To „pod górę” pamiętam bardzo dobrze z czasów, kiedy zdarzało mi się posuwać tam rowerem. A nie licząc dziecinnego „Bobo”, pierwszy rower był to czarny „Ural” mojego brata, kobylasta maszyna o wiele dla mnie za duża, na której najpierw jeździłem „pod ramę”, czyli w idealnej do zniekształcenia kręgosłupa i zwyrodnienia stawów biodrowych pozycji z nogą przełożoną właśnie pod ramą. Potem dosiadałem „Urala” już normalnie, górą, ale wciąż nie sięgałem siodełka, więc jeździłem cały czas stojąc na pedałach i boleśnie dostając ramą po jajcach, kiedy stopa omsknęła się z pedału. Jednak z tą pozycją znakomicie sobie radziłem za pomocą wyobraźni: wystarczyło wyobrażać sobie, że jest się samotnym uciekinierem z peletonu Wyścigu Pokoju, a już sposób jazdy na stojaka znajdował należyte uzasadnienie. Ale zanim potrafiłem dotrzeć do Mirkowic rowerem, jeździłem tam z rodzicami: początkowo na motorze lub ciężarówką, potem pekaesem, emkaesem i, jakże by inaczej, „okazją”. Na motorze…