fbpx

70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Wyobraźnia wyzwalająca

Dlaczego ludzkość nie zadowala się światem, w którym żyje, i niestrudzenie wymyśla nowy? Czy chce w ten sposób odmienić swój los, czy uciec od niego na chwilę w domenę ułudy? Jak działa mechanizm kreacji, jakie są podstawowe antropologiczne, społeczne i polityczne wymiary tej zabawy w Stwórcę?

W jednym z esejów z tomu Into the Looking-Glass Wood Alberto Manguel wspomina swoje najważniejsze doświadczenie z dzieciństwa: gdy miał osiem lat, zabrał się za lekturę książki Lewisa Carolla i nagle wpadł razem z Alicją do króliczej nory. Zapewne wielu z nas ma za sobą podobną przygodę. Argentyński pisarz musiał jednak przeżyć wyjątkowo mocno ten cudowny upadek, bo większą część życia poświęcił eksploracji Krainy Czarów i terytoriów ościennych. A w roku 1980 postanowił usystematyzować topografię fikcyjnych światów i napisał The Dictionary of Imaginary Places.

To niezwykła książka: dzieło konceptualne i encyklopedia zarazem, owoc erudycji Manguela i efekt współpracy z Giannim Guadalupim, Grahamem Greenfieldem (ilustratorem) oraz Jamesem Cookiem (rysownikiem map). Polski przekład przygotowywała spora grupa tłumaczy i redaktorów, których właściwie nazwać wypadałoby współautorami. Zacznijmy od znaczącego detalu edytorskiego: otóż książka liczy sobie dokładnie 1001 stron. To zapewne aluzja do Baśni z 1001 nocy, mnie jednak nasuwa się skojarzenie z tajemniczym kompendium o identycznej objętości, zatytułowanym The First Encyclopaedia of Tlön, o którym opowiada bohater jednej z nowelek Jorge Luisa Borgesa. „Miałem teraz w ręku – powiada on – obszerny i metodyczny fragment całkowitej historii nieznanej planety, z jej budowlami i wojnami, z przerażeniem jej mitologii i zgiełkiem jej języków, z jej cesarzami i morzami, z jej minerałami, z jej ptakami i rybami, z jej algebrą i ogniem, z jej kontrowersjami teologicznymi i metafizycznymi”. Manguel (nota bene pełniący funkcję lektora Borgesa, gdy ten całkowicie oślepł) podjął się zadania podobnego: nie opisał co prawda nieznanej planety, ale postanowił usystematyzować wiedzę o istniejących już układach planetarnych, nieznanych astronomii, i o fikcyjnych krainach, które kartografia z reguły ignoruje (wyjątki od tej reguły skrupulatnie skatalogował Edward Brooke-Hitching w Atlasie lądów niebyłych).

 

Dzieło w toku

Wyobraźnia ludzka kreowała światy we wszystkich epokach i językach; to istna Biblioteka Babel. Świadomi tego, że tematu nie sposób wyczerpać, autorzy Słownika… ustalają – niekiedy mocno arbitralne – kryteria selekcji. Pomijają miejsca fikcyjne, które funkcjonują jako pseudonimy rzeczywistych okolic, jak Balbec Prousta czy Yoknapatawpha Faulknera, a jeżeli pojawia się np. wyspa Robinsona Crusoe, to dlatego, że zdążyła odkleić się od swojego pierwowzoru. Nie biorą pod uwagę fantazji przyszłościowych, milczą więc uparcie o uchroniach i dziełach science fiction. Czerpią głównie z literatury, choć niekiedy – podług własnego kaprysu – odsyłają do obrazów filmowych. Całą resztę natomiast pakują do encyklopedycznych haseł i układają wedle porządku alfabetycznego. W efekcie na kartach Słownika… królują różnica i kontrast: Hogwart spotyka się tu z Hygeią, czyli Miastem Zdrowia, Kraj Liliputów z Locus Solus Raymonda Roussela, Ziemiomorze Ursuli Le Guin z Zamkiem Kafki, a Dolina Muminków z Doliną Półmroku i Doliną Poniżenia. Czytelnik na własną rękę może ten bogaty materiał porządkować i klasyfikować. Może wyłapywać zbieżności – odkrywając np., że językami tonalnymi, w których o znaczeniu słowa decyduje mimika mówiącego, posługują się zarówno mieszkańcy Aleofane, jak i Ziemi Brodiego. Może też zestawiać i porównywać – stwierdzając chociażby, że podczas gdy na Egzopotamii słońce przecinają na zmianę pasma jasne i ciemne, to w arbuzowym kraju zwanym iZgon słońce każdego dnia ma inny kolor. W ten sposób sam aranżuje zadziwiające spotkania twórców różnych kultur czy epok (w tych przykładach Godfreya Swevena z Borgesem i Borisa Viana z Richardem Brautiganem).

Słownik… można też czytać dla czystej przyjemności. Hasła zredagowano w ten sposób, że z literackiej podstawy wyłuskane zostają czyste „fakty” dotyczące topografii i historii wyobrażonego miejsca, jego mieszkańców oraz ich kultury. Stylistycznie przypominają one XIX–wieczne bedekery – przewodniki dla obieżyświatów epoki przedturystycznej – co wielokrotnie daje znakomity efekt komiczny. Weźmy notę o Bergamutach. Zaczyna się od quasi-naukowej informacji: „Archipelag wysp słynący ze swojej tyleż bogatej, ile niespotykanej gdzie indziej fauny. Podobno zamieszkują je słonie o dwóch trąbach, kury znoszące złote jaja oraz obdarzone niezwykłą siłą mrówki – zdolne ponoć unieść osła”. Całość zamyka natomiast przestroga: „Należy jednak uprzedzić podróżnych, że na wyspy owe bardzo trudno trafić, gdyż w ogóle ich nie ma”.

Inna sprawa, skąd w tej książce wziął się słynny wierszyk Brzechwy. To kolejna cecha, która zbliża Słownik… do Encyklopedii Tlönu; podobnie jak widmowa książka opisana przez Borgesa, dzieło to nie ma kanonicznej postaci, do każdej edycji bowiem tłumacze dodają hasła z literatury swojego języka. O ile więc w oryginale odnajdziemy tylko jedno hasło polskie (Sanatorium pod Klepsydrą), o tyle w przekładzie natrafiłem na 15 tekstowych kapsułek z informacjami m.in. o Nipu Krasickiego, Hyrkanii Witkacego, Wyspie Królów Wata, Costaricanie Lema, Lailonii Kołakowskiego, Ściegach Tulli oraz Prawieku Tokarczuk. Warto pamiętać o tym, że niniejsza edycja to jedno z wielu wcieleń projektu, który stanowi swoiste dzieło w toku: wciąż się rozwija i rośnie, różnicuje i mutuje. W innych krajach czytelników zachęca się do przesyłania wydawcy własnych propozycji haseł – byłbym zachwycony, gdybyśmy również zyskali tego rodzaju możliwość. W świecie fikcji roi się bowiem od króliczych nor i innych tajemnych przejść, a niektóre z nich prowadzą do krain tyleż fascynujących, co rzadko odwiedzanych.

 

Fikcyjne i realne
Lektura Słownika… skłania też do zadumy. Dlaczego ludzkość nie zadowala się światem, w którym żyje, i niestrudzenie wymyśla nowy? Czy chce w ten sposób odmienić swój los, czy uciec od niego na chwilę w domenę ułudy? Jak działa mechanizm kreacji, jakie są podstawowe antropologiczne, społeczne i polityczne wymiary tej zabawy w Stwórcę?

Relacja fikcji i rzeczywistości profilowana bywa rozmaicie. Przywołaną nowelkę Borgesa wieńczy intrygujące proroctwo: granice pomiędzy tym, co realne, i tym, co wyobrażone, mają się stopniowo zacierać, aż „świat stanie się Tlönem”. Wiele spośród wyobrażonych miejsc usilnie dąży do urzeczywistnienia, a ich projektanci marzą o przeprowadzeniu swojej fantazji do praktyki życiowej. Przodują w tym oczywiście utopie; co prawda niektóre z nich, jak wyspa Morusa, umiejscowione są poza istniejącymi mapami, inne zaś budują idealne zakony, odgrodzone od chaotycznego zewnętrza (jak Miasto Słońca Campanelli), ale wiele jest takich, które mają stanowić wzorzec przemiany w skali globalnej. To przykład falansterów Charles’a Fouriera, gdzie panują idealny ład i totalne podporządkowanie jednostki interesom ogółu (z tego względu Emil Cioran polecał je jako „najdoskonalszy środek wymiotny”). Ale odnaleźć tu można mniej znane utopie, nie tak groźne, a niekiedy rozczulające, w rodzaju państw prawdziwej wiary – Altrurii stworzonej przez Williama Howellsa albo Wiktorii projektu Jamesa S. Buckinghama, której nazwa, utworzona oczywiście od imienia królowej, „oznacza moralne zwycięstwo nad złem szerzącym się w angielskim społeczeństwie”. Najpierw mamy więc ponurą diagnozę wystawioną danej epoce, a potem suplement w postaci fantazji, która stanowi coś w rodzaju projektu kuracji.

Obsesje utopistów na punkcie idealnego ładu widać wyraźnie na załączonych mapkach; symetryczna urbanistyka odzwierciedla doskonałą geometrię ładu społecznego. Jakże inaczej prezentują się zaświatowe kontynenty i archipelagi, tworzone z podszeptów nieskrępowanej wyobraźni! Tutaj dominują wyspy i doliny, niedostępne dla niewtajemniczonych, a towarzyszą im dzielnie obszary napowietrzne schowane w chmurach oraz te ukryte głęboko w ziemi. Niektórzy twórcy szukają wybiegu, by rozdzielić dwa światy – wokół Analogosu René Daumala przestrzeń zakrzywia się w ten sposób, iż pozostaje on niewidzialny, a Fantazjana Michaela Ende po prostu nie ma granic, gdyż współrzędne geograficzne zmieniają się tam bez ustanku. Inni wybierają literackie hokus-pokus i nadają swoim terytoriom nazwy typu Niekcja, Nigdziebądź, Nikttamnietrafia. Prócz impulsu eskapistycznego odnajduję w tych wizjach potrzebę redukcji nieznośnie złożonego świata do najprostszych spraw, doznań i emocji oraz odwieczne marzenie o powrocie do raju dzieciństwa. Ale jeśli spojrzę pod innym kątem, dostrzegam potężną psychomachię: oto pisarze wypowiadają posłuszeństwo Urizenowi i oddają się w służbę Urthonie, czyli spieszą na pomoc Wyobraźni, zniewolonej przez nowoczesny Rozum.

Relacja fikcji i rzeczywistości bywa odwracana. Jan Gondowicz ujął to humorystycznie w nocie do Zoologii fantastycznej, czyli autorskiego bestiariusza wymyślonych stworzeń: stwierdził, że dzieje cywilizacji to przemiana fauny realnej w nierealną. To samo dotyczy naszych państw i miast, kultur, języków i sposobów życia: od zawsze uzupełniamy doświadczenie o element imaginacyjny. Ale to, co wydaje się „czysto fikcyjne”, nieuchronnie powraca do tego, co „wyłącznie realne”. Wszystko jedno, czy uznajemy fikcję za bezpieczne schronienie, czy za rewolucyjny zaczyn, fantazje o nieistniejących lądach zawierają niezwykle niebezpieczny inwentarz idei i obrazów! Dzieje się tak dlatego, że każą nam przemyśleć ponownie szereg kwestii, od struktury społecznej i własności prywatnej (obrazy życia w komunie), poprzez relacje między płciami (opisy matriarchatów czy wspólnot androgynicznych) czy wychowanie dzieci (różne warianty systemów rodzinnych i szkolnych), po gospodarowanie rozkoszą i stosunek do używek (królestwa wstrzemięźliwości vs. księstwa namiętności i halucynogenów). Obcowanie z nimi potrafi trwale nadwątlić złudną oczywistość naszych światoobrazów. Wyobraźnia wyzwolona – jeśli tylko powierzymy się jej mocom – może okazać się wyobraźnią wyzwalającą.

 

Wielość i wolność

Nieprzebrana rozmaitość opisywanych krain gwarantuje czytelnikowi swobodę. Z pewnością znajdą się tacy, którzy delektować się będą wyłącznie najdzikszymi skokami imaginacji i zechcą zatrzymać się dłużej na którejś z wysp odkrytych przez Alfreda Jarry’ego (choćby była ona w całości rozkładającym się truchłem króla Bździsława) albo spędzić czas w Pępku Otchłani (pomimo iż Antoine Artaud twierdzi, że jego mieszkańcy mają w mózgach owinięte sznurkiem paczuszki z nieznanym adresem). Albo tacy, którzy rozmiłują się w abstrakcyjnym Świecie Linii, składającym się – jak poświadcza Edwin Abbott – tylko z jednej prostej kreski. Mnie osobiście cieszyłaby wizyta w Afanii, czyli Kraju Literackim odwiedzonym przez Toma Hooda, gdzie pisanie i działalność wydawniczą poddano ścisłym regułom (np. wydawca dostaje za publikację jedynie od jednego do pięciu procent, a reszta należy się autorowi). Nie znaczy to wcale, że chciałbym tam zamieszkać – niepokoi mnie fakt, że osobny kodeks określa kary za wykroczenia przeciwko literaturze w rodzaju plagiatu lub adaptacji z francuskiego, a wszystkie przymiotniki przechowuje Biblioteka Narodowa, która z dbałości o czystość stylu racjonuje pisarzom ich dzienny przydział. Zbytnio cenię sobie czytelniczą i pisarską wolność; chciałbym zachować swobodę przemieszczania się po nieistniejących krainach, które same w sobie stanowią świadectwo nieskrępowanej, suwerennej potęgi wyobraźni.

_

Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Słownik miejsc wyobrażonych

tłum. Piotr Bikont, Jan Gondowicz, Michał Kłobukowski, Jolanta Kozak, Maciej Płaza, Maciej Świerkocki, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2019, s. 1001

 


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter