Ewa Drygalska, Anna Marjankowska: Żyjemy w społeczeństwie, w którym informacja ma kluczową wartość. Jak możemy zdefiniować kontrolę nad nią?
Katarzyna Szymielewicz: Kiedy mówimy o kontroli nad informacją, musimy rozróżnić dwa poziomy. Pierwszy, prawny, jest trochę łatwiejszy do uchwycenia; składają się na niego uprawnienia, jakie posiadamy (np. dostęp do informacji, które ktoś przetwarza na nasz temat i szansa na to, by nasze dane zostały z niepożądanych miejsc usunięte) oraz formalna możliwość ich dochodzenia, kiedy zostają naruszone (z pomocą powołanych do tego organów – Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych i sądów). Drugi, w praktyce bardziej istotny, to poziom społeczny, odnoszący się do naszych faktycznych możliwości kontrolowania tego, co się dzieje z informacją na nasz temat. Na tym poziomie kluczową rolę odgrywa nasza świadomość – to, na ile zdajemy sobie w ogóle sprawę z tego, że dane o nas gdzieś krążą – jak również obiektywne warunki, w jakich funkcjonujemy. Jeśli np. usługi, z których korzystamy w Internecie, są dostarczane przez firmy znajdujące się poza polską jurysdykcją albo po prostu ignorujące lokalne przepisy, będzie nam bardzo trudno wyegzekwować swoje prawa. A zatem na to, czy mamy kontrolę nad informacją o sobie w cyfrowym, zglobalizowanym świecie, składa się cały zespół czynników – prawnych i społecznych.
W jaki sposób dochodzi do utraty kontroli nad informacją i kto jest za to odpowiedzialny?Chciałoby się powiedzieć, że odpowiedzialni są przede wszystkim ci, którzy nam tę kontrolę odbierają, pozyskując informacje o nas w sposób, jakiego sobie nie uświadamiamy, a także ci, którzy na tej eksploatacji korzystają – firmy zainteresowane naszymi profilami (np. w celach marketingowych) oraz organy państwa chętnie wydobywające dane o obywatelach z Internetu. I to oczywiście prawda. Ale nie cała: część odpowiedzialności ponosimy również my sami. Dwadzieścia…