70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Ćwiczenia immunologiczne. Wokół książki Petera Sloterdijka

Jeśli Sloterdijk próbuje rozprawić się z „widmem religii” (z tezami, jakoby po epoce triumfu rozumu i sceptycyzmu wobec metafizyki następował obecnie ponownie wzrost wiary i swoisty revanche du Dieu), to dokładnie w tym sensie, że przekonuje on, iż to, co powraca, nie ma wcale charakteru religijnego i nie wynika z głodu transcendencji. Wręcz przeciwnie, w rzekomym powrocie religii nie chodzi o zaspokojenie potrzeby spotkania z Absolutem, ale o rytualny system uodparniający, który pozwoli dezaktywować lub co najmniej wyciszyć niepewność ludzkiej egzystencji.

Co chce nam zaproponować niemiecki filozof w książce pod – nie ukrywajmy – dziwnie jak na filozofię brzmiącym tytułem? Czy jest to poważny zbiór filozoficznych refleksji nad dobrym życiem czy też kolejne, po propozycji wywrócenia do góry nogami systemu podatkowego (Rewolucja dającej ręki), kontrowersyjne wystąpienie niemieckiego myśliciela? Bez silenia się na zbędną oryginalność odpowiedzieć można, że w przypadku Musisz życie swe odmienić mamy do czynienia z dziełem wielowarstwowym i choć z jego licznych wątków nie sposób właściwie zdać sprawy, to stwierdzić można, że bezspornie w każdym z nich na pierwszy plan wybija się perspektywa etyczna. To właśnie projekt współczesnej etyki czy też, jak sformułował to explicite sam autor, projekt etyki bez religii jest naczelnym tematem omawianej tu książki: namysł nad tym, kiedy człowiek staje się tym, czym być powinien – kiedy staje się on, najkrócej mówiąc, prawdziwie sobą (jak tłumaczył znaczenie greckiego terminu ethos Heidegger).

Zwierzę naznaczone brakiem

Ethos człowieka nie wiąże się jednak dla Sloterdijka z żadną konkretnie określoną uprzednio normatywną treścią. Powiedzieć raczej można, że autor Krytyki cynicznego rozumu przedstawia nam etyczną metodologię. Na taką interpretację książki wskazuje już sama fraza „Musisz życie swe odmienić”, która jakkolwiek podkreśla konieczność zmiany, to milczy jednak na temat tego, jaki miałby być jej faktyczny cel. Okaleczony posąg Apolla, opisany przez Rainera Marię Rilkego w jednym z jego wierszy (pt. Archaiczny tors Apolla), z którego Sloterdijk bezpośrednio zaczerpnął tytuł swojej pracy, ustanawia więc nie tyle gotowe wzorcowe odniesienie, ile nigdy niewypełnialny imperatyw nieustannego dążenia do perfekcji. W myśl filozofa wkrada się tu – jak się wydaje – klasyczne rozróżnienie na życie rozumiane poprzez czystą biologiczność (zoē) oraz poprzez swoją kulturową formę (bios). W duchu tego rozpoznania głos wydobywający się jakoby z posągu Boga-Atlety (o zbieżności tych dwóch figur dla starożytnych Greków autor wymownie nam przypomina) sugeruje więc, że sposób, w jaki aktualnie prowadzimy nasze życie, nie jest jeszcze właściwy, że nie odpowiada on temu, jak być powinno, że wciąż czegoś mu brakuje. Imperatyw nawołuje, jak pisze autor Kryształowego pałacu, do nieulegania mieszkającemu w nas filistrowi twierdzącemu, że wszystko jest z nami w obecnej formie w porządku.

Wezwanie to doskonale ucieleśnił w swoim życiu Carl Hermann Unthan, jedna z najbardziej wyrazistych postaci książki, świetnie opisany przez Sloterdijka, gra jący nogami skrzypek, a także autor wystukanego nogą na maszynie Pedyskryptu. Zapisków z życia bezrękiego. Niebywała sprawność, jaką osiągnął on w posługiwaniu się stopami – pozwalająca mu być może nie na muzyczną wybitność, ale na pewno na regularną grę w filharmonii – możliwa była wyłącznie dzięki wzmożonej liczbie ćwiczeń, dzięki nieustannej pracy nad sobą. Konsekwencja w ich powtarzaniu doprowadziła w jego przypadku do przełamania własnych ograniczeń.

Unthan pełni oczywiście u Sloterdijka funkcję alegoryczną, gdyż człowiek w ogóle jawi się filozofowi „jako zwierzę, zmuszone przeć do przodu, ponieważ coś je upośledza” (s. 56). Jest ono bowiem – jak powiadał Arnold Gehlen – naznaczone brakiem. W tym sensie człowiek winien traktować swoją egzystencję „jako bodziec do ćwiczeń korekcyjnych” (s. 82), jako „akrobatyczny wyczyn” (s. 87), przy którym trudno z góry powiedzieć, jakie umiejętności zapewniają przetrwanie i sukces (dlatego też różnice między ludźmi sprowadzają się w jakiejś mierze do ich pilności w ćwiczeniach). Jedynie zatem imperatyw wymagania od siebie stale „za dużo” (s. 617), a nawet konieczność wymagania od siebie rzeczy niemożliwych wydaje się – paradoksalnie – strategią rozsądną.

Ogół tych korekcyjnych zabiegów towarzyszących ludzkiej kondycji określa tu Sloterdijk mianem antropotechnik, a pod pojęciem tym rozumie on „mentalne i fizyczne procedury treningowe, za pomocą których ludzie najróżniejszych kultur próbowali w obliczu niejasnego ryzyka życia i palącej pewności śmierci optymalizować swój kosmiczny i socjalny status immunologiczny” (s. 16). W tej perspektywie postrzega niemiecki filozof zarówno kwestię religii (systemu symbolicznego wzmagającego ludzką odporność poprzez redukcję metafizycznego lęku), prawa (pozwalającego ustabilizować życie społeczne i zabezpieczyć się przed agresją innych), jak i najnowszych eksperymentów genetycznych (rozumianych jako poszukiwanie antidotum na biologiczną kruchość organizmu człowieka).

Historia „spirytualnych systemów ćwiczeń”

Religia zatem – skupmy się chwilowo na niej – nie jest przez Sloterdijka traktowana inaczej niż jako jedno z przedsięwzięć immunologicznych. Nie dziwi zatem, że autor zadeklarował we wstępie: „Zamierzam wykazać, że nawrót do religii jest tak samo niemożliwy, jak powrót samej religii – z tego prostego powodu, że nie istnieje żadna »religia« i »religie w ogóle«, a jedynie rozumiane błędnie jako takie spirytualne systemy ćwiczeń, praktykowanych już to kolektywnie – tradycyjnie: kościół, ordo, umma, sangha, już to indywidualnie – we wzajemnej grze z »własnym Bogiem«, u którego obywatele nowoczesności ubezpieczają się prywatnie” (s. 6). Jeśli więc Sloterdijk próbuje rozprawić się – jak mówi – z „widmem religii” (z tezami, jakoby po epoce triumfu rozumu i sceptycyzmu wobec metafizyki następował obecnie ponownie wzrost wiary i swoisty revanche du Dieu), to w tym dokładnie sensie, że przekonuje on, iż to, co powraca, nie ma wcale charakteru religijnego i nie wynika z głodu transcendencji. Wręcz przeciwnie, widmo to nosi raczej charakter antropocentryczny, a swe źródło ma w „immunitarnej konstytucji natury ludzkiej” (s. 6). W rzekomym powrocie religii nie chodzi więc o zaspokojenie potrzeby spotkania z Absolutem, ale o rytualny system uodparniający, który pozwoli dezaktywować lub co najmniej wyciszyć niepewność ludzkiej egzystencji. Religia to zatem uzupełnienie biologicznej immunizacji o jej wyższy, symboliczno- -kulturowy wymiar.

Dla zobrazowania tego fikcjonalnego statusu religii niemiecki filozof przywołuje założony przez L. Rona Hubbarda Kościół Scjentologiczny. Przykład ten „dostarczył – zdaniem Sloterdijka – wartościowego wyjaśnienia ogólnych uwarunkowań powstawania religii” (s. 141). W jaki sposób? Pokazując, po pierwsze, że do faktu bycia religią wystarczy „deklaracja ze strony określonego przedsiębiorstwa, że nią jest” (s. 144), oraz, po drugie, że „[n]ajlepszym sposobem pokazania, że religia nie istnieje, jest powołanie do życia swojej własnej” (s. 132). Takie ujęcie pozwala rektorowi Państwowej Akademii Sztuk w Karlsruhe zrównać w statusie wszystkie religie, wierzenia oraz przesądy i czytać całą tradycję religijną poprzez – pojemniejszą jego zdaniem – historię ćwiczeń. Czy to wszak nie Chrystus ćwiczył się w poście, a na krzyżu nie oznajmił wypełnienia misji? Czy św. Paweł nie pisał o ukończonym biegu? Czy nawrócenia św. Augustyna i św. Franciszka nie można by zaś opisać po prostu jako zmiany trenera? Ten sam klucz interpretacyjny odnosi autor również do tradycji Wschodu, co w kontekście buddyjskich mnichów wcale nie dziwi.

W konsekwencji pojęcie ćwiczeń (które autor definiuje następująco: „ćwiczyć znaczy: wcielać w siebie metodą deklarowanych ascez to, co warte ćwiczenia” – s. 197) staje się dla Sloterdijka transcendentne, bo przeprowadzając ich genealogię od starożytnych stoików i średniowiecznych reguł zakonnych (wplatając w to również, świetnie mu znaną, bogatą tradycję ascezy indyjskiej), nadaje on tym formującym aktywnościom status konstytutywny dla ducha naszej epoki. Dlaczego jednak, biorąc pod uwagę ich długą, wyłuszczoną w książce tradycję, właśnie dla naszej? Głównie z tego powodu, że wskutek eksplozji popularności sportu doszło w wieku XX do „despirytualizacji ascez”, czyli ich oderwania, przynajmniej częściowego (bo najsławniejsi sportowcy traktowani są przecież niemalże jak współcześni bogowie), od religijnego gruntu. Zatem mimo że w porządku czasowym ćwiczenia wychylone są daleko wstecz, to autor Reguł dla ludzkiego zwierzyńca wyraźnie stara się odróżnić ich współczesną (nowoczesną) formę od poprzednich znanych nam ich postaci.

Podmiot własnej kreacji

Ciekawe jest, że pisząc o ćwiczeniach w kontekście immunologii, Sloterdijk nie wskazuje w swojej pracy na jej krytyczny punkt, tj. na moment, w którym jej nadmiar przeradza się w śmiertelne zagrożenie dla organizmu, czyli w przypadek choroby autoimmunologicznej (autor wspomina jedynie o ćwiczeniach nieudanych). Zwraca on za to uwagę na dwuznaczny charakter samych ćwiczeń, które mogą człowieka całkowicie zniewolić (przy bezkrytycznie przyjmowanej tresurze kulturowej i moralnej) lub, przeciwnie, mogą stanowić drogę do osobistej wolności (przypadek zabiegów autokreacyjnych). Wydaje się zatem, że podstawowe założenie polega na tym, by nie tyle jak najlepiej asymilować odgórnie narzucane dyscypliny, ile poprzez konsekwentne praktyki zaktywizować samego siebie. Niemiecki filozof podąża tu oczywiście tropem rozpoznań Michela Foucaulta zasadzających się na przekonaniu, że dyscyplina „nie jest upośledzającym dodatkiem do pierwotnie wolnego »móc«, ona jest dla tego »móc« konstytutywna” (s. 213). Ćwiczenia nie tłumią ludzkich możliwości, ale je umożliwiają i pomnażają. Rzecz jedynie (sic!) w tym, by z pasywnego odtwórcy narzucanych z zewnątrz dyscyplin stać się przy ich użyciu podmiotem własnej autokreacji, „żeby być nie tylko opętanym przez nie, ale żeby je posiąść” (s. 270), aby owo „musieć” – powiedzmy jeszcze inaczej – zamienić w „móc”. Sloterdijk przywołuje w tym kontekście „zużyte”, jak powiada, choć jakże trafne, powiedzenie Sartre’a, wyjaśniając, że chodzi o to, aby „zrobić coś z tego, co zrobiono z nami” (s. 521). Tylko w ten sposób może człowiek osiągnąć poczucie autonomii.

Mimo kilku przywołanych tu definicji Sloterdijk nie prezentuje się w Musisz życie swe odmienić jako filozof pracujący blisko pojęć, precyzyjnie ustalający ich znaczenie. Ścisłe ustalanie terminologii zdarza się tu z rzadka, zastępują je zaś niezliczone pointy nadające się wprost do zbioru „skrzydlatych słów”. Rektor z Karlsruhe jest raczej myślicielem traktującym filozofię jako pewien rodzaj pisarstwa, nie stroni – w naprawdę wielu miejscach – od długich passusów narracyjnych, nader chętnie sięga też po metaforę (to ten styl sprawia jednak, że blisko 650 stron książki jest – relatywnie – łatwe do przyswojenia). Jako filozof jest on przede wszystkim obserwatorem i wizjonerem (równocześnie sprawnym interpretatorem), który postrzega rzeczywistość przez parę zupełnie niezwykłych okularów, ukazujących świat na tle nowej – jak sam przyznaje – wywróconej o 90 stopni scenie.

Dlatego też jeśli sformułowany pod postacią bezpośredniego i spersonalizowanego zwrotu rozkazującego tytuł książki przywodzi na myśl mnożące się na księgarskich półkach wątpliwej jakości poradniki („Schudnij w tydzień” czy „Zrób szybką karierę w MLM”), pamiętać trzeba, aby skojarzenie to czytać właśnie w stosownie odwróconej perspektywie. Wszak ironia tytułu przechodzi w tej książce ostatecznie w ton niemalże profetyczny. Sloterdijk udowadnia po raz kolejny, że potrafi diagnozować współczesność w sposób wyśmienity i jednocześnie, że jako filozof nie zapomniał, jak pisać książki ludzkie, to jest czytelne dla kogoś więcej niż tylko dla grupy zawodowych myślicieli. I całe szczęście, Musisz życie swe odmienić to przecież imperatyw skierowany do każdego!

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter