Jeśli swoje dzieciństwo widzę dziś jako unurzane w muzyce, to pewnie także za jego sprawą. W epoce przed telewizorem Adamczyków radio musiało chodzić całymi dniami. Skąd indziej brałyby się we mnie wciąż odkrywane i najwyraźniej niewyczerpane pokłady głupawych refrenów i szlagwortów? Idzie mi o coraz częstsze w miarę posuwania się w leciech przypadki, kiedy moja osobista pamięć zaskakuje mnie znajomością kawałka jakiejś zapomnianej przez wszystkich piosenki, i to znajomością zarówno tekstu, jak melodii. Lubię grzebać w muzycznych starociach i kuriozach i miewam takie wieczory, kiedy przesłuchuję kilkadziesiąt starych, zjechanych płyt kupionych gdzieś za grosze. I nakładam na gramofon, powiedzmy, małą płytę Wiktora Zatwarskiego. Piosenka nazywa się A tu żniwai pochodzi z 1966 roku, a Wiktor Zatwarski na okładce wygląda na zadowolonego, jakby rzeczywiście spędził noc między młockarnią a sąsiekiem, młócąc w karty i popijając gorzałę z zaprzyjaźnionymi cepami. Werble, trąbka, umpa-umpa na gitarce i Wiktor Zatwarski śpiewa: „Po ćwiczeniach trudnych cztery wolne dni, jedzie Jaś na urlop do rodzinnej wsi. Choć w pociągu tłoczno tak, że trudno wejść, ale Jaś zobaczy swoją wieś!”. W 1966 roku to ja miałem, proszę państwa, dwa lata. A teraz zaczyna się refren i moja gęba zaczyna osobliwie wtórować Zatwarskiemu: „Do rodziny Jaś przybywa, a tu żniwa, a tu żniwa, koń złamane łzy wylewa, wszyscy…