Montaigne opierał się na Platonie, epikurejczykach i stoikach.
Później wielokrotnie czytałem Próby i zawsze wracam do nich jak do domu, gdzie czuję się u siebie, gdzie odnajduję równowagę i pogodę ducha, gdzie za każdym razem natrafiam na rzeczy nieoczekiwane i nieznane. Skądinąd, czytając Próby, spotykamy się nie z książką, lecz z człowiekiem, czyli zagadką fascynującą i niemal niewytłumaczalną, z człowiekiem, który opowiada o sobie w sposób bezpośredni, bez samozadowolenia ani odrazy, który akceptuje siebie takiego, jaki jest, usiłując w łagodny sposób osiągnąć pogodę ducha, to Gelassenheit, jak powiedzieliby…