No i dzieci oczywiście: parka jak z młodzieżowego żurnala. Starszy syn, inteligentny, wysportowany, przystojny, kończy już studia i zaczyna rozglądać się za miejscem przyszłej pracy lub wyjazdem gdzieś w świat. Ładniutka córeczka w przyszłym roku stanie do matury, a na razie przewodzi hordzie uległych jej koleżanek i wodzi za nos nastoletnich adoratorów. Właśnie wpada do domu z dwiema równolatkami i bez słowa zamykają się w jej pokoju. Po chwili pani domu usiłuje tam wejść – grzecznie pukając przed otwarciem drzwi – ale skoro tylko przekroczy próg, już powstrzymuje ją wrzask: „Mama, nie przeszkadzaj!”. Więc dyskretnie zostawia panienki na osobności i po chwili zza drzwi znów dobiegają chichoty dziewczyńskich pogaduszek. Po jakimś czasie wraca syn i też – rzuciwszy zdawkowe powitanie – zamyka się u siebie. Ale po chwili wysuwa głowę i woła: „Co dziś na obiad? No to przynieś mi tutaj, zmęczony jestem!”. Tym razem ojciec usiłuje nawiązać jakiś dialog, forsując przedtem drzwi, ale odpycha go okrzyk: „Tata, nie truj! Nie widzisz, że przy kompie siedzę?”.
Może właśnie dlatego bywam tam coraz rzadziej i coraz dotkliwiej czuję, jak z kątów wzorowo zadbanego domostwa wieje dojmującym chłodem. Owszem, byłem tu świadkiem ożywionych rozmów rodzinnych, ale prawie wyłącznie na temat kasy. Bo na nią – owszem – jest zapotrzebowanie. I to znaczne.
To plemię jest moim ojcem!Kiedy przed paroma dziesięcioleciami podróżowałem z plecakiem na grzbiecie po pustynnym wnętrzu Australii, wśród rozrzuconych na tym olbrzymim terytorium grup czarnych, pradawnych mieszkańców kontynentu spotykałem najróżniejsze i nieraz dziwne dla nas modele rodziny. Były małe, podobne do naszych, zwykle jednak raziły w nich brutalne relacje między dominującym ojcem a żoną i dziećmi….